Islandia dzika. Górzysta Północ, czyli jak dotrzeć do Akureyri

 

Pobyt nad jeziorem Myvatn pozwolił nam nieco wypocząć i nacieszyć się rzadkim a cennym na tej wyprawie dobrem, za jakie uważać zaczęliśmy prysznic. Jednak nie mogliśmy zabawić na kempingu dłużej niż weekend więc w poniedziałek wczesnym rankiem w promieniach słońca opuściliśmy kemping w Vogar. Nie spodziewaliśmy  się jeszcze, że kolejne dwa dni przyniosą niespodziewane i nieczęste na Islandii upały. Wprawdzie odnosząc się do środkowoeuropejskiej skali ciepła powiedzielibyśmy, że było przyjemnie ciepło – temperatura nie przekraczała 28o C. Jednak dla Islandczyków nieprzystosowanych do podobnych zjawisk atmosferycznych oznaczało to początek różnego rodzaju problemów, o których na własnej skórze mieliśmy się przekonać.

P7252267 (©PLANETADZIKA)
Rowerowy mostek

Zanim to jednak nastąpiło pół dnia drogi od kempingu na naszej drodze pojawiła się kolejna naturalna atrakcja – wodospad Godafoss. Trudno powiedzieć, które miejsce zająłby w rankingu na najpiękniejszy wodospad Islandii, gdyż podobnie jak wcześniej mijane zrobił na nas wielkie wrażenie, jednocześnie zachowując swoją unikalność i niepowtarzalny urok. Upał narastał więc zatrzymaliśmy się przy wodospadzie na dłużej. Zjedliśmy na szybko upichcony na kuchence obiad i odsapnęliśmy w cieniu, którego na bezdrzewnej Islandii jest jak na lekarstwo.

P7252260 (©PLANETADZIKA)
Wodospad Godafoss

Kiedy ruszyliśmy w dalszą drogę szybko zauważyliśmy, ze asfalt pokrywający drogę nr 1, którą nadal podróżowaliśmy stał się dziwnie miękki i lepki – krótko mówiąc, zaczął topnieć pod wpływem wysokiej temperatury powietrza. Na nasze nieszczęście jego drobinki wbijały się w dętki, co utrudniało jazdę i podwyższało ryzyko złapania gumy.

Nie mogąc za wiele poradzić na nietypowe zjawisko, jechaliśmy powoli dalej po coraz bardziej pagórkowatym terenie. Z mapy wynikało, że niebawem czeka nas kolejna wspinaczka na górską przełęcz. Tym razem, zmęczeni już ponad dwutygodniową jazdą, woleliśmy uniknąć kolejnej przeprawy i szukaliśmy alternatywnej mniej górzystej drogi. Znalazła się jak na zawołanie, w dodatku wydłużała trasę tylko o kilkanaście kilometrów.

P7252285 (©PLANETADZIKA)
Droga zwana Fnjóskadalsvegur eystri (tak racja tego nie da się wymówić)

Droga zwana Fnjóskadalsvegur eystri (tak racja tego nie da się wymówić)  odbiegała od głównej „jedynki” i wiła się doliną niewielkiej rzeki, co nie tylko wypłaszczyło naszą trasę, ale i dostarczyło ładnych widoków. Zmierzch zastał nas na niej, więc zatrzymaliśmy się na nocleg  na malowniczej łące przy brzegu rzeki, a następnego ranka dojechaliśmy do wyjątkowej atrakcji wyspy. Tym razem nie naturalnej, a kulturowej.

P7262336 (©PLANETADZIKA)
Skansen domków torfowych w Laufás

W małej osadzie Laufas znajduje się skansen domków torfowych, które są oryginalną i unikatową formą zabudowy stosowaną na Islandii jeszcze w pierwszej połowie XX wieku. W skansenie można zwiedzić domki od wewnątrz i poznać elementy życia codziennego mieszkańców islandzkiej osady na przełomie XIX i XX wieku. Zobaczymy pokoje pastora, sypialnie i salon jak i pomieszczenia gospodarcze i rzemieślnicze. Obok skansenu znajdziemy mały kościółek służący lokalnej ludności do dnia dzisiejszego. Choć atrakcja do najtańszych nie należy, pieniądze wydane w ten sposób na pewno nie będą stracone i wzbogacimy naszą wiedzę o podstawy islandzkiej kultury ludowej.

P7262339 (©PLANETADZIKA)
Koścół w Laufás

Po spędzeniu poranka w skansenie ruszyliśmy w dalszą trasę. Niedaleko za muzeum nasza droga ponownie skrzyżowała się z główną jedynką i powoli, wtaczając się na liczne pagórki dojeżdżaliśmy do Akureyri. Co ciekawe, w linie prostej miasto leżało w odległości kilku kilometrów od naszej pozycji, jednak dzielił nas głęboko wpijający się w ląd fiord. Islandczycy nie przewidzieli żadnego mostu po drodze, więc dojazd do miasta ciągnął się kilkadziesiąt kilometrów, ciągnących się w nieskończoność ze względu na ciągle jeszcze panujące upały i coraz to dłuższe podjazdy.

P7262303 (©PLANETADZIKA)
Ta droga dłuuuuuuuuuuuga jest

Wczesnym popołudniem dojechaliśmy jednak do podnóży miasta i przejechaliśmy most łączący naszą stronę fiordu z tą na której zbudowano Akureyri.  Zmęczeni, postanowiliśmy nie zabawiać zbyt długo w mieście. Zrobiliśmy zakupy w Bonusie i odsapnęliśmy w cieniu na stacji benzynowej. jako że tego dnia przejechaliśmy dość ciężki kawałek trasy a w niedalekiej przyszłości czekały nas kolejne spore podjazdy zafundowaliśmy sobie nagrodę w postaci włoskich lodów. Wierzcie lub nie, ale były to najlepsze lody na świecie. Nic tak nie smakuje, jak słodka nagroda w podróży!

P7262385 (©PLANETADZIKA)
Najlepsza nagroda dla wytrwałych cyklistów

 

Reklamy

Islandia dzika. Księżycowe pustkowia

Kiedy zdobywanie przełęczy Oxi zmieniło się we wspomnienie, nasze myśli zaprzątać zaczął dojazd nad największe islandzkie jezioro, Myvatn, gdzie planowaliśmy odpocząć i zażyć prysznica, którego od wyjechania z Djupivogur mieliśmy nie oglądać. Opuściliśmy Eglisstandir obładowani świeżymi zakupami i przejrzawszy dokładnie mapy regionu postanowiliśmy na moment jeszcze raz opuścić drogę nr 1, by ominąć kolejne spore podjazdy: za Elisstadir równolegle do krajówki przez ok 20 km ciągnęła się lokalna szutrowa droga, która nie tylko oszczędziła nam wspinaczki, ale i pozwoliła cieszyć oczy pięknym przełomem rzeki.

P7211808 (©PLANETADZIKA)

Niestety, gdy wróciliśmy na główną drogę, czekał nas jeszcze jeden duży podjazd, którego już nie sposób było okrążyć. Przez kolejne 5 km pokornie wpychaliśmy rowery pod górę, starając się zachować pogodę ducha. Przynajmniej pogoda była dla nas łaskawa. Słońce wprawdzie chowało się za gęstymi chmurami, ale wiał delikatny i ciepły wiatr, który znowu nam sprzyjał.

