Dzikie Podkarpacie, Mini Rajd Majowy. Dzień 3.

Ostatni nocleg naszej majówki do najcieplejszych nie należał. Obeszło się bez przymrozków ale nad ranem wiosenny chłód nie pozwolił o sobie zapomnieć. Wstaliśmy o 6 i szybko wskoczyliśmy w ciepłe polarki i zaczęliśmy zbierać nasz mini obóz, przy okazji mogąc się trochę rozgrzać.
P5011167 (©PLANETADZIKA)
Słońce tego dnia było po naszej stronie i od samego świtu przebijało się przez chmury. Niestety prom, przy którym się rozbiliśmy na nocleg dalej był nieczynny. Byliśmy już przygotowani na konieczność nadrabiania dwudziestu kilku kilometrów do najbliższego mostu, ale postanowiliśmy sprawdzić jeszcze prom w sąsiedniej wiosce.
I dobrze zrobiliśmy, bo szczęście się do nas uśmiechnęło. Prom w miejscowości Otfinów pracował już od 5 rano i za darmo przewiózł nas na drugi brzeg.
P5011179 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Zadowoleni postanowiliśmy uczcić nas mały sukces śniadaniem. Znaleźliśmy nawet miejsce piknikowe i gdyby nie problem z nowym palnikiem mielibyśmy wręcz śniadanie marzeń. Niestety musieliśmy się obejść smakiem kawy, bo nie udało nam się zagotować wody. Kanapki z dżemem i masłem czekoladowym były za to wyborne.
P5011185 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Ruszyliśmy dalej w stronę Niepołomic. Podobnie jak w minione dni mijaliśmy małe wioski. Trochę jakby ubyło drewnianych domków, a przybyło pól uprawnych – wprawdzie byliśmy już w Małopolsce to i krajobraz miał prawo się zmienić.
P5011202 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Bez przygód dojechaliśmy do naszej kolejnej przeprawy przez rzekę. Tym razem pokonywaliśmy Rabę a do dyspozycji mieliśmy okazałą kładkę pieszo rowerową.Przejazd nią uwieczniliśmy na filmie dostępnym na naszym fb.
P5011212 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
W najbliższej miejscowości, Mikluszowicach po pokonaniu Dunajca znaleźliśmy ciekawą atrakcję dedykowaną głównie dzieciom, chociaż i dorosłym przynieść może ona wiele radości. Był to rozbudowany plac manewrowy do nauki jazy rowerem po mieście z imitacją znaków drogowych, świateł, różnych skrzyżowań. Dla maluchów to świetny sposób by zrozumieć wcale nie proste zasady ruchu drogowego. Z drugiej strony, patrząc na niektórych kierowców, im też przydała by się wizyta w takim parku.
Pobawiliśmy się na mini uliczkach placu, a gdy zabawa nas znużyła ruszyliśmy dalej. Okazało się, że znajdujemy się u podnóża Puszczy Niepołomickiej. Czekało nas ok 20 km jazdy lasem. Droga, ku naszemu zdziwieniu wyłożona była asfaltem, więc jechało się bardzo przyjemnie.
P5011221 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Im bliżej byliśmy Niepołomic tym więcej spotykaliśmy turystów. W odcinku najbliżej miasta las przeżywał prawdziwe oblężenie. Nie do końca zadowoleni byliśmy z jazdy w tłumie więc obraliśmy kierunek na centrum, skracając nieco jazdę przez las. W Niepołomicach byliśmy nie po raz pierwszy, ale jak zawsze zrobiliśmy sobie zdjęcie przy pomniku Kazimierza Wielkiego, tuż obok pałacu.
P5011290 (©PLANETADZIKA)
Pora obiadowa zachęciła nas do dłuższego popasu w miasteczku i zjedliśmy obiad w restauracji na rynku. Doczekaliśmy się tez wyczekiwanej kawy!
Z pełnymi brzuchami ruszyliśmy dalej, w ostatni odcinek trasy, 35 km do Krakowa. Chcieliśmy przejechać go  wiślaną trasą rowerową, ale liczne remonty po drodze trochę zmieniły nam plany. Na wały wjechaliśmy dopiero przy Nowej Hucie. Ten ostatni fragment trasy upłynął nam w bardzo wesołej atmosferze, cieszyliśmy się długo nieobecnym słońcem i słuchaliśmy rowerowych piosenek z głośników telefonu.
P5011295 (©PLANETADZIKA)
Około 15 wjechaliśmy na nasze podwórko. Byliśmy zmęczeni ale bardzo zadowoleni z zakończonego z sukcesem rajdu. Mimo nie najlepszej pogody i chłodu zrealizowaliśmy nasz plan w 100 procentach. Pozostało nam wskoczyć pod prysznic i wyciągnąć się na kanapie z naszą stęsknioną kocicą. 🙂
P5011336 (©PLANETADZIKA)

