Islandia. Wyprawa dzika. Kempingi na wyspie lodu i ognia

Każdy, nawet największy podróżnik musi czasem odpocząć. Jak trywialnie brzmi to stwierdzenia, tak noclegi są bardzo istotnym punktem planowania podróży. W naszej podróży do Islandii z dużej puli noclegowych możliwości, tylko te pod namiotem brane były pod uwagę, ze względu na drożyznę panującą na wyspie. Co więcej założyliśmy, że większość nocy spędzimy na dziko, korzystając w ten sposób z przychylnego podróżnikom islandzkiego prawa, które zakłada możliwość rozbicia namiotu poza miastem gdzie bądź, byle nie wpakować się komuś na teren prywatny (który musi być ogrodzony, toteż nie trudno go rozpoznać).

P7211873 (©PLANETADZIKA)

Nocowanie na dziko jest wspaniałe, lecz nie mi się o jego zaletach rozwodzić. Niestety ma też jeden bardzo kłopotliwy minus – brak możliwości skorzystania z sanitariatu. Z tej przyczyny, co jakiś czas siłą rzeczy, każdy szanujący się podróżnik, nie wiem jak stroniący od cywilizacji, musi zatrzymać się na prysznic (tak sobie myślę, że ta właśnie cecha odróżnia podróżników-wędrowców od włóczęgów vel żuli).

Na Islandii prysznice znajdywalne są prawie wyłącznie na kempingach. Więc co kilka dni (żałuję, że nie częściej) zatrzymywaliśmy się na przerwę, by skorzystać z dobrodziejstw, które to kempingi proponują.

P7110468 (©PLANETADZIKA)

W naszej podróży zaliczyliśmy 5 pól namiotowych, choć planowaliśmy tylko 3 (nie pytajcie dlaczego). Co ciekawe, każdy był inny, wyróżniał się innym nastawieniem do turystów, gamą oferowanych usług itd. Z tego właśnie powodu postanowiliśmy pokrótce opisać nasze doświadczenie na każdym z nich.

Zacznijmy od zestawienia danych:

Lokalizacja Koszty osoby w namiocie (+110 podatek) Cena za pranie /suszenie Wifi Dostęp do prądu Opłaty za prysznic Świetlica
Reykjavik campsite 2200 700K/700K Tak Tak Free Tak
Vik i Myrdal 1500 500K/500K Tak, płatne Tak (lecz trudno dostępne) 200K Tak
Skaftafell 1700 500K/500K za 60min Nie Tak (300K) 500K za 5min Nie
Djupivogur 1550 Tak/tak 850K za 90min Tak, płatne Tak 300K Tak
Vogar (Reykjahild) 1500 plus namiot 500 Brak pralki/suszarki Tak płatne? Tak Free Nie

A teraz więcej szczegółów:

  1. Reykjavik campsite

Główny miejski kemping w Reykjaviku to najlepszy kemping, na jakim kiedykolwiek dotąd byliśmy. Serio. Oferuje wszystko, czego może potrzebować turysta, czy to pieszy, czy rowerowy, czy kamperowy czy nawet latający. A na poważnie, kemping  poza sporym polem namiotowym i miejscem dla kamperów posiada:

  • Darmowe prysznice (geotermalne)
  • Wydzielone miejsce do mycia naczyń z całym potrzebnym do tego sprzętem (gąbka, szczotka, płyn)
  •  miejsce na  grilla własnego lub duża krata
  • Pralnię wyposażoną w kilka pralek i suszarek (dodatkowo płatne po 700 koron)
  • Kuchnię  w osobnym zamkniętym pomieszczeniu, w pełni wyposażoną w naczynia i garnki oraz różnego rodzaju zostawionego przez turystów sprzętu kuchennego
  •  jadalnię, w której można jeść czytać i się zagrzać
  • Darmowe ładowanie elektroniki lub szafki z kontaktem
  • Przechowalnię bagażu czy kartonów na rowery (3400isk za to drugie)

W recepcji znajduje się mini sklepik ze sprzętem turystycznym. Można tu kupić butle z gazem do wszystkich systemów, mapy, menażki itp.

P8022853 (©PLANETADZIKA)

Co najważniejsze i bardzo inspirujące, ideą kempingu jest recykling. Na całym polu znajdują się wydzielone na poszczególne typy odpadów kosze, a w kuchni znaleźć można specjalną półkę, gdzie można zostawić niepotrzebną, ale zdatną do użycia żywność. My dzięki temu zyskaliśmy dwa obiady gratis, sami też coś zostawiliśmy dla następnych. Pomysł-rewelacja!

Ocena: 6/6

P8022856 (©PLANETADZIKA)

2. Vik i Myrdal

Kolejnym kempingiem, który udzielił nam schronienia był kemping w miejscowości Vik. Nie planowaliśmy tam noclegu, ale zmiażdżeni przez islandzką pogodę, z podkulonym ogonem zawitaliśmy w progach kempingowej recepcji.  Kemping dość niewielki, stary i dawno nieodświeżany, ale ze świetlicą w zamkniętym pomieszczeniu, która uratowała nam skórę (i pozwoliła wyschnąć).

Co jeszcze na kempnigu?

  • bezpłatne ładowanie
  • prysznice płatne ok 200isk
  • pralnia płatna (500/500)
  • we wspólnej salce miejsce na przyrządzanie posiłków + czajnik elektryczny, ale brak płyty grzewczej, co wykluczało przygotowanie ciepłego posiłku pod dachem

Miejsce sympatyczne, nadaje się na bazę wypadowej na piesze wędrówki po okolicy, a w pobliżu Vik jest co zwiedzać, o ile pogoda nie zechce inaczej.

Ocena: 4/6

P7150838 (©PLANETADZIKA)

3. Skaftafell

Dobra lokalizacja na wypady na lodowiec i bezpośrednie sąsiedztwo z parkiem narodowym to jedyne zalety tego kempingu, położonego dosłownie w środku nigdzie. Zachowany w ascetycznym stylu, jakby narysowany od linijki, z wytyczonymi ścieżkami i ładną trawą – brzmi dobrze? Może, ale kemping nie ma być piękny, ale praktyczny. A ten taki niestety nie był. Płacić trzeba było za wszystko. Aż dziwne, że za WC sobie nie policzyli.

P7161256 (©PLANETADZIKA)

Prysznic dodatkowo płatny 500 koron za 5 min. Idealny do ćwiczenia przed zawodami w kąpieli na czas.

Pralka 500 koron, suszarka też, z tym że nie łudźcie się, że wysuszy wam pranie…

Brak jakiejkolwiek świetlicy i miejsca pod dachem. Jak wieje, pada czy śnieży to siedzisz w namiocie.

Całkowity brak kuchni, lub choćby miejsca, gdzie można zagotować wodę.

Zastanawiacie się, za co więc wydaliśmy 1700 koron? My też. Omijać.