P7211826 (©PLANETADZIKA)

Kiedy odebraliśmy nagrodę za dzielną wspinaczkę w postaci zjazdu z górki, krajobraz do tej pory zielony i górzysty uległ znacznej zmianie. Był teraz raczej płaski, a z pagórkami zniknęły też rozległe łąki ustępując miejsca jałowym pustkowiom pokrytym piachem i kamieniami. Urozmaicały je czasem samotne szpiczaste pagóry, uformowane przez działający tu niegdyś lodowiec, które na myśl przywodziły śląskie chałdy, szare, nagie, nieprzyjazne.

P7211865 (©PLANETADZIKA)

Środkowo wschodnia część Islandii z pewnością nie należy do turystycznych zakątków, co nam było zdecydowani na rękę, gdyż liczba mijających nas samochodów drastycznie wręcz spadła a o innych sakwiarzach nie było mowy – momentami wydawało nam się, że jesteśmy jedynymi żywymi a nieskrzydlatymi istotami w promieniu kiludziesięciu kilometrów.

Mijał dzień a pustkowie wydawało się nie mieć końca. Zatrzymaliśmy się na nocleg w szczerym nigdzie osłonięci przed wiatrem ponurą chałdą. Mimo że okolica nie wyglądała przyjaźnie, a nam kończyla się woda podobał nam się ten, księżycowy, jak go sobie nazwaliśmy krajobraz. Było wyjątkowo cicho, sucho i spokojnie. Idealny klimat do nocnych kontemplacji.

P7211873 (©PLANETADZIKA)

Następnego dnia podjęliśmy decyzję, że zamiast gnać prosto nad Myvatn zrobimy mały skok w bok i podjedziemy pod wodospad Detifoss na rzece Jokulsa, największy pod względem przepływu wody wodospad w Europie. Zobaczenie tego cudu natury wiązało się z nadłożeniem ok. 26 km w jedną stronę, jednak jak się później przekonaliśmy, była to dobra decyzja a widoki, które zaoferował nam Detifoss będziemy trzymać w pamięci do końca życia.

P7221965 (©PLANETADZIKA)

Ogrom spadającej mętnej wody wręcz przytłaczał i budził respekt przed siłami natury. Trudno opisać słowami emocje, które towarzyszyły nam przy obserwowaniu tego przełomu rzeki, dlatego zostawiamy poniżej krótkie video, które choć w małym stopniu oddaje potęgę wodospadu.

Co ciekawe, kilkaset metrów od Detiffoss można podziwiać inny przełom Jokulsy, Selfoss, znacznie mniejszy, jednak interesujący ze względu na liczne ściany z których spada woda.

P7221982 (©PLANETADZIKA)

Oczarowani, wróciliśmy spowrotem w trasę, wracając do skrzyżowania, gdzie zdecydowaliśmy się odbić z głównej drogi. Od tego miejsca zostało nam już tylko 20 km do Myvatn, które zważywszy na nasze duże zmęczenie i coraz wyższe temperatury powietrza zdawały się ciągnąć w nieskończoność.

P7232021 (©PLANETADZIKA)

Zaraz przed wjazdem do miejscowości Reyjkahlid, leżącej u stóp wielkiego jeziora, na turystów czeka osobliwa atrakcja w postaci błotnych gejzerów i fumaroli, które wydzialają z siebie zapach nie zachęcający do dłuższej wizyty. Nie mniej warto zatrzymać się w tym miejscu przypomnającym pustynię i zobaczyć mniej znaną stronę natury, którą nasi przodkowie nazwaliby iście diabelską.

P7232025 (©PLANETADZIKA)

Kiedy już dość mieliśmy siarkowodorowego zapachu, pozostało nam pokonanie ostatniego pagórka, by z pędem wiatru wjechać do przyjeziornej osady i tam spędzić zaczynający się właśnie weekend.

 

Islandia Dzika. Wschodnie krańce

Pożegnawszy się z lodowcem Skaftafel, wjechaliśmy w mniej turystyczną część Islandii i szybko pedałowaliśmy na wschód. Szybko, gdyż prognozy pogody przewidywały obfite opady w odstępie niecałych dwóch dni, a my nauczeni przygodami z okolic Vik, nie chcieliśmy ponownie przemoknąć. W planach mieliśmy więc przeczekanie deszczu na kolejnym kempingu oddalonym od kempingu pod lodowcem, gdzie się zatrzymaliśmy poprzednio o równe 240 km. Rachunek był prosty: aby dotrzeć tam przed ulewą musimy przejechać każdego dnia po 120 km. Dzięki dwudniowemu odpoczynkowi przy lodowcu odzyskaliśmy trochę energii. Co więcej, wiało nadal w plecy, więc parliśmy dość sprawnie do przodu.

P7181501 (©PLANETADZIKA)

Krajobraz był pagórkowaty, im dalej na wschód tym więcej pokonywaliśmy wzniesień. Momentami droga przypominała szlaczek z zeszytu pierwszoklasisty. Kiedy już wtoczyliśmy się na górkę i liczyliśmy na chwilę ulgi, którą mógłby przynieść z niej zjazd, szybko przekonywaliśmy się, że za chwilę znów musimy wdrapywać się na kolejny pagórek.

P7181534 (©PLANETADZIKA)

Jedyną większą miejscowością, którą mijaliśmy po drodze było Hofn, jednak nie zawitaliśmy w jego progach. Zatrzymaliśmy się jedynie na stacji benzynowej przed wjazdem do osady, by się odświeżyć. Trafiliśmy tam w porze drugiego śniadania i w zamiast płacić za skorzystanie z WC, kupiliśmy jajka ugotowane na twardo, które stały się podstawą naszego posiłku i jednocześnie kulinarnym hitem dnia, gdyż w trasie nieczęsto mogliśmy pozwolić sobie na tego typu rarytasy.

Niedaleko od Hofn czekała nas przeprawa przez jedyny na tej wyprawie tunel. Ciągnął się około kilometra i choć był dobre oświetlony bardzo stresował mnie przejazd przez ten odcinek a głowę zaprzątały mi czarne myśli, których nawet uspokajający głos Bartka nie mógł przegonić. Oczywiście przejechaliśmy tunel bez szwanku, choć droga przezeń wiła się uporczywie pod górę.

P7181493 (©PLANETADZIKA)

U jego wylotu czekała nas mała niespodzianka, którą roboczo można by nazwać „road artem”. Na skale tuż przy szosie, ktoś umieścił duże drewniane krzesło pomalowane jaskrawą czerwoną farbą. Siedzący na nim mógł podziwiać panoramę rozległych łąk w dole doliny. Odsapnęliśmy przy tej niecodziennej formie sztuki, by niedługo potem ruszyć dalej na spotkanie z nowymi pagórkami.

P7181517 (©PLANETADZIKA)

Drugiego dnia od wyjazdu spod lodowca pogoda nieco się popsuła. Wiało mocniej, od strony morza, momentami moczył nas kapuśniaczek. Prognozy zaczęły się sprawdzać, co nas motywowało do dalszego pedałowania, mimo że zmęczenie zaczęło dawać się we znaki. Jechaliśmy małymi fiordami, co oznaczało, że pagórkom nie było końca. Pod koniec bardzo zwolniliśmy, walcząc z obolałym ciałem i wzmagającym się wiatrem. W zamian za wytrwałość i dotrzymanie obranego raz planu otrzymaliśmy nagrodę (może zafundowaną przez same islandzkie elfy?).