Dzikie Podkarpacie, mini rajd majowy. Dzień 2.

W podróży rowerowej organizowanej w sezonie wiosenno-letnim rzadko zdarzają się takie poranki, kiedy możesz do woli wylegiwać się w ciepłym posłaniu, a potem niespiesznie wypić kawę zagryzając kanapką z dżemem. Zwykle pobudka następuje po pierwsze nie w łóżku, a w namiocie, po drugie w godzinach wczesnych, tzn. razem ze słońcem (w wyjątkowo zimne dni nawet chwilę  przed nim). Śniadanie schodzi na drugi plan, bo twoja głowa zaprzątnięta jest myśleniem, w zależności od pory roku albo: jakby się tu skutecznie ogrzać i przestać się trząść, albo: bogowie wszechświata, dlaczego tu jest taka sauna?
Nocowanie w hostelach połączone z brakiem konieczności wczesnego wstawania ma swoje niewątpliwe zalety i z nich mogliśmy skorzystać o poranku drugiego dnia rajdu.
Naszym pierwszorzędnym planem było zwiedzenie skansenu w Kolbuszowej, który otwierał się dopiero o 10.00. Z tego właśnie powodu zafundowaliśmy sobie długi leniwy poranek uwieńczony kawą wypitą z filiżanki.
P4300956 (©PLANETADZIKA)
Skłamałabym, gdybym stwierdziła, że nie byliśmy wypoczęci.
Równo o 10.00 stanęliśmy pod bramą skansenu. Tym razem nie byliśmy ani jedynymi ani pierwszymi gośćmi. Coś podobnego! 😉 Lokalna atrakcja cieszyła się dużym zainteresowaniem.
P4301007 (©PLANETADZIKA)
Skansen wsi polskiej pod wieloma względami przerósł nasze oczekiwania. Pierwszym z nich były jego rozmiary. Przesadą nie będzie nazwanie go XIX wieczną wioską, z pełną ówczesną infrastrukturą. Nie zabrakło w niej kościoła szkoły, spichlerza, młyna, a nawet karczmy. Wszystkie obiekty były autentyczne i pochodziły z różnych podkarpackich wiosek.
P4300992 (©PLANETADZIKA)
Zwiedzający mieli okazję zaglądnięcia do środka chłopskich chat, przydomowych zagród i poczuć klimat dawnej wsi. Co więcej, turyści mogą również dowiedzieć się nieco o typowych rzemieślnikach wiejskich. Nie brak w skansenie warsztatu kowala, szewca a nawet twórcy drewnianych zabawek. Urokowi wiosce dodawały przydrożne kapliczki rozstawione przy wytyczonych ścieżkach jak i kwitnące drzewa owocowe.
P4301031 (©PLANETADZIKA)
Zwiedzanie wioski bardzo nas wciągnęło i dwie godziny zleciały niepostrzeżenie. Daliśmy się ponieść klimatowi osady wzmacnianemu jeszcze przez świetną narrację audioprzewodnika. Kiedy opuściliśmy skansen wybiło południe. Nie mieliśmy już czasu do stracenia, bo czekało nas ok 90 km do przejechania. Trasa przedstawiała się następująco: Kolbuszowa – Przecław – Radomyśl Wielki – Dąbrowa Tarnowska – Zalipie.
P4300964 (©PLANETADZIKA)
Pełni sił wskoczyliśmy na rowery i szybko nabijaliśmy na licznik kolejne kilometry. Pierwszy przystanek zrobiliśmy w celu gastronomicznym w Przecławiu. Skusił nas piękny park okalający mały pałacyk. Chociaż elegancki i odnowiony, pałac sprawiał wrażenie opustoszałego, w parku też kręciły się pojedyncze osoby, choć miejsce wręcz zachęcało do weekendowych spacerów. Ulokowaliśmy się na parkowej ławce i przygotowaliśmy szybki obiad. Goniący czas nie pozwolił nam na kuchenne wariacje i zadowoliliśmy się daniami instant i warzywami.
P4301081 (©PLANETADZIKA)