Ocena: 2/6

P7171261 (©PLANETADZIKA)

4. Djupivogur

Bardzo sympatyczny malutki kemping, położony gdzieś na końcu świata, (gdyby taki istniał naprawdę, Djupivogur mógłby śmiało nim być), w którym mało kto się zatrzymuje. Atmosfera kameralna, cisza i spokój. Miejsce idealne dla wszystkich introwertyków i uczulonych na tłumy.

Kemping oferuje:

  • W pełni wyposażoną kuchnię z jadalnią
  • Salon dla gości wyposażony w sofy i stoliki
  • darmowe ładowanie elektroniki
  • prysznic płatny 300 koron
  • Oraz pewien bonus, który jest oddalony o 2 km od miejscowości. Niebawem zdradzimy, cóż to.

Ocena: 5/6

P7191579 (©PLANETADZIKA)

6. Vogar (Reykjahild)

 W tej miejscowości znaleźć można właściwie dwa kampingi, jeden nieco droższy w centrum, kolejny dwa kilometry dalej. Wybraliśmy ten drugi, bo był mniej zatłoczony, a w pobliżu znajdowała się pizzeria.

Niestety ten kamping nie miał za dużo udogodnień. W sumie to więcej ich nie miał niż miał:

  •  brak pralki i suszarki
  • brak kuchni i świetlicy
  • brak dostępu do prądu

Natomiast miejsce miało swój przyjemny klimat. Spokój, za płotem pastwisko, możliwość zjedzenia pizzy w knajpie obok. I co dla nas najważniejsze, prysznic był darmowy, nieograniczony limitem czasu.

P7232090 (©PLANETADZIKA)

Dodatkową zaletą tego kempingu jest świetna lokalizacja przy atrakcjach turystycznych, np. jaskini geotermalnej i wulkanie.

Ocena: 4/6

* * *

To tyle w temacie kempingów islandzkich. Nasze zestawienie jest subiektywne i nacechowane wspomnieniami i uczuciami, towarzyszącymi nam w podróży. Na ocenę kempingów ma wpływ również pogoda, która zastała nas przy nocowaniu na danym polu namiotowym. Staraliśmy się jednak uwypuklić obiektywne cechy tych miejsc, które mogą pomóc innym polskim turystom w wyborze miejsca noclegowego na Islandii. W razie pytań zachęcamy do kontaktu!

P8022851 (©PLANETADZIKA)

Reklamy

8 porad, jak przetrwać kilkutygodniową wyprawę rowerową

Długie wyprawy rowerowe (a za takie uważam te trwające ponad tydzień) są nie tylko świetnym sposobem na aktywne spędzenie urlopu, ale również stanowią małą (lub czasem większą) szkołę przetrwania. Są oczywiście osoby, dla których perspektywa spędzenia kilkunastu dni na rowerowym siodełku i kręcenia dzień w dzień kilkudziesięciu kilometrów jest niczym kara za wszystkie grzechy świata. Czytelników identyfikujących się z tym stwierdzeniem rozczarujemy, bo to nie post dla nich. Jednak jeśli po głowie chodzi wam czasem myśl, by spakować graty i wybrać się na dłużej rowerem, ale macie także pełno obaw i znaków zapytania, zapraszamy do zapoznania się z poniższym mini poradnikiem, jak przetrwać na kilkutygodniowej wyprawie rowerowej. Może rozwieje się część waszych wątpliwości.

P7262433 (©PLANETADZIKA)

1. Solidne przygotowanie i zorganizowanie wyprawy

Wyprawa zaczyna się wiele miesięcy przed planowanym startem. Zaczyna się w twojej głowie i w twoim wygodnym fotelu. Pierwsze co musisz zrobić to z niego wstać i zacząć przygotowywać plan wyjazdu. Co to znaczy? A no to, że musisz poczytać o kraju/regionie, który chcesz odwiedzić, przygotować trasę rajdu, zaplanować kilometraż,  budżet, przewidzieć atrakcje i co niemiłego może się zdarzyć. Musisz też zadbać o sprzęt, przede wszystkim rower, ale i o siebie. Regularne treningi mile widziane, a tą zgrzewkę piwa, co czeka na ciebie w lodówce, powinieneś sprezentować przyjaciołom. Jeśli odpowiednio wcześniej wszystko dograsz, mniej rozczarowań spotka cię w trasie.

P6120241 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

2. Zrób zakupy przed wyjazdem

Brzmi trywialnie? Być może, jednak warto zaopatrzyć się w prowiant, zwłaszcza jeśli jedziemy za granicę. Nawet jeśli nie planujesz wypadu na dzikie pustkowia, lepiej część jedzenia zabrać z Polski. I nie jest to bynajmniej objaw rodzimego cebulactwa. Za granicą często jest drożej, a i nie zawsze znajdziesz wszytko, co przewidziałeś. Nie chcesz też przez dwa tygodnie jeść dzień w dzień zupki chińskie, bo tylko na to było cię stać w zagranicznym markecie.

P7040446 (©PLANETADZIKA)

3. Weź kogoś ze sobą.

Nie byle kogo. Kogoś zaufanego, z kim lubisz spędzać czas i kto cię nie zawiedzie, ani nie zamarudzi na śmierć. O zaletach podróży w parze pisaliśmy tu, więc nie będę się powtarzać.

P8032910 (©PLANETADZIKA)

4. Mierz siły na zamiary.

Niestety chcę nie zawsze znaczy mogę. Jeżeli dotąd nie jeździłeś za często i za daleko rowerem nie rzucaj się na rowerowy rajd po puszczy amazońskiej. Wybierz miejsce, któremu pod względem klimatu, przewyższeń na trasie i poziomu infrastruktury drogowej będziesz mógł sprostać. Warto skorzystać z relacji osób, które już dane miejsce odwiedziły.

5. Wyznacz kilometraż na każdy dzień.

Jeśli z góry założysz ile kilometrów będziesz robić podczas rajdu, znacznie łatwiej będzie ci tego dotrzymać. Znając swoje możliwości, limit czasowy i teren po którym będziesz się poruszać, bez trudu oszacujesz ile kilometrów przejedziesz. Najłatwiej ustalić stały kilometraż na każdy dzień wyprawy, o ile teren jest równy i warunki niezmienne. Jeśli jednego dnia czekają cię podjazdy, lepiej zmniejszyć ilość kilometrów, które nadrobisz, jak droga się wypłaszczy. 🙂

P7201703 (©PLANETADZIKA)

6. Wszystko jest w głowie.

A inaczej nazywa się to wytrwałość. Jeśli wcześniej nastawisz się na wielodniową jazdę i zaakceptujesz, że wiąże się z tym wyjście ze strefy komfortu, pokonywanie kolejnych kilometrów przyjdzie ci łatwiej. Przyjmij do wiadomości, że podjazdy i tak będą. Zawsze. Nawet jeśli twoja mega-aplikacja obliczyła liczbę maksymalnych przewyższeń na 2 metry. Będzie cię też bolało. W różnych miejscach. I nie będzie miękkiego łóżeczka. Jeśli to przełkniesz i się z tym pogodzisz, będzie okej.