P7181569 (©PLANETADZIKA)

Tuż przed metą, czyli kempingiem we wiosce Djúpivogur, odkryliśmy dzikie jacuzzi z gorącą (bardzo) termalną wodą. Jako że jestem urodzonym wodołazem nie zastanawiałam się ani sekundy i w moment wyskoczyłam z ciuchów i już moczyłam obolałe mięśnie w cieplutkim hot-pocie. Bartek był bardziej zachowawczy i nie zdecydował się dołączyć do kąpieli. Potem żałował, a ja śmiało mogę przyznać, że kąpiel w tym jacuzzi była jedną z najwspanialszych chwil całego rajdu. Trudno było mi wyjść z wanny i zmusić się do przejechania ostatnich 4 km (bo tyle brakowało nami do dojazdu do miasteczka Djúpivogur). Innego wyjścia nie miałam, więc szybko ubrałam się i w kilka minut dotarliśmy do naszego celu. Trafiliśmy do kameralnego, bardzo sympatycznego kempingu, gdzie ogrzaliśmy się w ładnie urządzonej świetlicy i zjedliśmy porządny ciepły posiłek. Zapowiadany deszcz się nie zjawiał, jednak postanowiliśmy i tak zostać na noc w miasteczku k(tóre nota bene mogłoby śmiało konkurować o tytuł osady na końcu świata) i zregenerować siły przed czekającym nas najtrudniejszym odcinkiem całej trasy: przeprawą przez górską przełęcz Oxi.

P7191587 (©PLANETADZIKA)
Djúpivogur to rybacka osada położona na fiordach wschodnich.

Islandia dzika, Południe cz 2. Przez lodową krainę

Islandia nie bez powodu nazywana jest krainą lodu, a powodem tym nie jest bynajmniej jej położenie geograficzne i długa sroga zima, choć czynniki te z pewnością potwierdzają trafność nazwy. Przypisanie do Islandii atrybutu lodu wiąże się z lodowcem Vatnajökull, drugim co do wielkości w Europie, a trzecim na świecie. Zajmuje on powierzchnię 8100 km2 i mieści się w obrębie Parku Narodowego Skaftafell, który mieliśmy okazję zwiedzić.

P7161243 (©PLANETADZIKA)

Zanim jednak dotarliśmy pod jęzory lodowca i własnymi zmysłami doświadczyliśmy jego piękna, przejeżdżaliśmy przez dalszą część południowego wybrzeża, silnie naznaczoną niegdysiejszą obecnością lodowca. Po deszczowych dniach w końcu uśmiechnęło się do nas słońce, a wiatr silnie powiał w plecy, dosłownie dodając nam skrzydeł do jazdy. Niedaleko od Vik, które opuściliśmy po nocy spędzonej na kempingu, przy samej drodze można zobaczyć tzw. Miasteczko Elfów. Jest to całkiem spora połać ziemi usiana niezliczoną ilością niewielkich stożkowych konstrukcji z kamieni. Wedle lokalnej tradycji są to domki zamieszkiwane przez islandzkie elfy, te same które prosiliśmy o lepszą pogodę i które najwyraźniej nas posłuchały.

P7150891 (©PLANETADZIKA)

Jadąc dalej na zachód w stronę lodowca zobaczyliśmy olbrzymie, prawie niekończące się tereny pokryte dawno zastygłą lawą, porośniętą grubą warstwą specjalnego gatunku mchu, zwanego porostem islandzkim. Jest to bardzo gęsty i niezwykle miękki mech, który swoją strukturą przypomina wygodny materac. Nie ma w tym stwierdzeniu ani krztyny przesady – islandzki mech jest tak miękki i elastyczny, że gdy tylko wypróbowaliśmy jego właściwości, mieliśmy duże problemy z ponownym wskoczeniem na rowery i kontynuowaniem jazdy.

P7150898 (©PLANETADZIKA)

Zachęciła nas do tego kolejna atrakcja przyrodnicza czekająca niedaleko od naszej drogi. Był to malowniczy kanion rzeki xxx, meandrującej przez wysokie skały. Podziwiać go można zarówno z poziomu rzeki jak i z góry, wspinając się na łagodne zbocze i zyskując dzięki temu podwójną perspektywę.

P7150969 (©PLANETADZIKA)

Gdy nacieszyliśmy się widokami i wróciliśmy z powrotem na „jedynkę” krajobraz ponownie się zmienił. Zniknęły pola lawowe, a ich miejsce zajęły nieużytki i puste, niczym nieporośnięte przestrzenie. Wiatr dął przeraźliwie, na nasze szczęście prosto w plecy, dzięki czemu nie tylko nam nie utrudniał jazdy, a dzięki jego wsparciu szybciej mogliśmy opuścić niegościnne tereny. A dalej czekał na nas już tylko lodowiec. Dotarliśmy do jego stóp wieczorem piątego dnia jazdy, więc na nocleg zatrzymaliśmy się na kempingu na granicy parku Narodowego (więcej na temat kempingów możecie przeczytać w tym poście), a eksplorację terenu zostawiliśmy na następny dzień.

P7161178 (©PLANETADZIKA)

Poznawanie parku Skaftafell rozpoczęliśmy od spaceru do podnóży lodowca, gdzie jego jęzor wpływał do niewielkiego jeziorka, w którym kry pobłyskiwały . Widok tej potężnej masy lodu i kamieni robi wrażenie i powoduje że człowiek czuje się bardzo mały i kruchy.

P7161158 (©PLANETADZIKA)

Po przerwie na obiad postanowiliśmy zobaczyć lodowiec z góry i wspiąć się na pobliskie wzgórza. W drodze na punkt widokowy zawędrowaliśmy jeszcze pod piękny wodospad Svartifoss, który wyglądem przypomina klawisze fortepianu. Dotarłszy do celu nie zawiedliśmy się – z tej strony lodowiec prezentował się jeszcze bardziej okazale. Trudno było oderwać od niego wzrok, a usta otwarte w niemym zdumieniu za nic nie chciały się zamknąć. Napiszę, że widok był oszałamiający, choć słowo do w niewielkim stopniu oddaje piękno natury, jakie tam widzieliśmy.

P7161242 (©PLANETADZIKA)

Zmęczeni całodzienną wędrówką wróciliśmy na pole namiotowe, przed oczyma ciągle mając lodowcowy krajobraz. Z resztą nie pożegnaliśmy się z nim jeszcze na dobre, bo przez cały następny dzień, kiedy znów wsiedliśmy na rowery, by dalej zmierzać na wschód, mieliśmy okazję podziwiać laguny lodowcowe. Były to niewielkie jeziorka utworzone przez lodowiec, po których pływały piękne błękitne kry. Dla turystów zorganizowano tam nawet możliwość przepłynięcia wody łodzią, by w ten sposób odkryć oblicze islandzkiej przyrody. My się nie zdecydowaliśmy na tę opcję, po pierwsze ze względu na wysoką cenę atrakcji, a po drugie wydawała się nam ona za bardzo komercyjna. Za to mieliśmy okazję pospacerować po czarnej plaży sąsiadującej z laguną. Plaża ta czarna jest nie tylko z nazwy. Faktycznie piasek ją tworzący ma grafitową barwę, zachowując przy tym konsystencję i miękkość znanego nam z wakacyjnych kurortów jasnego piasku.