W porównaniu z wczorajszym dniem ten był ciepły i nawet słońce zechciało na na chwilę uraczyć. Droga mijała lekko, ponownie przejeżdżaliśmy przez małe wioski, ale również przez leśne trakty i polne drogi. Momentami droga w lesie przypominała piaskownicę i nasze ciężkie rowery z trudem radziły sobie na miękkim podłożu. Na szczęście piaszczyste odcinki były krótkie a jazda lasem mimo wszystko sprawiała dużo radości.

P4301091 (©PLANETADZIKA)
Dzięki dobrym warunkom pogodowo-drogowym w ekspresowym tempie dojechaliśmy do celu tego odcinka trasy, czyli do Zalipia. Wioska ta słynie z malowanych  w kwieciste wzory chat oraz wyposażenia domowego. jest to unikalne zjawisko, które początki swoje ma w XIX wieku. Do dziś w Zalipiu i okolicach można znaleźć kilkadziesiąt domów ozdobionych malowidłami. Można również odwiedzić muzeum poświęcone malarce, Felicji Curyłowej, jednej z pierwszych zalipiańskich malarek.
My niestety musieliśmy zadowolić się zobaczeniem malowideł z zewnątrz, bo dojechaliśmy do Zalipia już po zamknięciu muzeum. I tak było warto.
P4301140 (©PLANETADZIKA)

Dzień zbliżał się ku końcowi. postanowiliśmy spróbować przeprawić się przez Dunajec na drugą stronę, jak wiodła nasza trasa. Mostu w okolicy nie było i liczyliśmy na prom. Niestety obfite opady w ostatnich dniach unieruchomiły wszystkie lokalne promy.

P4301159 (©PLANETADZIKA)

Nie mieliśmy innego wyjścia, jak poczekać do jutra i zobaczyć co nowego dzień przyniesie. Mieliśmy dwa wyjścia: albo nadrobić 25 km do najbliższego mostu, albo otrzymać od losu trochę szczęścia i trafić na kursujący prom.
Opcja druga oczywiście interesowała nas bardziej. Prognozy pogody nie przewidywały opadów, więc szansa na powrót kursów promu była coraz większa. Rozbiliśmy namiot na wale w pobliżu promu i szybko wbiliśmy się w śpiwory.
Wieczór był chłodny ale przymrozek nam nie groził. Dobrze, że nasz namiot trzyma ciepło. Jakoś do rana wytrzymamy.

P4301033 (©PLANETADZIKA)

Dzikie Podkarpacie, mini rajd majowy, dzień 1.

Wstaliśmy wypoczęci i odetchnęliśmy z ulgą, kiedy po wyjrzeniu za okno zobaczyliśmy suche chodniki.