P7181501 (©PLANETADZIKA)

7. Wyznaczaj sobie małe cele.

Będąc w trasie, jeśli czujesz, że motywacja spada, a siodełko wbija się coraz boleśniej w tyłek, wyznacz sobie mały cel, który osiągniesz zanim zrobisz przerwę. Na przykład: „wjadę na tę następną górkę i jak zjadę to odpocznę” lub „Jak dobiję do 40 km to zjem batonika”. Planowanie małych nagród za osiągnięcie małych celów motywują i pozwalają na sprawne prowadzenie rajdu.

8. Olej rzeczy, na które nie masz wpływu.

Zła pogoda? Brak prysznica już 4 dzień? Pole namiotowe droższe niż myślałeś? Trudno. Nic z tym nie zrobisz. Z optymizmem podchodź do otaczającej cię rzeczywistości i staraj się obrócić bieg rzeczy na swoją korzyść. Brzmi jak z lekcji jakiegoś life coacha? Może i tak, ale i bez tego wiadomo że kto nie walczy ten przegrywa. Sam pisałeś się na rowerowy rajd, więc i złą pogodę i niewygodę i nadprogramowe wydatki przewidziałeś (zgodnie z punktami 1 i 6). Pozytywne nastawienie to połowa sukcesu.

P7312705 (©PLANETADZIKA)

Jeśli tu dobrnęliście, to pewnie nasuwa się wam na myśl refleksja, że tak naprawdę przetrwanie długiego rajdu to w znacznej większości (80%) odpowiednie nastawienie a w małej części (20%) materialne czy fizyczne przygotowania. Wszystko jest w głowie!

10 powodów, dla których podróżujemy w parze (a nie w pojedynkę, czy w grupie)

Często, kiedy opowiadamy o naszych rowerowych wyprawach pada pytanie, dlaczego nie wybierzemy się na jakąś wyprawę większą gromadą albo czy w dwie osoby nie jest nudno, a może samemu byłoby prościej…

Wpisem tym rozwiejemy wszelkie wątpliwości, dlaczego liczba dwa jest doskonała w kwestii wycieczek i przedstawimy zalety podróżowania w parze. Wszystko to naszym subiektywnym okiem.

Zacznę od tego, że w naszym rozumieniu para to nikt inny jak my. Przez to, że jesteśmy parą nie tylko na wyprawach, nasz punkt widzenia może być trochę inny, ale sądzę, że wymienione niżej zalety dotyczą też par, które łączy nie życie a tylko rower.

  1. W parze jest raźniej, więc i nasz stan psychiczny ma się lepiej.

To największa zaleta podróży z drugą osobą. Znacznie pewniej czuje się człowiek, jak ma u boku partnera. Mniej czarnych myśli kłębi się w głowie w gorszych momentach i już sama świadomość, że jest ten ktoś pozwala ci lżej znosić kryzysy dnia codziennego na wyprawie.

P5011228 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

Powiecie, że w grupie jest tak samo. Ano nie do końca. Grupa ma nieco inną specyfikę i ogółem mniejsze są zażyłości między jej członkami. Bywają i grupy tzw. „z przypadku”, gdzie luźno związani ze sobą ludzie skrzyknęli się na wyjazd i tak naprawdę każdy z nich pilnuje własnego nosa. Raźniej jest, ale nie do końca czujesz się pewnie w takiej ekipie.

  1. Co za tym idzie, wzrasta motywacja

Nikt tak nie motywuje do szybszego pedałowania pod górkę, jak Twój przyjaciel wołający na ciebie z jej szczytu. Z poirytowania ciągłym poganianiem dostajesz większych skrzydeł niż po wypiciu podwójnego Redbulla. Sprawdza się w każdych warunkach. Polecam, Alicja. 🙂

  1. Jest znacznie bezpieczniej

Zwłaszcza w kwestii kradzieży. Najłatwiej okraść samotnego i zagubionego biedaka, który odszedł tylko kilka metrów od roweru  pstryknąć fotkę pięknemu widokowi. Dwie osoby to już dla złodzieja trudniejszy obiekt. Nie wspominając już o noclegach na dziko. Leżenie samemu w namiocie wzmaga nadmierne myślenie o niepotrzebnych rzeczach i czasem, w mniej dogodnych warunkach, wzbudza poczucie ciągłego niepokoju. Z zaufaną osobą u boku, wszystko wydaje się mniej groźne.

planeta-dzika_dsci0149-copy

  1. W parze podróżuje się szybko i sprawnie

Nie chodzi tu o żadne wyścigi, oczywiście. Bo rajdy rowerowe nie mają na celu nabijania kilometrów z wzrokiem wbitym w asfalt.  Jednak sprawne przemieszczanie się i posuwanie wyprawy naprzód jest dość istotne. W większej grupie zawsze będzie się podróżować wolniej. A jeśli trafimy na maruderów lub mających szybko napełniające się pęcherze, możemy przejechać nawet 20-30 km mniej niż w zgranym duecie.

  1. Mniej na twojej głowie

To proste. Jedziesz sam – dbasz o wszytko sam, jedziesz w większej grupie – masz wszystko w…. kieszeni, bo ktoś ogarnia życie za Ciebie, a nie o to w wyprawach chodzi. W duecie, przynajmniej naszym, istnieje podział obowiązków przed wyprawą, a w jej trakcie każdy ma swoje zadania, które możemy wykonywać równolegle, co znacznie usprawnia przebieg rajdu.

P5011263 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

  1. Jeśli coś się stanie, szanse na pomoc wzrastają o 100 procent.

Tu zaleta z kategorii sprawy poważne. Niestety wypadki chodzą po ludziach i nigdy nie wiadomo, co też może się przytrafić. Trzeźwe myślenie w wielu przypadkach pozwala uniknąć problemu, ale czasem nie mamy naprawdę wpływu na wydarzenia. Wtedy obecność drugiego człowieka może być kluczowa.

  1. Portfel mniej boli

Ta zaleta dotyczy również podróżowania w grupie: więcej uczestników, tańszy całkowity koszt wyjazdu. (chyba że wyfrajerujecie się na jakiś zorganizowany rajd all inclusive, gdzie będą wozić za was graty, wtedy cena wzrasta nie spada). Wydatki na takie sprzęty jak kuchenka, namiot, jedzenie dzielimy na pół. Nie ma porównania do kosztów podróży w pojedynkę.

planetadzika_dsci8861

  1. Ma się lepsze pomysły

Co dwie głowy, to nie jedna, jak mówią. Czasem jedno z nas wpadnie na pomysł, który drugiemu nie przemknąłby nawet przez myśl, a wart jest zastosowania. Wspólne planowanie wyprawy a potem rozwiązywanie problemów powstałych w jej trakcie jest znacznie bardziej owocne, niż samotne kombinowanie. Nie raz wspólnymi siłami uzyskiwaliśmy najlepsze rozwiązanie, które prawdopodobnie nie powstałoby, gdyby myślała nad nim jedna osoba.