P7171357 (©PLANETADZIKA)

Czarna plaża jest miejscem, w którym większość masowych wycieczek autokarowych kończy bieg i zawraca do Reykjaviku. Za lagunami czekał już mniej przyjazny i uboższy w atrakcje teren, bardziej pagórkowaty i wietrzny. Dla nas jednak był to dopiero początek przygody i z ciekawością wyjechaliśmy poza najbardziej turystyczną część Islandii. Cel niezmiennie mieliśmy jeden: objechać Islandię, więc kierunek też pozostał jeden: na wschód.

P7171399 (©PLANETADZIKA)

Islandia. Wyprawa dzika. Złoty Krąg

Według przewodników i mądrości internetowych, tak zwany Golden Circle (Złoty Krąg)  to najpiękniejszy region na Islandii, obfitujący w największe turystyczne perełki. Nawet jeśli przyjeżdżasz na północną wyspę tylko na chwilę, nie możesz pominąć wycieczki w to miejsce – to tak, jakby pojechać do Paryża i nie zobaczyć wieży Eiffla, albo ominąć Koloseum w Rzymie.

Mimo dobrej reklemy, Według naszych kryteriów Złoty Krąg nie był największą atrakcją wyprawy, choć trudno się nie zgodzić, że odwiedzenie głównych punktów tego regionu wywołuje efekt „wow” i przez kilka minut trudno zamknąć usta z wrażenia.

P7110537 (©PLANETADZIKA)

Popularność Złotego Kręgu wynika przede wszystkim z jego położenia nieopodal Reykjaviku. Wystarczy wyjechać kilkadziesiąt kilometrów za miasto, by móc podziwiać pierwsze cuda natury. Jeśli podróżujemy samochodem, zwiedzenie trzech topowych atrakcji Islandii zamknie się w jednodniowej wycieczce ze stolicy, bez konieczności wstawania bladym świtem. Podróżnikom rowerowym, takim jak my, zwiedzenie Golden Circle zajmie nieco więcej czasu. Dla przykładu, my w tej okolicy spędziliśmy dwa dni. Pierwszy, późno rozpoczęty, ze względu na konieczność zaopatrzenia się w dyskoncie, który z nieznanych nam przyczyn otwierany jest dopiero o godzinie 11.00, upłynął nam na wyjeździe z miasta i dotarciu do pierwszego „must be” Złotego Kręgu, czyli Doliny Ryftowej, otwierającej park narodowy Þingvellir.

Miejsce niesamowite, gdyż znajduje się na styku płyt kontynentalnych euroazjatyckiej i północnoamerykańskiej. Jak można sobie wyobrazić, teren ten wykazuje dużą aktywność sejsmiczną, a krajobraz poprzecinany jest licznymi bruzdami i wąwozami. Największym z nich jest wąwóz Almannagjá, którym można się przespacerować obserwując piękną rzeźbę terenu.

P7110559 (©PLANETADZIKA)

Nieopodal wąwozu znajduje się największe na wyspie jezioro Þingvallavat, prawdziwy raj dla wędkarzy. Mieliśmy okazję podziwiać jego piękną szatę jadąc wzdłuż jego linii brzegowej. Zostawiając je niedaleko za plecami rozbiliśmy się na pierwszy nocleg w trasie. Znaleźliśmy urokliwą polankę nad rzeką, już poza obszarem chronionym i tam spędziliśmy pogodną noc.

P7110533 (©PLANETADZIKA)

Niestety ranek kazał zapomnieć o dobrej pogodzie dnia poprzedniego. Obudził nas rzęsisty deszcz i w jego towarzystwie przyszło nam zaliczać kolejne atrakcje Złotego Kręgu. Całkowicie przemoczeni dojechaliśmy do największego w Islandii gejzeru wodnego Stokkur, otoczonego gorącymi strumykami i innymi, starszymi już nie plującymi gejzerami. Co kilka minut Stokkur wystrzeliwał z siebie 20 metrową fontannę gorącej wody, co robiło niemałe wrażenie i pozwalało na chwilę zapomnieć o fatalnej aurze.

P7120594 (©PLANETADZIKA)

Kiedy już raz zobaczy się wybuchający gejzer, nie bardzo chce się wracać i ruszać w dalszą drogę. Mimo zimna, wiatru i siekącego deszczu staliśmy jak kamienne posągi czekając na kolejne wybuchy. Dopiero po długich minutach gapienia się w gejzer, pozwoliliśmy wygrać rozsądkowi i wsiedliśmy na rowery.

P7120601 (©PLANETADZIKA)

Nasz niedosyt piękna islandzkiej przyrody został bardzo szybko zaspokojony, gdyż po godzinie pedałowania (niestety głównie pod górę) dotarliśmy pod kolejny hit Złotego Kręgu, wodospad Gulfoss. Nie będzie zaskoczeniem, jeśli sprecyzuję, że po islandzku jego nazwę tłumaczy się jako Złoty Wodospad, wszak skoro krąg jest złoty to i wodospad musi być niczego sobie.

P7120615 (©PLANETADZIKA)

 I był. Składający się z dwóch, prostopadle do siebie położonych kaskad, przełamywał rzekę Hvitę i ściągał do siebie rzesze turystów. Dzięki wytyczonym ścieżkom zobaczyć można go było z różnych perspektyw, podchodząc pod kaskadę, bądź wdrapując się na wyższe kondygnacje i patrząc na ten cud natury z góry.

Gdyby nie nieustępliwy deszcz pewnie zostalibyśmy przy Godafoss dłużej, jednak warunki tego dnia dyktowała pogoda, która kazała nam ponownie zbierać się, pozostawiający tylko cień nadziei, iż  dzięki temu uciekniemy w końcu przed chmurą.

P7120644 (©PLANETADZIKA)

Nasze nadzieje jednak nie zostały spełnione, przynajmniej nie tego dnia. Trochę zmartwieni postanowiliśmy zwrócić się o wsparcie do islandzkich Elfów, które wedle podań mieszkańców zamieszkują dzikie ostępy wysypy i wpływają na losy odwiedzających ich krainę. Nie są bogami, nie są też ludźmi; to tajemnicze istoty, które trudno spotkać osobiście, w które trzeba po prostu uwierzyć. Jeśli chce się zyskać ich przychylność warto zbudować im mały domek z kamieni. Trud to żaden, a przecież lepiej mieć po swojej stronie tak potężne istoty. Zwłaszcza jeśli jest się przemoczonym cyklistą, którego czeka kolejne 20 dni przygody. Tak więc każdy z nas zbudował swój domek dla Elfów i wyjechaliśmy ze Złotego Kręgu, ciągnąc za sobą deszczowe chmury. Nastroje mieliśmy jednak nie najgorsze, podsycane świeżym wspomnieniem odwiedzonych atrakcji. A to był dopiero  początek przygody.

P7120640 (©PLANETADZIKA)

 

Islandia. Wyprawa dzika. Kempingi na wyspie lodu i ognia

Każdy, nawet największy podróżnik musi czasem odpocząć. Jak trywialnie brzmi to stwierdzenia, tak noclegi są bardzo istotnym punktem planowania podróży. W naszej podróży do Islandii z dużej puli noclegowych możliwości, tylko te pod namiotem brane były pod uwagę, ze względu na drożyznę panującą na wyspie. Co więcej założyliśmy, że większość nocy spędzimy na dziko, korzystając w ten sposób z przychylnego podróżnikom islandzkiego prawa, które zakłada możliwość rozbicia namiotu poza miastem gdzie bądź, byle nie wpakować się komuś na teren prywatny (który musi być ogrodzony, toteż nie trudno go rozpoznać).