P4290662 (©PLANETADZIKA)

Sprawnie zebraliśmy rzeczy i zjedliśmy śniadanie. Prawo Murphy’ego jednak zadziałało i kiedy wsiadaliśmy na rowery zaczęło mrzeć. I w takim drobnym kapuśniaczku opuściliśmy Jarosław. Kiedy miasto znikło za nami w tyle  przestało siąpić. Z nową energią ruszyliśmy podrzędnymi drożynami w stronę Łańcuta. Niespełna dziesięć kilometrów za startem na naszej drodze pojawił się opuszczony mini dworek. Uśmiechnęliśmy się na myśl o urbexie, ale ostatecznie zwiedziliśmy obiekt tylko z zewnątrz.

P4290682 (©PLANETADZIKA)

Wróciliśmy na trasę. Przemierzaliśmy małe wioski, o których nikt nigdy nie słyszał i pewnie nie usłyszy. Mijaliśmy drewniane domki, niektóre dawno opuszczone, niektóre nadal dające schronienie istnieniom ludzkim, przejeżdżaliśmy obok dzikich sadów, kwitnących i cieszących oko białymi kwiatami, uciekaliśmy przed wiejskimi kundlami i wypatrywaliśmy bocianów. Było chłodno i pochmurno, ale dzikie proste piękno okolicy pozwalało zapominać o drobnych niedogodnościach.

P4290730 (©PLANETADZIKA)

P4290745 (©PLANETADZIKA)

Przed południem wjechaliśmy do Markowej, gdzie przywitał nas postmodernistyczny gmach całkowicie kontrastujący z dotychczasowym krajobrazem. Jak się okazało był to budynek muzeum poświęconego Polakom ratującym Żydów podczas wojny. Obok muzeum widniał drogowskaz prowadzący do skansenu polskiej wsi. Chwilę zastanowiliśmy się, który obiekt zwiedzić, gdyż czas nie pozwolił na zatrzymanie się tu na dłużej. Padło na skansen jako bardziej odpowiadający profilowi naszej wycieczki.

P4290762 (©PLANETADZIKA)

W bramie przywitała nas miła dziewczyna, która obiecała mieć oko na nasze rowery, kiedy mieliśmy zwiedzać muzeum. Skansen nie był duży, ograniczał się do jednej zagrody w której można było zobaczyć dwie chłopskie chaty z pełnym wyposażeniem, stodołę, młyn i obejście. Urokowi temu miejscu dodawał fakt, że wszystkie sprzęty i obiekty były autentyczne, to znaczy pochodzące z gospodarstw wiejskich z przełomu XIX i XX wieku. Bardzo podobało nam się takie przedstawienie życia chłopów.

P4290794 (©PLANETADZIKA)

Kiedy zakończyliśmy wizytę w skansenie zamieniliśmy jeszcze kilka słów z bileterką. Jako, że pora obiadowa trwała w najlepsze, zapytaliśmy o możliwość zjedzenia posiłku na terenie skansenu. Dziewczyna zgodziła się, byśmy usiedli w altanie nieopodal i zaoferowała nam herbatę. Przyjęliśmy jej miły gest i podgrzaliśmy sobie fasolkę po bretońsku. Chociaż napełniliśmy żołądki, chłód dalej nam doskwierał. Zmarznięci, szybko po posiłku wskoczyliśmy na rowery, by rozgrzać nieco zastałe mięśnie. W ten sposób migiem dotarliśmy do Łańcuta. ilość turystów trochę mnie przeraziła, ale ostatecznie bez wielkiej zwłoki bezpiecznie zaparkowaliśmy rowery przy kasach biletowych i wykupiliśmy wstęp na zwiedzanie komnat reprezentacyjnych.

P4290855 (©PLANETADZIKA)

Było co oglądać! Kto Łańcut zwiedził, wie o czym piszę, a tym, którzy jeszcze nie dotarli w te zakamarki Podkarpacia nie chcę za bardzo spoilować atrakcji czekających w komnatach rodziny Potockich. Nie mniej, napomknę, że urządzenie pokoi, meble, akcesoria, wszystko to jest oryginalnie zachowane i w żaden sposób nie zostało zrekonstruowane, co niestety w polskich muzeach jest standardem.