  1. Jest z kim pogadać, wymienić spostrzeżenia, komentarze.

Ta zaleta nawiązuje do tych pierwszych, jednak chodzi tu przede wszystkim o aspekt socjalny. Po prostu fajnie jest czasem móc otworzyć do kogoś buzię, rzucić sucharem, skomentować złośliwie otaczającą cię rzeczywistość. Jeśli jesteś sam, wszystko zostawiasz dla siebie, w grupie zaś, zależy na kogo trafisz i jaka zażyłość łączy Cię z innymi uczestnikami. Nie wszystkie tematy mogą być akceptowalne. W duecie, taki jak nasz, nie ma tabu a ironia w uwagach do życia aż kipi.

P4020263 (©PLANETADZIKA)

  1. To najlepszy test, by poznać swojego partnera

I wreszcie ostatni, aczkolwiek nie mniej ważny argument. Podróże w duecie weryfikują wszytko. Nie dotyczy to tylko podróży w parach, które tworzą związek mniej lub bardziej formalny. Weryfikacji podlega również przyjaźń, czy ładnie mówiąc braterstwo. W życiu miejskim możesz nosić tysiące masek, na wyprawie, chcąc nie chcąc pokażesz swoją prawdziwą gębę, nawet jeśli to morda Bazyliszka. Ukryta kamera ci więcej nie powie.

Z tych oto powodów najchętniej podróżujemy we własnym towarzystwie. nie oznacza to, że nie lubimy wyjazdów grupowych, czy też nigdy nie zapuściliśmy się nigdzie w pojedynkę. Jednak po spróbowaniu różnych opcji, zgodnie twierdzimy, że nie ma to jak dograny duet. A wy jak lubicie podróżować? Co za tym przemawia?

ISLANDIA PRZYGOTOWANIA DO WYPRAWY CZ. 3

Przygotowania do dużej wyprawy rowerowej to również mini wyprawy testowe, na których testujemy nowy sprzęt, jego przydatność i wydajność oraz staramy się przewidzieć możliwe awarie i z góry obmyśleć, jak sobie z nimi radzić. Ostatnio umieściliśmy pierwszy nasz filmik o rozpalaniu kuchenki wielopaliwowej, tym razem idziemy kolejny krok naprzód i zamieszczamy mini poradnik jak go czyścić.

Nie zapominajcie nas polubić na Fb! Mamy również konto na Instagramie, @Planetadzika, gdzie publikujemy nasze najlepsze zdjęcia z tras.

Sprzęt: Przyczepka bagażowa i jej użyteczność podczas wyprawy

Na koniec roku wrócimy na chwilę do tematyki sprzętowej i zatrzymamy naszą uwagę na zyskującym coraz większą popularność elemencie wyposażenia rowerzysty, jakim jest transportowa przyczepka turystyczna.

Jak sama nazwa mówi służy ona do transportu: niektóre, te bardziej rozpowszechnione służą do przewozu małych dzieci, co jest wspaniałą opcją dla rodziców-podróżników. Drugi typ to oczywiście przyczepka bagażowa, która w domniemaniu stanowić ma alternatywę dla transportowania bagażu w sakwach. A bywa tego trochę. My skupimy się na opisie i ocenie drugiego typu, gdyż z nim mieliśmy wiele do czynienia. Z pierwszą, z braku takowej potrzeby, nie mieliśmy kontaktu. Ale jeśli kiedyś los zachęci nas do korzystania z niej, na pewno podzielimy się wrażeniami. 😉

Jak to w kapitalistycznym świecie bywa, przyczepek bagażowych na rynku jest co najmniej kilka rodzajów. Najlepszą renomę ma ta sprzedawana przez ExtraWheel i niejeden podróżnik mógłby wam wymienić jej zalety. My niestety nie zaliczamy się do tej grupy, bo najzwyczajniej w świecie nie stać nas było (i ciągle nie jest) na jej zakup. Koszt tego ustrojstwa to około 1400 zł. Tak, tyle co średniej klasy rower. Ci których właśnie zabolał portfel rozumieją nasz dylemat, a bogaci nawet nie powinni zastanawiać się, tylko od razu niech biegną do sklepu.

DSCI0131 (©PLANETADZIKA)
Zapakowana przyczepka w trasie

Dla niskobudżetowców istnieje oczywiście alternatywa, a nawet dwie. Pierwsza to ciężki dwukołowy wózek, przypominający do złudzenia ten, który ciągną panowie żule zbierający złom. Na podróż to to się nie nadaje (choć pewnie niektórzy, np. tandemowerowerlowe by się z nami nie zgodzili). Druga opcja, przyjaźniejsza, to tania chińska nie markowa podróba dostępna już za niecałe 300 zł. I to ją właśnie zdecydowaliśmy się kupić i wypróbować w praktyce. Poniższy tekst jest więc oceną tego i tylko tego produktu.

big_voyager-expert-czerwony
Przyczepka Extraweel źródło http://www.szumgum.com

Na zdjęciach i nawet w rzeczywistości nasza przyczepka wygląda przyzwoicie. Jest to mały metalowy wózek z dyszą do zamontowania do roweru. Mocowanie przyczepki odbywa się na kilka sposobów: za pomocą specjalnej nakrętki z bolcami i kółeczkiem na końcu lub szybkozłączki z podobnymi wypustkami, które mocujemy do specjalnych haków na przyczepce.  Trzeba powiedzieć, że ten system zdaje egzamin całkiem nieźle. Co do samych nakrętek, to nie pasowały one do naszych standardowych gwintów na osi ani do żadnych innych wyszukanych w wielu sklepach rowerowych w Krakowie. Co więcej, nasze ówczesne rowery nie były przystosowane do szybkozłączek, więc jako majsterkowicz, wykonałem całkiem przyzwoitą złączkę z długich śrub wkręconych w mocowania dla błotników. Pochwalę się, że ten element wytrzymał całą podróż. Czyżby dlatego, że go skleciłem go sam?…

DSCI9992 (©PLANETADZIKA)
Mocowanie przyczepki

Zdjęcie0299 (©PLANETADZIKA)

Po drugiej stronie przyczepka opiera się na małym kole opatrzonym błotnikiem i odblaskiem. W pakiecie dostaniemy pomarańczową torbę idealnie dopasowaną do kształtu wózka oraz czerwoną chorągiewkę, niezbyt praktyczną, ale nie martwcie się i tak ją zgubicie przy pierwszej okazji.