P7211873 (©PLANETADZIKA)

Nocowanie na dziko jest wspaniałe, lecz nie mi się o jego zaletach rozwodzić. Niestety ma też jeden bardzo kłopotliwy minus – brak możliwości skorzystania z sanitariatu. Z tej przyczyny, co jakiś czas siłą rzeczy, każdy szanujący się podróżnik, nie wiem jak stroniący od cywilizacji, musi zatrzymać się na prysznic (tak sobie myślę, że ta właśnie cecha odróżnia podróżników-wędrowców od włóczęgów vel żuli).

Na Islandii prysznice znajdywalne są prawie wyłącznie na kempingach. Więc co kilka dni (żałuję, że nie częściej) zatrzymywaliśmy się na przerwę, by skorzystać z dobrodziejstw, które to kempingi proponują.

P7110468 (©PLANETADZIKA)

W naszej podróży zaliczyliśmy 5 pól namiotowych, choć planowaliśmy tylko 3 (nie pytajcie dlaczego). Co ciekawe, każdy był inny, wyróżniał się innym nastawieniem do turystów, gamą oferowanych usług itd. Z tego właśnie powodu postanowiliśmy pokrótce opisać nasze doświadczenie na każdym z nich.

Zacznijmy od zestawienia danych:

Lokalizacja Koszty osoby w namiocie (+110 podatek) Cena za pranie /suszenie Wifi Dostęp do prądu Opłaty za prysznic Świetlica
Reykjavik campsite 2200 700K/700K Tak Tak Free Tak
Vik i Myrdal 1500 500K/500K Tak, płatne Tak (lecz trudno dostępne) 200K Tak
Skaftafell 1700 500K/500K za 60min Nie Tak (300K) 500K za 5min Nie
Djupivogur 1550 Tak/tak 850K za 90min Tak, płatne Tak 300K Tak
Vogar (Reykjahild) 1500 plus namiot 500 Brak pralki/suszarki Tak płatne? Tak Free Nie

A teraz więcej szczegółów:

  1. Reykjavik campsite

Główny miejski kemping w Reykjaviku to najlepszy kemping, na jakim kiedykolwiek dotąd byliśmy. Serio. Oferuje wszystko, czego może potrzebować turysta, czy to pieszy, czy rowerowy, czy kamperowy czy nawet latający. A na poważnie, kemping  poza sporym polem namiotowym i miejscem dla kamperów posiada:

  • Darmowe prysznice (geotermalne)
  • Wydzielone miejsce do mycia naczyń z całym potrzebnym do tego sprzętem (gąbka, szczotka, płyn)
  •  miejsce na  grilla własnego lub duża krata
  • Pralnię wyposażoną w kilka pralek i suszarek (dodatkowo płatne po 700 koron)
  • Kuchnię  w osobnym zamkniętym pomieszczeniu, w pełni wyposażoną w naczynia i garnki oraz różnego rodzaju zostawionego przez turystów sprzętu kuchennego
  •  jadalnię, w której można jeść czytać i się zagrzać
  • Darmowe ładowanie elektroniki lub szafki z kontaktem
  • Przechowalnię bagażu czy kartonów na rowery (3400isk za to drugie)

W recepcji znajduje się mini sklepik ze sprzętem turystycznym. Można tu kupić butle z gazem do wszystkich systemów, mapy, menażki itp.

P8022853 (©PLANETADZIKA)

Co najważniejsze i bardzo inspirujące, ideą kempingu jest recykling. Na całym polu znajdują się wydzielone na poszczególne typy odpadów kosze, a w kuchni znaleźć można specjalną półkę, gdzie można zostawić niepotrzebną, ale zdatną do użycia żywność. My dzięki temu zyskaliśmy dwa obiady gratis, sami też coś zostawiliśmy dla następnych. Pomysł-rewelacja!

Ocena: 6/6

P8022856 (©PLANETADZIKA)

2. Vik i Myrdal

Kolejnym kempingiem, który udzielił nam schronienia był kemping w miejscowości Vik. Nie planowaliśmy tam noclegu, ale zmiażdżeni przez islandzką pogodę, z podkulonym ogonem zawitaliśmy w progach kempingowej recepcji.  Kemping dość niewielki, stary i dawno nieodświeżany, ale ze świetlicą w zamkniętym pomieszczeniu, która uratowała nam skórę (i pozwoliła wyschnąć).

Co jeszcze na kempnigu?

  • bezpłatne ładowanie
  • prysznice płatne ok 200isk
  • pralnia płatna (500/500)
  • we wspólnej salce miejsce na przyrządzanie posiłków + czajnik elektryczny, ale brak płyty grzewczej, co wykluczało przygotowanie ciepłego posiłku pod dachem

Miejsce sympatyczne, nadaje się na bazę wypadowej na piesze wędrówki po okolicy, a w pobliżu Vik jest co zwiedzać, o ile pogoda nie zechce inaczej.

Ocena: 4/6

P7150838 (©PLANETADZIKA)

3. Skaftafell

Dobra lokalizacja na wypady na lodowiec i bezpośrednie sąsiedztwo z parkiem narodowym to jedyne zalety tego kempingu, położonego dosłownie w środku nigdzie. Zachowany w ascetycznym stylu, jakby narysowany od linijki, z wytyczonymi ścieżkami i ładną trawą – brzmi dobrze? Może, ale kemping nie ma być piękny, ale praktyczny. A ten taki niestety nie był. Płacić trzeba było za wszystko. Aż dziwne, że za WC sobie nie policzyli.

P7161256 (©PLANETADZIKA)

Prysznic dodatkowo płatny 500 koron za 5 min. Idealny do ćwiczenia przed zawodami w kąpieli na czas.

Pralka 500 koron, suszarka też, z tym że nie łudźcie się, że wysuszy wam pranie…

Brak jakiejkolwiek świetlicy i miejsca pod dachem. Jak wieje, pada czy śnieży to siedzisz w namiocie.

Całkowity brak kuchni, lub choćby miejsca, gdzie można zagotować wodę.

Zastanawiacie się, za co więc wydaliśmy 1700 koron? My też. Omijać.

Ocena: 2/6

P7171261 (©PLANETADZIKA)

4. Djupivogur

Bardzo sympatyczny malutki kemping, położony gdzieś na końcu świata, (gdyby taki istniał naprawdę, Djupivogur mógłby śmiało nim być), w którym mało kto się zatrzymuje. Atmosfera kameralna, cisza i spokój. Miejsce idealne dla wszystkich introwertyków i uczulonych na tłumy.

Kemping oferuje:

  • W pełni wyposażoną kuchnię z jadalnią
  • Salon dla gości wyposażony w sofy i stoliki
  • darmowe ładowanie elektroniki
  • prysznic płatny 300 koron
  • Oraz pewien bonus, który jest oddalony o 2 km od miejscowości. Niebawem zdradzimy, cóż to.