Po godzinie spędzonej w rezydencji magnackiej i duchowej uczcie w duchu humanizmu trudno było wsiąść ponownie na rowery. Nie mogliśmy jednak za długo marudzić, bo czekało nas jeszcze 40 km drogi.

P4290679 (©PLANETADZIKA)

Od Łańcuta jechaliśmy kilkanaście kilometrów szlakiem Green Velo. Wspomnienia z zeszłorocznego Rajdu same nasuwały się na myśl. Mijaliśmy kolejne wioski, kolejne drewniane chatki i kwitnące jabłonki. Minęliśmy Rzeszów, nie wjeżdżając do miasta. Niedaleko przed metą czekała nas mała atrakcja w postaci wiszącej kładki pieszo-rowerowej nad Wisłokiem, którą przyszło nam pokonać. Przejazd takim wąskim wiszącym mostem to całkiem ciekawa sprawa.

P4290927 (©PLANETADZIKA)

Wczesnym wieczorem dotarliśmy do Kolbuszowej. Trochę nas tego dnia wywiało, więc postanowiliśmy przenocować pod dachem. Znaleźliśmy motel z niedrogimi pokojami. Zameldowaliśmy się i przed położeniem się do spania poszliśmy na pizzę. Po całym dniu jazdy w chłodzie taka pizza wydawała się najwspanialszym rarytasem i spałaszowaliśmy swoje porcje do ostatniego okruszka. Zmęczenie dawało się we znaki i po powrocie do pokoju zasnęliśmy bardzo szybko.

P4290936 (©PLANETADZIKA)

Dziki Kraków, cz. 15., Krakowskie rubieże

Tym razem nie prezentujemy żadnego obiektu na urbexowej mapie Krakowa. Dziś przewrotnie chcemy pokazać, że bez wyszukiwania specjalnych miejsc do eksploracji też można odnaleźć w Krakowie odrobinę dzikości. Wystarczy wsiąść na rower i odwiedzić odleglejsze dzielnice miasta.

P4020233 (©PLANETADZIKA)
Dla nas, osób mieszkających w południowo zachodnich terenach Krakowa wycieczka na nową Hutę wydaje się być wyprawą do innego miasta (pewnie mieszkańcy tej dzielnicy mówią to samo wybierając się na nasz, przydomowy wręcz, Zakrzówek). Huta jest daleko, jednak Kraków nie kończy się na Placu Centralnym, bynajmniej! Jego granice sięgają za Kombinat, co powoduje, że chcąc wybrać się na wschodnią granicę miasta, kiedy mieszka się przy Ruczaju, trzeba przygotować prawie całodzienną wycieczkę. Postanowiliśmy zobaczyć, jak daleko na wschód rozciągnęło się nasze miasto i dwa tygodnie temu przejechaliśmy się na krakowskie rubieże.

P4020296 (©PLANETADZIKA)

Nasza wycieczka liczyła sobie 60 km i bogata była w iście niekrakowskie (przynajmniej w odniesieniu do ogólno przyjętych standardów) krajobrazy. Dojazd do Huty, wygodny ze względu na nieprzerwaną ścieżkę rowerową nie był dla nas nowością. Ale gdy zdecydowaliśmy się zrobić pętelkę wokół Kombinatu, zaczęło robić się ciekawie i…. całkiem dziko.

P4020252 (©PLANETADZIKA)

Tereny w okół budynków huty są, trudno się dziwić, wyludniałe a ich charakter daleki jest od miejskiego. To jakby zderzenie bardzo industrialnego krajobrazu z obrazem wiejskich pól uprawnych. Z jednej strony patrzysz na gigantyczny obszar przemysłowy podczas gdy z drugiej rozciągają się pola a na ich miedzach szeleszczą wierzby. Łatwo zapomnieć, że ciągle jest się w Krakowie.