DSCI9985 (©PLANETADZIKA)
Przyczepka przed złożeniem. Dopiero co wyjęta z paczki

Pierwsze co wzbudza wątpliwości to wykonanie torby. Zrobiona jest z bardzo cienkiego (na szczęście względnie wodoodpornego) materiału i sklejona byle jak. Gołym okiem widać, ze pod naciskiem ciężkiego bagażu coś albo się urwie, albo przetrze. Plusem torby jest za to jej łatwe i szybkie otwieranie/zamykanie i to, że idealnie mieści się w wózku. Innym pozytywem jest też jej rozmiar pasujący do przewożenia namiotu, śpiworów, sprzętów kuchennych i narzędzi.

DSCI9993 (©PLANETADZIKA)
Torba jest naprawdę pojemna

Tak więc, kiedy zamówiona przez nas w Internecie niemarkowa przyczepka dotarła w nasze progi, cieszyliśmy się z nowego nabytku i mimo małych wątpliwości, ocenialiśmy pozytywnie możliwości tego sprzętu. Swoją prawdziwą próbę przyczepka miała przejść na naszej pierwszej wspólnej wyprawie na Pomorzu ale oczywiście zanim zdecydowaliśmy się w niej wieźć nasz bagaż zrobiliśmy kilka prób na krótkich (do 70 km) dystansach, niestety bez większego obciążenia. Byliśmy z niej bardzo zadowoleni, bo wyraźnie odciążyła tylne koło roweru, przez co jechało się lżej, a podjazdy nie dawały tak bardzo w kość, jak przy pełnych sakwach. Mimo pomyślnych prognoz, przyczepka oblała na całej linii test podczas rajdu. Nie wytrwała 4 dni stukilometrowych odcinków, o czym możecie poczytać w relacji z Pomorza. Nierówny teren, leśne drogi i przede wszystkim 5 kilometrów przebytych plażą przewyższyły jej możliwości. Już w drugim dniu jazdy zepsuła się oś łącząca przyczepkę z rowerem, przez co przechylała się znacznie na jedną stronę, co zaburzało całkowicie równowagę, aż w końcu uniemożliwiło dalszą jazdę. Nie muszę chyba wspominać, jaki był to dla nas kłopot. Chociaż mieliśmy ze sobą podstawowy sprzęt naprawczy, brakowało nam narzędzi: dużego imadła i klucza, by usprawnić łącze i „wyprostować” przyczepkę. Ratowaliśmy się drutem otrzymanym od pracownika stacji benzynowej i tylko dzięki temu prowizorycznemu zabezpieczeniu jakoś dotrwaliśmy do końca rajdu. Główną przyczyną naszych problemów z przyczepką był fakt, że jej szkielet można było złożyć. Na początku wydawało nam się to dobrym pomysłem, ale ostatecznie doprowadziło do opisanych wyżej usterek. Swoją drogą, wysokiej klasy  przyczepki są sztywne, a jedyną ruchomą częścią jest oś skrętu.

DSCI0123 (©PLANETADZIKA)
Zapakowana przyczepka w trasie.

Oczywiście fakt, że przyczepka zepsuła się już drugiego dnia rajdu przekreśla ją jako sprzęt wyprawowy. Takie incydenty nie powinny mieć miejsca w ogóle, a co dopiero po przejechaniu niecałych dwustu kilometrów. Ktoś może zaraz powiedzieć, że w sumie dętka może pęknąć już na dziesiątym kilometrze i nie przekreśla to wartości roweru. Owszem, jednak w przypadku naszej przyczepki awarie nie były ani wynikiem pecha, ani bardzo trudnych warunków, tylko spartaczonego wykonania sprzętu.

Z drugiej strony nie mamy się czemu dziwić. Chińskie badziewie zalewa rynek nie od dziś i marna jakość produktów z CHRL nie jest dla nikogo wielką niespodzianką. Nas skusiła cena i chęć wypróbowania nowej metody przewozu bagaży, ale nie wiele zyskaliśmy. Tylko doświadczenie, aby nie ufać takim dziwnym rozwiązaniom.

Odbiegając od tematu fatalnego wykonania przyczepki muszę dodać, że nawet sama forma transportu bagaży w dodatkowym wózku nie bardzo nam odpowiada. Przyczepka niejako „wydłuża” rower, bardziej trzeba uważać na zakrętach i nierównym terenie. Jazda po mieście jest bardzo utrudniona, bo nie da się łatwo podjechać pod krawężnik a torowiska trzeba szerokim łukiem omijać, o czym przekonałem się na własnej skórze. Co więcej, trzeba się natrudzić, by zabezpieczyć  ją i rowery na noc lub gdy chcemy coś zwiedzić. Nie mówiąc już o jakimkolwiek transporcie naszego rowerowego sprzętu. Pociągi, autobusy i inne środki transportu zbiorowego nie współpracują przy transporcie takich cudów. Krótko mówiąc, tradycyjne sakwy są znacznie wygodniejsze na długich wyprawach. Przyczepki dobrze sprawdzają się na krótkich wyjazdach, gdzie istnieje możliwość naprawy ewentualnych usterek w domu i nie ma obawy, że przez awarię zaprzepaści się całą wyprawę.

Zdjęcie0304 (©PLANETADZIKA)
Transport przyczepki w pociągu nie jest łatwym przedsięwzięciem…

Przyczepka wróciła z nami cała połamana i bardzo zniszczona. Opona przetarta do nylonu, błotnik wyszarpany, zawias wyłamany, oś skrętna pokrzywiona a drut! (tak w osi jest drut) całkowicie do wymiany. Jedyne, co wytrzymało do końca bez usterki to haki mocowań do ramy, o czym na początku wspomniałem. Po całkowitym remoncie i usztywnieniu koszyka przyczepki postanowiliśmy wypróbować ją jeszcze raz z naszymi już nowymi rowerami ale niestety nie współgrały z nią –  średnica koła była za duża (28”) i opona ocierała o ramę przyczepki oraz przesuwała oś koła roweru.

Po wszystkich przygodach z tą przyczepką, nie ukrywamy, że jesteśmy zrażeniu do tego typu rozwiązań i minie bardzo długi czas zanim nawet zastanowimy się nad zakupem czegoś nowego.

Jeśli więc planujecie zakup przyczepki i jesteście na nią w stu procentach zdecydowani, koniecznie zainwestujcie w porządny sprzęt. Chińskie dobre to są zupki, ale na pewno nie ekwipunek na wyprawę. Z naszego doświadczenia wynika, że czasem nie warto kombinować i lepiej trzymać się klasycznych i wypróbowanych modeli podróżowania, czyli pakowania szpeju do sakw.

Rajd Wschodni. Podsumowanie

Kończąc relację z rajdu wschodniego, spróbujemy streścić nasze wrażenia z wyprawy w jednym poście skonstruowanym dla zabawy jak FAQ. Chcemy zakończyć ten cykl refleksyjnie i zachęcić Czytelników do odwiedzenia współczesnych Kresów.