Ocena: 5/6

P7191579 (©PLANETADZIKA)

6. Vogar (Reykjahild)

 W tej miejscowości znaleźć można właściwie dwa kampingi, jeden nieco droższy w centrum, kolejny dwa kilometry dalej. Wybraliśmy ten drugi, bo był mniej zatłoczony, a w pobliżu znajdowała się pizzeria.

Niestety ten kamping nie miał za dużo udogodnień. W sumie to więcej ich nie miał niż miał:

  •  brak pralki i suszarki
  • brak kuchni i świetlicy
  • brak dostępu do prądu

Natomiast miejsce miało swój przyjemny klimat. Spokój, za płotem pastwisko, możliwość zjedzenia pizzy w knajpie obok. I co dla nas najważniejsze, prysznic był darmowy, nieograniczony limitem czasu.

P7232090 (©PLANETADZIKA)

Dodatkową zaletą tego kempingu jest świetna lokalizacja przy atrakcjach turystycznych, np. jaskini geotermalnej i wulkanie.

Ocena: 4/6

* * *

To tyle w temacie kempingów islandzkich. Nasze zestawienie jest subiektywne i nacechowane wspomnieniami i uczuciami, towarzyszącymi nam w podróży. Na ocenę kempingów ma wpływ również pogoda, która zastała nas przy nocowaniu na danym polu namiotowym. Staraliśmy się jednak uwypuklić obiektywne cechy tych miejsc, które mogą pomóc innym polskim turystom w wyborze miejsca noclegowego na Islandii. W razie pytań zachęcamy do kontaktu!

P8022851 (©PLANETADZIKA)

Dzikie Podkarpacie, Mini Rajd Majowy. Dzień 3.

Ostatni nocleg naszej majówki do najcieplejszych nie należał. Obeszło się bez przymrozków ale nad ranem wiosenny chłód nie pozwolił o sobie zapomnieć. Wstaliśmy o 6 i szybko wskoczyliśmy w ciepłe polarki i zaczęliśmy zbierać nasz mini obóz, przy okazji mogąc się trochę rozgrzać.
P5011167 (©PLANETADZIKA)
Słońce tego dnia było po naszej stronie i od samego świtu przebijało się przez chmury. Niestety prom, przy którym się rozbiliśmy na nocleg dalej był nieczynny. Byliśmy już przygotowani na konieczność nadrabiania dwudziestu kilku kilometrów do najbliższego mostu, ale postanowiliśmy sprawdzić jeszcze prom w sąsiedniej wiosce.
I dobrze zrobiliśmy, bo szczęście się do nas uśmiechnęło. Prom w miejscowości Otfinów pracował już od 5 rano i za darmo przewiózł nas na drugi brzeg.
P5011179 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Zadowoleni postanowiliśmy uczcić nas mały sukces śniadaniem. Znaleźliśmy nawet miejsce piknikowe i gdyby nie problem z nowym palnikiem mielibyśmy wręcz śniadanie marzeń. Niestety musieliśmy się obejść smakiem kawy, bo nie udało nam się zagotować wody. Kanapki z dżemem i masłem czekoladowym były za to wyborne.
P5011185 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Ruszyliśmy dalej w stronę Niepołomic. Podobnie jak w minione dni mijaliśmy małe wioski. Trochę jakby ubyło drewnianych domków, a przybyło pól uprawnych – wprawdzie byliśmy już w Małopolsce to i krajobraz miał prawo się zmienić.
P5011202 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Bez przygód dojechaliśmy do naszej kolejnej przeprawy przez rzekę. Tym razem pokonywaliśmy Rabę a do dyspozycji mieliśmy okazałą kładkę pieszo rowerową.Przejazd nią uwieczniliśmy na filmie dostępnym na naszym fb.
P5011212 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
W najbliższej miejscowości, Mikluszowicach po pokonaniu Dunajca znaleźliśmy ciekawą atrakcję dedykowaną głównie dzieciom, chociaż i dorosłym przynieść może ona wiele radości. Był to rozbudowany plac manewrowy do nauki jazy rowerem po mieście z imitacją znaków drogowych, świateł, różnych skrzyżowań. Dla maluchów to świetny sposób by zrozumieć wcale nie proste zasady ruchu drogowego. Z drugiej strony, patrząc na niektórych kierowców, im też przydała by się wizyta w takim parku.
Pobawiliśmy się na mini uliczkach placu, a gdy zabawa nas znużyła ruszyliśmy dalej. Okazało się, że znajdujemy się u podnóża Puszczy Niepołomickiej. Czekało nas ok 20 km jazdy lasem. Droga, ku naszemu zdziwieniu wyłożona była asfaltem, więc jechało się bardzo przyjemnie.
P5011221 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Im bliżej byliśmy Niepołomic tym więcej spotykaliśmy turystów. W odcinku najbliżej miasta las przeżywał prawdziwe oblężenie. Nie do końca zadowoleni byliśmy z jazdy w tłumie więc obraliśmy kierunek na centrum, skracając nieco jazdę przez las. W Niepołomicach byliśmy nie po raz pierwszy, ale jak zawsze zrobiliśmy sobie zdjęcie przy pomniku Kazimierza Wielkiego, tuż obok pałacu.
P5011290 (©PLANETADZIKA)
Pora obiadowa zachęciła nas do dłuższego popasu w miasteczku i zjedliśmy obiad w restauracji na rynku. Doczekaliśmy się tez wyczekiwanej kawy!
Z pełnymi brzuchami ruszyliśmy dalej, w ostatni odcinek trasy, 35 km do Krakowa. Chcieliśmy przejechać go  wiślaną trasą rowerową, ale liczne remonty po drodze trochę zmieniły nam plany. Na wały wjechaliśmy dopiero przy Nowej Hucie. Ten ostatni fragment trasy upłynął nam w bardzo wesołej atmosferze, cieszyliśmy się długo nieobecnym słońcem i słuchaliśmy rowerowych piosenek z głośników telefonu.
P5011295 (©PLANETADZIKA)
Około 15 wjechaliśmy na nasze podwórko. Byliśmy zmęczeni ale bardzo zadowoleni z zakończonego z sukcesem rajdu. Mimo nie najlepszej pogody i chłodu zrealizowaliśmy nasz plan w 100 procentach. Pozostało nam wskoczyć pod prysznic i wyciągnąć się na kanapie z naszą stęsknioną kocicą. 🙂
P5011336 (©PLANETADZIKA)

Dzikie Podkarpacie, mini rajd majowy. Dzień 2.