P4020253 (©PLANETADZIKA)

Najciekawszą atrakcją naszej wycieczki był przejazd tunelem pod torami kolejowymi w Ruszczy. To chyba jeden z dłuższych tuneli w mieście i, co ciekawe, składa się z dwóch części. Przejazd rowerem przez taki tunel to niezła frajda.

P4020270 (2) (©PLANETADZIKA)

P4020264 (©PLANETADZIKA)
Ciasteczka owsiane to świetny pomysł na posiłek w trasie.

W drodze powrotnej, zanim znów wjechaliśmy w miejskie tereny Nowej Huty, przejechaliśmy przez dawne wioski, dziś wchodzące w skład Krakowa, na których czas płynie wolniej i pewne rzeczy nie uległy zmianie. Po raz kolejny musieliśmy sobie powtarzać, że ciągle jesteśmy w Krakowie.

P4020291 (©PLANETADZIKA)

Tak dumając nad dzikimi rubieżami Krakowa dojechaliśmy do Placu Centralnego gdzie wypiliśmy zwycięską puszkę Coca-Coli i znaną ścieżką rowerową podążyliśmy do domu.

 

Dziki Kraków cz. 14., Kawerna Wielkanoc

Jako że za chwilę Wielkanoc i nastrój zrobił się bardzo świąteczny, my tez postanowiliśmy nawiązać do tych świąt w dzisiejszym poście. Będzie bowiem o kawernie, która nosi nazwę nie inną niż Wielkanoc. I bynajmniej nie jest to nazwa wymyślona przez nas. Dlaczego akurat „Wielkanoc”? Na to pytanie nie znamy odpowiedzi, ale nie przypadkowo postanowiliśmy opublikować relację z wizyty tam akurat dzień przed świętami. Klimat musi być 🙂

Dzisiejszy post jest jakoby kontynuacją przedostatniej relacji z eksploracji, którą odbyliśmy w towarzystwie Karoliny i Bartka. Jak i poprzednio, tak i w tym poście znajdziecie zdjęcia autorstwa Karoliny. Po więcej zapraszam na jej bloga.

P3250093 (©PLANETADZIKA)

Podczas wspomnianej wycieczki, oprócz fortu Winnica, o którym możecie przeczytać tutaj, zwiedziliśmy jeszcze dwie okoliczne kawerny, nieco podobne do tych odwiedzonych przez nas z początkiem marca (o których też już pisaliśmy).

Kawerny kręcą nas bardzo, co pewnie stali czytelnicy byli w stanie zauważyć. Jednak te odwiedzone tym razem miały w sobie coś niesamowitego.

DSC_3606 (©PLANETADZIKA)

Pierwsza znajdowała się w 5 minut drogi rowerem od Winnicy. Gdyby nie namiary GPS z pewnością byśmy ją minęli, nawet się nie obracając.Ulokowana była dokładnie pod kapliczką w niewielkim pagórku. Główne wejście było zamknięte na kłódkę, ale szczęśliwie znaleźliśmy inne, które stało otworem, z jednym dość sporym utrudnieniem, Aby dostać się do środka musieliśmy ześlizgnąć się po stromej ścianie, uważając przy tym by nie zahaczyć o wystające korzenie drzewa.
P3250067 (©PLANETADZIKA)
Trochę się nagimnastykowaliśmy, ale w końcu wszyscy zeszliśmy do środka. Kawerna składała się z jednej ogromnej sali, a w jej drugim końcu znaleźliśmy główne zamknięte drzwi. Prawa część korytarza została zasypana gruzem.
Rozejrzeliśmy się po pomieszczeniu, uwieczniliśmy je na fotografiach i podjęliśmy kolejną niełatwą próbę wydostania się tym razem na zewnątrz. Kiedy wszyscy już bezpiecznie wróciliśmy na górę, zachęceni klimatem dopiero co odwiedzonej kawerny, ruszyliśmy kolejnej, tytułowej Wielkanocy.
P3250070 (©PLANETADZIKA)
Znalezienie obiektu nie należało do najłatwiejszych zadań. Chwilę musieliśmy pokręcić się po zalesionym wzgórzu do którego doprowadził nas GPS zanim odkryliśmy jedno z wejść do kawerny. Tym razem wystarczyło się tylko schylić i już byliśmy w środku. Przywitał nas długi korytarz, na którego ścianach spały ćmy. Kawerna okazała się ogromna, większa niż mogliśmy przypuszczać.
P3250098 (©PLANETADZIKA)
Szybko odkryliśmy że przez obiekt biegnie więcej niż jeden korytarz, a ścieżki wiją się raz w prawo raz w lewo, krzyżują się ze sobą – krótko mówiąc tworzą labirynt, w którym łatwo się zgubić. Błądząc po korytarzach odkryliśmy jeszcze inne 3 wejścia do kazamatów, które jednak były słabo dostępne z zewnątrz. Natknęliśmy się również na nietoperza (który nota bene, był już prezentowany w ostatnim poście) i czmychnęliśmy przed pająkiem. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz poczuliśmy się, jakbyśmy wrócili z nieco innego świata. Ogarnęło nas ciepło a oczy dłuższą chwilę przyzwyczajały się do dziennego światła.