Czy  warto?

Powyższy wstęp mówi sam za siebie. Wschód Polski jest niesamowicie ciekawym miejscem (a w sumie powinnam użyć tu liczby mnogiej, bo tworzą go różne odmienne od siebie regiony). wszystkie je charakteryzują trzy cechy: ekspansja natury, życzliwość mieszkańców i widoczna wielokulturowość, które pokrótce omówię.

  1. Natura – Pod tym względem wschodnia granica Polski przebija chyba wszystkie inne regiony. W jej pobliżu znajdziecie 7 Parków Narodowych (z czego my zwiedziliśmy podczas rajdu 5), kilkakrotnie więcej rezerwatów przyrody, o zwykłych lasach nie wspominając. Jeśli pragniecie uciec od cywilizacji, naprawdę nie musicie wyjeżdżać do rosyjskiej tajgi, czy (kto woli cieplejszy klimat) amazońskiej puszczy. Na wschodzie znajdziecie setki odludnych miejsc, zapomnianych wioseczek, oddalonych o dziesiątki kilometrów od asfaltowych dróg, pól ciągnących się kilometrami i leśnych zakamarków.
  2. Życzliwość – ta już zanikająca cecha ludzka, w dużych miastach wymarła prawie zupełnie, na Wschodzie jakoś się uchowała. Oczywiście generalizuję, ale podczas rajdu od innych ludzi spotkało nas więcej dobrego niż złego (czego nie powiem nigdy o rajdzie brzegiem Bałtyku). Przy wschodniej granicy ludzie są bardziej bezpośredni i mniej skupieni na sobie. Są bardziej skorzy do rozmowy i traktują cię jednostkowo. Przykładów na rajdzie mieliśmy bez liku: Od pana, który zaprosił nas do siebie w ulewie, przez chłopa, który nie wygonił nas ze swojego pola, choć rozbiliśmy się na środku, po ekspedientki w sklepie, wesoło zagadujące skąd to jedziemy.
  3. Wielokulturowość – w tak homogenicznym kraju jak Polska, współistnienie dwóch religii obok siebie jest godne uwagi. Na wschodzie katolicy i prawosławni (a na Polesiu do tego Tatarzy) od wieków żyją ze sobą i całkiem im to wychodzi. Wielokulturowość to nie tylko idea, jest namacalną cechą (widoczną choćby w architekturze), która na Wschodzie mieni się kolorami i dodaje tamtejszym regionom wspaniałego klimatu.

 

© PLANETA DZIKA_DSCI1907 (Copy)

Za ile takie cuda?

Za bezcen, mam ochotę powiedzieć, ale pokuszę się o szerszy komentarz. Jeśli podróżuje się tak jak my, czyli śpi się we własnym namiocie byle gdzie, a prysznic bierze się raz na trzy dni, obiady gotuje się samemu  w trasie, a atrakcje (zwłaszcza przyrodnicze) zwiedza się o świcie, kiedy nawet nie ma komu skasować biletów, to dużo pieniędzy się nie wydaje.
O plusach i minusach taniego podróżowania rozwodzić się nie będę, bo ma ono tyluż zwolenników ilu przeciwników i raczej wpisuje się to w powszechną zasadę, że o gustach się nie dyskutuje.

Nie mniej nasza 8 dniowa wyprawa zamknęła się w 600 zł za dwie osoby. W koszta wliczam wszytko: jedzenie, bilety PKP, noclegi, atrakcje itp itd.

Jeśli właśnie zabolał Was portfel sponiewierany wakacjami w 5 gwiazdkowcu na Kanarach, zachęcam do rozważenia za rok opcji rowerowej.

Ale dlaczego rowerem?

Z przekory napisałam to pytanie, ale pewnie nie jeden sobie je zadaje.

Rower bo tanio, bo zdrowo, bo wyzwanie, bo przygoda, bo walka ze słabościami, bo blisko natury, bo najlepiej.
I więcej nie mam nic do dodania.

DSCI1676 (©PLANETADZIKA)

A kto może pisać się na taką jak wy podróż?

Jeśli myślicie, że odpowiedź brzmi „każdy”, trochę się mylicie. Faktycznie każdy może zorganizować sobie i przejechać rajd, jeśli tylko ma jakąkolwiek kondycję i jest w stanie pokonać kilkadziesiąt kilometrów dziennie przez kilka  dni z rzędu. Naprawdę warto najpierw trochę poćwiczyć. Ale uwaga: dojazdy do Biedronki po piwo nie są treningami.

Co więcej, nasz „każdy” powinien mieć odporną psychikę. Różne rzeczy przytrafiają się w drodze (i nie o wszystkich sytuacjach przeczytacie na blogu), czasem warunki atmosferyczne mocno odciskają się na psychice. Żaden cyklista wam się do tego nie przyzna, ale każdy, kto parę dni spędził na rowerze miał chwile, kiedy łzy cisnęły się same do oczu a z bólu 4 liter miał ochotę wyć. Ten aspekt niestety też jest wpisany w urok podróżowania rowerem.

Pytania można by jeszcze mnożyć, dodawać i potęgować. Nie w tym rzecz. Najważniejsze by po tej  lekturze czy tego postu, czy relacji z naszej wyprawy,  Czytelnik sam poczuł nieodpartą ochotę wskoczenia na rower i odkrycia tajemnic wschodniej granicy. Liczymy na Was! 🙂

© PLANETA DZIKA_DSCI1962 (Copy)

 

Polska dzika, wyprawa na wschód – przygotowania

Rajd wschodnią ścianą Polski planowaliśmy długo. Wystarczająco długo, by dopracować każdy odcinek trasy, zaznaczyć na mapie warte uwagi atrakcje, zaplanować miejsca noclegowe, przygotować potrzebny sprzęt, a bagaże zapiąć na ostatni guzik. Jedyne nad czym mniej pracowaliśmy była nasza kondycja fizyczna. Wprawdzie całą wiosnę biegaliśmy dziesięciokilometrowe trasy, jednak sam rower służył nam raczej jako środek transportu miejskiego. Z drugiej strony, mieliśmy już na koncie kilka rajdów i wiedzieliśmy jak smakuje 100 km dziennie, więc mimo braków rowerowych treningów nie baliśmy się, że wymiękniemy.