W podróży rowerowej organizowanej w sezonie wiosenno-letnim rzadko zdarzają się takie poranki, kiedy możesz do woli wylegiwać się w ciepłym posłaniu, a potem niespiesznie wypić kawę zagryzając kanapką z dżemem. Zwykle pobudka następuje po pierwsze nie w łóżku, a w namiocie, po drugie w godzinach wczesnych, tzn. razem ze słońcem (w wyjątkowo zimne dni nawet chwilę  przed nim). Śniadanie schodzi na drugi plan, bo twoja głowa zaprzątnięta jest myśleniem, w zależności od pory roku albo: jakby się tu skutecznie ogrzać i przestać się trząść, albo: bogowie wszechświata, dlaczego tu jest taka sauna?
Nocowanie w hostelach połączone z brakiem konieczności wczesnego wstawania ma swoje niewątpliwe zalety i z nich mogliśmy skorzystać o poranku drugiego dnia rajdu.
Naszym pierwszorzędnym planem było zwiedzenie skansenu w Kolbuszowej, który otwierał się dopiero o 10.00. Z tego właśnie powodu zafundowaliśmy sobie długi leniwy poranek uwieńczony kawą wypitą z filiżanki.
P4300956 (©PLANETADZIKA)
Skłamałabym, gdybym stwierdziła, że nie byliśmy wypoczęci.
Równo o 10.00 stanęliśmy pod bramą skansenu. Tym razem nie byliśmy ani jedynymi ani pierwszymi gośćmi. Coś podobnego! 😉 Lokalna atrakcja cieszyła się dużym zainteresowaniem.
P4301007 (©PLANETADZIKA)
Skansen wsi polskiej pod wieloma względami przerósł nasze oczekiwania. Pierwszym z nich były jego rozmiary. Przesadą nie będzie nazwanie go XIX wieczną wioską, z pełną ówczesną infrastrukturą. Nie zabrakło w niej kościoła szkoły, spichlerza, młyna, a nawet karczmy. Wszystkie obiekty były autentyczne i pochodziły z różnych podkarpackich wiosek.
P4300992 (©PLANETADZIKA)
Zwiedzający mieli okazję zaglądnięcia do środka chłopskich chat, przydomowych zagród i poczuć klimat dawnej wsi. Co więcej, turyści mogą również dowiedzieć się nieco o typowych rzemieślnikach wiejskich. Nie brak w skansenie warsztatu kowala, szewca a nawet twórcy drewnianych zabawek. Urokowi wiosce dodawały przydrożne kapliczki rozstawione przy wytyczonych ścieżkach jak i kwitnące drzewa owocowe.
P4301031 (©PLANETADZIKA)
Zwiedzanie wioski bardzo nas wciągnęło i dwie godziny zleciały niepostrzeżenie. Daliśmy się ponieść klimatowi osady wzmacnianemu jeszcze przez świetną narrację audioprzewodnika. Kiedy opuściliśmy skansen wybiło południe. Nie mieliśmy już czasu do stracenia, bo czekało nas ok 90 km do przejechania. Trasa przedstawiała się następująco: Kolbuszowa – Przecław – Radomyśl Wielki – Dąbrowa Tarnowska – Zalipie.
P4300964 (©PLANETADZIKA)
Pełni sił wskoczyliśmy na rowery i szybko nabijaliśmy na licznik kolejne kilometry. Pierwszy przystanek zrobiliśmy w celu gastronomicznym w Przecławiu. Skusił nas piękny park okalający mały pałacyk. Chociaż elegancki i odnowiony, pałac sprawiał wrażenie opustoszałego, w parku też kręciły się pojedyncze osoby, choć miejsce wręcz zachęcało do weekendowych spacerów. Ulokowaliśmy się na parkowej ławce i przygotowaliśmy szybki obiad. Goniący czas nie pozwolił nam na kuchenne wariacje i zadowoliliśmy się daniami instant i warzywami.
P4301081 (©PLANETADZIKA)

W porównaniu z wczorajszym dniem ten był ciepły i nawet słońce zechciało na na chwilę uraczyć. Droga mijała lekko, ponownie przejeżdżaliśmy przez małe wioski, ale również przez leśne trakty i polne drogi. Momentami droga w lesie przypominała piaskownicę i nasze ciężkie rowery z trudem radziły sobie na miękkim podłożu. Na szczęście piaszczyste odcinki były krótkie a jazda lasem mimo wszystko sprawiała dużo radości.

P4301091 (©PLANETADZIKA)
Dzięki dobrym warunkom pogodowo-drogowym w ekspresowym tempie dojechaliśmy do celu tego odcinka trasy, czyli do Zalipia. Wioska ta słynie z malowanych  w kwieciste wzory chat oraz wyposażenia domowego. jest to unikalne zjawisko, które początki swoje ma w XIX wieku. Do dziś w Zalipiu i okolicach można znaleźć kilkadziesiąt domów ozdobionych malowidłami. Można również odwiedzić muzeum poświęcone malarce, Felicji Curyłowej, jednej z pierwszych zalipiańskich malarek.
My niestety musieliśmy zadowolić się zobaczeniem malowideł z zewnątrz, bo dojechaliśmy do Zalipia już po zamknięciu muzeum. I tak było warto.
P4301140 (©PLANETADZIKA)

Dzień zbliżał się ku końcowi. postanowiliśmy spróbować przeprawić się przez Dunajec na drugą stronę, jak wiodła nasza trasa. Mostu w okolicy nie było i liczyliśmy na prom. Niestety obfite opady w ostatnich dniach unieruchomiły wszystkie lokalne promy.

P4301159 (©PLANETADZIKA)

Nie mieliśmy innego wyjścia, jak poczekać do jutra i zobaczyć co nowego dzień przyniesie. Mieliśmy dwa wyjścia: albo nadrobić 25 km do najbliższego mostu, albo otrzymać od losu trochę szczęścia i trafić na kursujący prom.
Opcja druga oczywiście interesowała nas bardziej. Prognozy pogody nie przewidywały opadów, więc szansa na powrót kursów promu była coraz większa. Rozbiliśmy namiot na wale w pobliżu promu i szybko wbiliśmy się w śpiwory.
Wieczór był chłodny ale przymrozek nam nie groził. Dobrze, że nasz namiot trzyma ciepło. Jakoś do rana wytrzymamy.

P4301033 (©PLANETADZIKA)

Dzikie Podkarpacie, mini rajd majowy, dzień 1.

Wstaliśmy wypoczęci i odetchnęliśmy z ulgą, kiedy po wyjrzeniu za okno zobaczyliśmy suche chodniki.

P4290662 (©PLANETADZIKA)

Sprawnie zebraliśmy rzeczy i zjedliśmy śniadanie. Prawo Murphy’ego jednak zadziałało i kiedy wsiadaliśmy na rowery zaczęło mrzeć. I w takim drobnym kapuśniaczku opuściliśmy Jarosław. Kiedy miasto znikło za nami w tyle  przestało siąpić. Z nową energią ruszyliśmy podrzędnymi drożynami w stronę Łańcuta. Niespełna dziesięć kilometrów za startem na naszej drodze pojawił się opuszczony mini dworek. Uśmiechnęliśmy się na myśl o urbexie, ale ostatecznie zwiedziliśmy obiekt tylko z zewnątrz.

P4290682 (©PLANETADZIKA)

Wróciliśmy na trasę. Przemierzaliśmy małe wioski, o których nikt nigdy nie słyszał i pewnie nie usłyszy. Mijaliśmy drewniane domki, niektóre dawno opuszczone, niektóre nadal dające schronienie istnieniom ludzkim, przejeżdżaliśmy obok dzikich sadów, kwitnących i cieszących oko białymi kwiatami, uciekaliśmy przed wiejskimi kundlami i wypatrywaliśmy bocianów. Było chłodno i pochmurno, ale dzikie proste piękno okolicy pozwalało zapominać o drobnych niedogodnościach.

P4290730 (©PLANETADZIKA)

P4290745 (©PLANETADZIKA)

Przed południem wjechaliśmy do Markowej, gdzie przywitał nas postmodernistyczny gmach całkowicie kontrastujący z dotychczasowym krajobrazem. Jak się okazało był to budynek muzeum poświęconego Polakom ratującym Żydów podczas wojny. Obok muzeum widniał drogowskaz prowadzący do skansenu polskiej wsi. Chwilę zastanowiliśmy się, który obiekt zwiedzić, gdyż czas nie pozwolił na zatrzymanie się tu na dłużej. Padło na skansen jako bardziej odpowiadający profilowi naszej wycieczki.