P3250096 (©PLANETADZIKA)

Wizyta w Wielkanocy zrobiła na nas duże wrażenie. Były to największe (i najbardziej kręte) kazamaty, które zwiedziliśmy do tej pory. Być może towarzystwo Karoliny i Bartka dodało nam pozytywnej energii, ale wspomnienia z tej eksploracji należą do naszych ulubionych.

Wesołych świąt, drodzy Czytelnicy! Odpocznijcie i spędzicie te święta w sposób bliski waszemu sercu! 🙂

Dziki Kraków, cz. 13., Zwierzęta

Wiosna rozgościła się u nas na dobre: Zakwitły drzewa, powoli zazieleniają się parki, dni są już długie i coraz rzadziej o poranku witają nas przymrozki. Sprzyja to częstszym wycieczkom rowerowym i odkrywaniu nowych miejsc.

I chociaż w ostatnim czasie odwiedziliśmy kolejne ciekawe zapomniane obiekty tym razem chcemy spojrzeć na nieco inną stronę eksploracji. Choć celem naszych wypraw są opuszczone twory rąk ludzkich, to nieodłącznym elementem zwiedzania jest przyroda. W kontraście z zapuszczonymi dziełami człowieka, natura wydaje się być jeszcze piękniejsza, ale nie ma litości dla żadnych dóbr cywilizacji i gdy tylko człowiek postanowi je porzucić, ona drapieżnie  zgarnia dla siebie wszystko co pozostawił, a co niegdyś przecież było  w gruncie rzeczy jej.