Trasa

Kiedy pomysł rajdu wschodnią granicą Polski dopiero kiełkował w naszych głowach myśleliśmy, że realizując go wybierzemy trasę szlaku Green Velo, który reklamuje się głośno i w rowerowym środowisku zyskuje na popularności. Choć dobrze przygotowana, świetnie oznakowana i dostosowana do potrzeb każdego rowerzysty, trasa Green Velo nie przypadła nam do gustu z bardzo prostej przyczyny: omijała praktycznie wszystkie parki narodowe, których zwiedzenie było dla nas priorytetem. Momentami szlak bardzo odbiegał od granicy i ciągnął się, nie wiedzieć czemu, slalomem. Ograniczeni czasem nie mogliśmy sobie pozwolić na wielodniowe kluczenie po wschodnich rubieżach. Postanowiliśmy wytyczyć trasę samodzielnie, kierując się dwoma zasadami: odwiedzamy miejsca gdzie króluje natura i jedziemy z południa w kierunku północnym. Oczywiście perełki stworzone przez człowieka takie jak Zamość czy Tykocin również były punktami obowiązkowymi na trasie. Po wyborze zabytków i miejsc, które chcemy zwiedzić, analizie dróg i przeliczeniu kilometrów na każdy dzień przygotowaliśmy trasę rajdu: 800 km w 8 dni. Nic prostszego!

trasa wschód
Profil trasy rajdu

Noclegi

Jako że jesteśmy miłośnikami przyrody i taniego podróżowania z góry wiedzieliśmy, że nocować będziemy pod namiotem i raczej z dala od miast. Choć wedle przestarzałego polskiego prawa o włóczęgostwie rozbijanie biwaku na dziko jest zabronione, jak większość z was wie, mało kto tym przepisem się przejmuje i rozbicie namiotu w lesie nie stanowi problemu. Oczywiście trzeba przemyśleć, gdzie ulokować swój namiot, by nikt niepowołany nam się nie napatoczył i byśmy czuli się bezpiecznie i spokojnie przetrwali noc (pastwisk nie polecamy, o czym jeszcze wspomnimy). W każdym razie 4 noce z 7 planowaliśmy spać „na dziko”, pozostałe trzy na kempingach, głównie z powodu prozaicznej potrzeby wzięcia prysznica (wierzcie lub nie, ale jazda powyżej 3 dni bez kąpieli jest jedną z najgorszych form samoumartwienia się.)

Wyżywienie

Staraliśmy się być jak najbardziej samowystarczalni i wzięliśmy ze sobą pokaźne zapasy jedzenia, które się nie psuje i które można szybko ugotować. I co ważne, które nie jest nafaszerowane chemią i uchodzi za zdrowe. Na wyprawie zdrowe odżywianie może wydawać się trudne, ale kuchenka turystyczna to rewelacyjny wynalazek, który pozwala ci zrobić obiad w każdych warunkach i w każdym miejscu. Za parę złotych i ze świeżych produktów.

Nasze menu stanowiły produkty takie jak: kuskus, makaron instant, sos pomidorowy, kukurydza i fasolka w puszce, kotlety sojowe, masło orzechowe, dżem, ser w kostce, parówki (sojowe lub zwykłe), masło, jajka, ogórek gruntowy, pomidor, mieszanka studencka, czekolada i batony zbożowe.

Oczywiście uzupełnialiśmy na bieżąco zapasy o świeże produkty, takie jak pieczywo czy warzywa i owoce w mijanych sklepach. Omijaliśmy szerokim łukiem zupki chińskie i gotowe dania w proszku. Wcale nie są szybsze w przygotowaniu niż np. kuskus z sosem pomidorowym i kukurydzą, a spustoszenie jakie wywołują w żołądku jest wielkie. Nie warto płacić za nie takiej ceny, kiedy ze świeżych produktów można zrobić szybki i pożywny posiłek.

W ciągu 8 dni, trzy razy zjedliśmy obiad „na mieście”. Z tego dwa razy wybraliśmy się na pizzę, tylko raz pokusiliśmy się o obiad w restauracji. Śniadania i kolacje oczywiście wszystkie przygotowywaliśmy sobie samodzielnie. Zawsze byliśmy najedzeni i zadowoleni 🙂

© PLANETA DZIKA_DSCI1613 (Copy)
Zestaw podróżnych menażek i nasz pluszowy przyjaciel

Ekwipunek i sprzęt

O tym, co trzeba i co warto mieć ze sobą na wyprawie rowerowej przeczytacie tu. Zwykle zestaw tych rzeczy się nie zmienia, jeśli podróżujemy w sezonie letnim, w klimacie umiarkowanym.

W zeszłym roku, na Pomorzu wypróbowaliśmy opcję przewozu bagażu w przyczepce. Pomysł ten okazał się niewypałem, głównie z powodu złej jakości przyczepki i niedostosowania jej do nawierzchni innej niż asfalt. Tym razem spakowaliśmy się jak porządni sakwiarze, do…. sakw. Mieliśmy dwa komplety po dwie 60 litrowe sakwy firmy Crosso i jedną dodatkową sakwę tej samej marki. Do tego worek z namiotem i sakwę na kierownicę (którą nazwaliśmy później sakierem®).

Rajd wschodni był chrztem bojowym dla naszych nowych rowerów, zakupionych w tym roku. Bartek jechał na Drakarze marki Merida (Waleczna :)), a ja na turystycznej damce Krossa, Pacyfiku. Obydwa rowery spisały się świetnie i bez większych usterek przejechały całą trasę. Jedynym problemem ze sprzętem jaki mieliśmy były pękające szprychy w rowerze Bartka. Choć w ciągu wyprawy wypadło ich aż 13 (!) koło nie scentrowało się i obyło się bez naprawy na szlaku. Jak to mówią, głupi ma zawsze szczęście!

© PLANETA DZIKA_DSCI1609 (Copy)
Rowery spakowane i gotowe do startu

Samodzielne naprawy roweru. Usterki poważne – zerwany łańcuch

Ostatnio pisaliśmy o tym, jak radzić sobie z prostymi, często występującymi usterkami roweru. Tym razem przeskoczymy na wyższy poziom wtajemniczenia. Opiszemy jak zachować się, gdy w rowerze urwie się łańcuch. Nie mylić z sytuacją, kiedy łańcuch po prostu spadnie z zębatki, bo zaradzenie tej usterki polega na … ręcznym zaczepieniu łańcucha, a jakże!

Problem: Zerwany łańcuch.

Australijski  interior. Podczas podjazdu łańcuch nie wytrzymał i strzelił.  Najbliższe miasteczko ok 300km, brak serwisu rowerowego, a najbliższy sklep metalowy znajduje się  500km od nas. Tylko siąść i płakać. (Oczywiście sytuacja może mieć też miejsce w bardziej rodzimym klimacie, przykład Australii ma dodać wydarzeniu trochę grozy ;)). Nikomu nie życzymy podobnych doznań, czy to na dalekich wyprawach, czy w drodze do pracy. Jednak, gdy już spotka nas podobna przygoda warto spróbować zażegnać problem, choć nie dajemy gwarancji, że się uda. Sami jeszcze (na szczęście) nie musieliśmy zmagać się z zerwanym łańcuchem.