P4290762 (©PLANETADZIKA)

W bramie przywitała nas miła dziewczyna, która obiecała mieć oko na nasze rowery, kiedy mieliśmy zwiedzać muzeum. Skansen nie był duży, ograniczał się do jednej zagrody w której można było zobaczyć dwie chłopskie chaty z pełnym wyposażeniem, stodołę, młyn i obejście. Urokowi temu miejscu dodawał fakt, że wszystkie sprzęty i obiekty były autentyczne, to znaczy pochodzące z gospodarstw wiejskich z przełomu XIX i XX wieku. Bardzo podobało nam się takie przedstawienie życia chłopów.

P4290794 (©PLANETADZIKA)

Kiedy zakończyliśmy wizytę w skansenie zamieniliśmy jeszcze kilka słów z bileterką. Jako, że pora obiadowa trwała w najlepsze, zapytaliśmy o możliwość zjedzenia posiłku na terenie skansenu. Dziewczyna zgodziła się, byśmy usiedli w altanie nieopodal i zaoferowała nam herbatę. Przyjęliśmy jej miły gest i podgrzaliśmy sobie fasolkę po bretońsku. Chociaż napełniliśmy żołądki, chłód dalej nam doskwierał. Zmarznięci, szybko po posiłku wskoczyliśmy na rowery, by rozgrzać nieco zastałe mięśnie. W ten sposób migiem dotarliśmy do Łańcuta. ilość turystów trochę mnie przeraziła, ale ostatecznie bez wielkiej zwłoki bezpiecznie zaparkowaliśmy rowery przy kasach biletowych i wykupiliśmy wstęp na zwiedzanie komnat reprezentacyjnych.

P4290855 (©PLANETADZIKA)

Było co oglądać! Kto Łańcut zwiedził, wie o czym piszę, a tym, którzy jeszcze nie dotarli w te zakamarki Podkarpacia nie chcę za bardzo spoilować atrakcji czekających w komnatach rodziny Potockich. Nie mniej, napomknę, że urządzenie pokoi, meble, akcesoria, wszystko to jest oryginalnie zachowane i w żaden sposób nie zostało zrekonstruowane, co niestety w polskich muzeach jest standardem.

Po godzinie spędzonej w rezydencji magnackiej i duchowej uczcie w duchu humanizmu trudno było wsiąść ponownie na rowery. Nie mogliśmy jednak za długo marudzić, bo czekało nas jeszcze 40 km drogi.

P4290679 (©PLANETADZIKA)

Od Łańcuta jechaliśmy kilkanaście kilometrów szlakiem Green Velo. Wspomnienia z zeszłorocznego Rajdu same nasuwały się na myśl. Mijaliśmy kolejne wioski, kolejne drewniane chatki i kwitnące jabłonki. Minęliśmy Rzeszów, nie wjeżdżając do miasta. Niedaleko przed metą czekała nas mała atrakcja w postaci wiszącej kładki pieszo-rowerowej nad Wisłokiem, którą przyszło nam pokonać. Przejazd takim wąskim wiszącym mostem to całkiem ciekawa sprawa.

P4290927 (©PLANETADZIKA)

Wczesnym wieczorem dotarliśmy do Kolbuszowej. Trochę nas tego dnia wywiało, więc postanowiliśmy przenocować pod dachem. Znaleźliśmy motel z niedrogimi pokojami. Zameldowaliśmy się i przed położeniem się do spania poszliśmy na pizzę. Po całym dniu jazdy w chłodzie taka pizza wydawała się najwspanialszym rarytasem i spałaszowaliśmy swoje porcje do ostatniego okruszka. Zmęczenie dawało się we znaki i po powrocie do pokoju zasnęliśmy bardzo szybko.

P4290936 (©PLANETADZIKA)

Dziki Kraków, cz. 15., Krakowskie rubieże

Tym razem nie prezentujemy żadnego obiektu na urbexowej mapie Krakowa. Dziś przewrotnie chcemy pokazać, że bez wyszukiwania specjalnych miejsc do eksploracji też można odnaleźć w Krakowie odrobinę dzikości. Wystarczy wsiąść na rower i odwiedzić odleglejsze dzielnice miasta.

P4020233 (©PLANETADZIKA)
Dla nas, osób mieszkających w południowo zachodnich terenach Krakowa wycieczka na nową Hutę wydaje się być wyprawą do innego miasta (pewnie mieszkańcy tej dzielnicy mówią to samo wybierając się na nasz, przydomowy wręcz, Zakrzówek). Huta jest daleko, jednak Kraków nie kończy się na Placu Centralnym, bynajmniej! Jego granice sięgają za Kombinat, co powoduje, że chcąc wybrać się na wschodnią granicę miasta, kiedy mieszka się przy Ruczaju, trzeba przygotować prawie całodzienną wycieczkę. Postanowiliśmy zobaczyć, jak daleko na wschód rozciągnęło się nasze miasto i dwa tygodnie temu przejechaliśmy się na krakowskie rubieże.

P4020296 (©PLANETADZIKA)

Nasza wycieczka liczyła sobie 60 km i bogata była w iście niekrakowskie (przynajmniej w odniesieniu do ogólno przyjętych standardów) krajobrazy. Dojazd do Huty, wygodny ze względu na nieprzerwaną ścieżkę rowerową nie był dla nas nowością. Ale gdy zdecydowaliśmy się zrobić pętelkę wokół Kombinatu, zaczęło robić się ciekawie i…. całkiem dziko.

P4020252 (©PLANETADZIKA)

Tereny w okół budynków huty są, trudno się dziwić, wyludniałe a ich charakter daleki jest od miejskiego. To jakby zderzenie bardzo industrialnego krajobrazu z obrazem wiejskich pól uprawnych. Z jednej strony patrzysz na gigantyczny obszar przemysłowy podczas gdy z drugiej rozciągają się pola a na ich miedzach szeleszczą wierzby. Łatwo zapomnieć, że ciągle jest się w Krakowie.

P4020253 (©PLANETADZIKA)

Najciekawszą atrakcją naszej wycieczki był przejazd tunelem pod torami kolejowymi w Ruszczy. To chyba jeden z dłuższych tuneli w mieście i, co ciekawe, składa się z dwóch części. Przejazd rowerem przez taki tunel to niezła frajda.

P4020270 (2) (©PLANETADZIKA)

P4020264 (©PLANETADZIKA)
Ciasteczka owsiane to świetny pomysł na posiłek w trasie.

W drodze powrotnej, zanim znów wjechaliśmy w miejskie tereny Nowej Huty, przejechaliśmy przez dawne wioski, dziś wchodzące w skład Krakowa, na których czas płynie wolniej i pewne rzeczy nie uległy zmianie. Po raz kolejny musieliśmy sobie powtarzać, że ciągle jesteśmy w Krakowie.

P4020291 (©PLANETADZIKA)

Tak dumając nad dzikimi rubieżami Krakowa dojechaliśmy do Placu Centralnego gdzie wypiliśmy zwycięską puszkę Coca-Coli i znaną ścieżką rowerową podążyliśmy do domu.