© PLANETA DZIKA_łańcuch_Planetadzika (©PLANETADZIKA)

 

Żeby coś móc zdziałać przy tej usterce, trzeba mieć ze sobą specjalne imadełko do łańcucha wysuwające sworzeń i/lub specjalną spinkę do łańcucha, zapas kawałka łańcucha. Używamy imadełka pozbywając się pękniętego ogniwa w miejsce jego wsadzamy spinkę i gotowe.

© PLANETA DZIKA_spinka łańcucha_Planetadzika (©PLANETADZIKA)

Rozwiązanie 1. Użycie imadełka nie jest trudne, ale jak zawsze trzeba poćwiczyć i wiedzieć co robić. Łańcuch składa się z ogniw wewnętrznych i zewnętrznych. By wymienić jedno pęknięte ogniwo trzeba wybić (wykręcić imadełkiem) sworzeń, wypchać ostrożnie, by nic nie pogubić (ale nie wypychać do końca),  zostawić sworzeń na ostatniej płytce ogniwa, wyjąć pęknięte ogniwo. Operacje trzeba powtórzyć jeszcze na jednym z drugiej strony, by mieć pasujące do siebie ogniwa.  Niestety ten sposób skraca nieco łańcuch o 2 ogniwa. Byłoby idealnie jeśli masz w zapasie właśnie takie ogniwa.

 

© PLANETA DZIKA_spinka łańcucha z boku_Planetadzika (©PLANETADZIKA)

Uwaga! skrócony łańcuch będzie dalej działał, ale przez to że jest krótszy będzie wyciągał naciąg przerzutki! Trzeba uzupełnić brakujące ogniwa lub wymienić łańcuch na nowy, o ile to możliwe.

Rozwiązanie 2. Użycie spinki wygląda podobnie jak w pierwszym przypadku. Różnica polega na tym, że sworznie wyjmujemy i robimy miejsce na spinkę do łańcucha. Patrz rozwiązanie 1.

Rozwiązanie 3. Improwizacja (tylko dla osób o mocnych nerwach). W sytuacji, kiedy nie masz ani imadełka ani spinki, znajdujesz kawałek gwoździa którym można wybić sworzeń.

Rozwiązanie 4. Improwizacja desperacka (daleko na tym nie zajedziesz )

Znajdź kawałek drutu i umiejętnie połącz ogniwa. Drut musi przechodzić przez przerzutki oraz zębatki.

© PLANETA DZIKA_imadełko_Planetadzika (©PLANETADZIKA)

Samodzielne naprawy roweru. Czyli jak zwalczyć podstawowe usterki

Dziś krótko o tym, jak samemu poradzić sobie z najczęstszymi i najmniej uciążliwymi usterkami roweru, które mogą przytrafić się nam w każdym miejscu, o każdej porze 😉

Pamiętaj, że nie z każdą usterką musisz biec do serwisu. 😉

Problemy ze sprzętem podczas jazdy zdarzają się każdemu i w każdej niemal sytuacji. Dlaczego? – zapytacie. No sorry, takie mamy części… Dlatego piszemy, jak my radzimy sobie z usterkami lub poważnymi awariami podczas wyprawy.

Po pierwsze, zawsze trzeba być przygotowanym na najgorsze, ale liczyć na najlepsze.
Następnie, nauczyć się rozbierać rower (i go składać). W ten sposób będziecie wiedzieli, co gdzie się znajduje i naprawy staną się łatwiejsze. Po trzecie, na dłuższe wycieczki warto (trzeba) zabierać zestaw narzędzi. Co powinno się w nim znaleźć przeczytacie tutaj.

Problem 1: Szprycha lub dwie nie wytrzymała naprężenia i strzeliła, koło lekko odbija na bok. W głowie niedoświadczonego cyklisty kotłują się myśli: „O matko! Lecę do serwisu! Ale… najbliższy jest 50km stąd. Co teraz??”

Możliwych jest kilka rozwiązań :

rozwiązanie 1 Jedziesz dalej! Jedna szprycha to nie problem – wystarczy podciągnąć  lub poluźnić szprychy obok uszkodzonej i kontynuować  jazdę. Małe bicie jest irytujące, ale to nie powód by rower przestał nas wieść.
Ile szprych może strzelić by rower przestał się toczyć? Nam zdarzyło się jechać bez 10!!! Z 34…

© PLANETA DZIKA_szprychy nyple_Planetadzika (©PLANETADZIKA)
Szprychy i nyple

rozwiązanie 2 Można być przygotowanym na taką możliwość i uzupełnić narzędzia w motylek do nypli, ściągacz do wolnobiegu (kasety), mieć zapasowe szprychy (ich ilość trudno przewidzieć, powiedzmy że warto mieć 6 szprych po 2 na każdą długość (2 na przód 2 na tył z prawej strony, tam gdzie jest wolnobieg i 2 na tył z lewej).

© PLANETA DZIKA_ściągacz do wolnobiegu i motylek do nypli (©PLANETADZIKA)
(od lewej): Ściągacz do wolnobiegu i motylek do nypli

 

rozwiązanie 3 Nauczyć się centrowania na jakimś starym kole. Jest wiele internetowych
poradników, jak to robić. Operację tę można wykonywać w terenie i nie jest do tego potrzebna specjalistyczna rama. Współczesne koła są wielokomorowe i naprawdę trudno jest je scentrować (skrzywić) tak mocno, by nie nadawały się do użytku.

rozwiązanie 4 To chyba najlepsze rozwiązanie, do zastosowania przed wyjazdem. Warto
zainwestować w dobre koło. Istotna jest solidna obręcz, wytrzymałe szprychy, wytrzymalszy splot szprych. Takie koło można dostać za 200zł. Nie potrzeba wydawać majątku!

 

Problem 2. Przebicie koła czyli popularny kapeć.
Jesteśmy na przykład w Bieszczadach, czyli gdzieś nigdzie. Na ostrym kamieniu łapiemy gumę. Prozaiczna usterka, ale co z nią począć?

Przygotowanie:
Mieć ze sobą zapasową dętkę, łatki, małą pompka zamocowaną przy rowerze, klucze do koła i łyżki do opony.

© PLANETA DZIKA_łyżki do opon_Planetadzika (©PLANETADZIKA)
Łyżki do opon

 

Rozwiązanie 1 Ściągamy koło łyżkami, oponę i dętkę.
KONIECZNIE sprawdzamy czy w oponie nie zostało, to co przebiło dętki. Zakładamy wszystko z powrotem pompujemy i jedziemy dalej!

Rozwiązanie 2 Znajdujemy miejsce przebicia, usuwamy przyczynę, kleimy dętkę. Czekamy aż klej wyschnie (nawet kilkadziesiąt minut!). Montujemy koło i je pompujemy, jedziemy dalej.

Rozwiązanie 3 Jeśli nie czujemy się na siłach, bądź nie mamy sprzętu do naprawy, idziemy (tak, z buta) do najbliższego miasteczka.

W każdej nieprzewidzianej sytuacji najważniejsze jest nastawienie. Nie ma rzeczy niemożliwych!