Kiedy już natura poczuje się pewnie na gruncie odebranym  człowiekowi, tworzy tam swojego rodzaju nowy ekosystem. Najpierw zadamawiają się rośliny a później na opuszczone obiekty wkraczają zwierzęta.
I o nich będzie dzisiejszy wpis. Chcemy pokazać wam, jakie zwierzaki można spotkać, zapuszczając się w porzucone przez człowieka miejsca. Wbrew pozorom obiekty te nie są całkowicie opuszczone, bo zamieszkują je bardzo różne gatunki zwierząt. Wystarczy odrobina uważności i łut szczęścia by zobaczyć je podczas zwiedzania.
Najczęstszymi bywalcami opuszczonych miejsc są przedstawiciele gromady owadów oraz mięczaków (zwykle w postaci ślimaków). Nie trzeba wiele by w zaciemnionych zakamarkach opuszczonej chaty spotkać pająka czy ćmę, albo też winniczka pasącego się w podmokłym forcie.
P3250124 (©PLANETADZIKA)
© PLANETA DZIKA_DSCI9740 (Copy)
P3250109 (©PLANETADZIKA)
Czasem  w takich miejscach zdarzy się spotkać niecodziennych mieszkańców, takich jak motyle, które przypadkiem zawitały do zapomnianych ruin.
©PLANETADZIKA_DSCI0944
Wilgotne miejsca to nie tylko domena ślimaków, ale i płazów. Żaby i ropuchy często spotkać można w zaroślach nieopodal zbiorników wodnych. My mieliśmy przyjemność z Panią  Ropuchą w jednym z krakowskich fortów.
P3250043 (©PLANETADZIKA)
Strychy, piwnice, schrony – tego typu miejsca przyciągają jak magnes nas, eksploratorów, ale i nietoperze, które w opuszczonych obiektach zimują, gdyż mają tam i odpowiednią temperaturę i święty spokój.
P3250106 (©PLANETADZIKA)
Większe ssaki są rzadkością podczas wizyty w opuszczonych miejscach, chyba że mamy na myśli psy pilnujące niektórych posesji. 🙂 Jeśli zapuścimy się w bardziej leśne tereny możemy liczyć na spotkanie z leśną zwierzyną, choć oczywiście szczęścia musimy mieć więcej niż Antarktyda lodu. My, nawet jeśli kilka razy wystraszyliśmy drzemiącego w polu bażanta, to nigdy nie mieliśmy dosyć refleksu, by uwiecznić jego ucieczkę na zdjęciu. Za to udało nam się pewnego razu uchwycić zająca, przemykającego przez park pałacowy. Jakość zdjęcia tragiczna, za co przepraszamy, ale w takich chwilach łapie się za pierwszą rzecz robiącą zdjęcia, w tym wypadku było to telefon z małą ilością megapixeli.
20160614_185829
Na koniec zostawiliśmy coś nad wyraz osobliwego, zwierzaka, którego chyba nikt nie spodziewałby się w środku opuszczonego domu. Nie mniej, w czasie eksploracji opuszczonych miejsc może zdarzyć się wiele, jeśli nie wszystko. I tak, raz natknęliśmy się na…. owce, które swoją obecnością na pięterku porzuconego domu wprawiły nas w osłupienie. Dowód poniżej.
DSCI2037 (©PLANETADZIKA)
Jak widzicie urbex może mieć też inną twarz, tę bardziej zwierzęcą. Jeśli wy spotkaliście jakieś ciekawe zwierzaki podczas waszych eksploracji, piszcie, chętnie dowiemy się, kto jeszcze pomieszkuje w opuszczonych obiektach!

Dziki Kraków cz.12, Fort 53 a

Twierdza Kraków to temat rzeka, który ciągle jeszcze nie został dostatecznie wyłożony. Dla nas, laików ale i fascynatów tego dziewiętnastowiecznego tworu, Twierdza Kraków to idealne obiekty do zwiedzania i zarazem dobry materiał na posty. Ostatnimi czasy odwiedziliśmy kolejny fort należący do Twierdzy i chcemy podzielić się z wami wrażeniami z wycieczki.
DSC_3600 (©PLANETADZIKA)
Być może ktoś z Czytelników zauważył, że ostatnio kręcimy się po południowo-zachodnich zakamarkach Krakowa. Tym razem będzie podobnie, a prezentowanym obiektem jest fort pomocniczy 53 a Winnica.
Ta eksploracja była jednak nieco inna niż poprzednie. Zwykle zwiedzamy tylko w dwójkę (czasem pakując do plecaka Dzika), niczym nieodłączni Flip i Flap 😉 Jednak tym razem mieliśmy przyjemność zwiedzić fort razem z naszymi znajomymi, również sympatykami urbexu, Karoliną I Bartkiem.
Napomknę, że Karolina jest fotografką i prowadzi, jak my, swoją internetową stronę. Dzięki jej uprzejmości, w fotorelacji z wycieczki wykorzystaliśmy kilka zdjęć jej autorstwa.
DSC_3554 (©PLANETADZIKA)

Na fort, jak to u nas bywa, dotarliśmy na rowerach. Pozostawiwszy je w bezpiecznym miejscu bez trudu przeszliśmy przez bramę wjazdową, na której wisiała standardowe dla fortu ostrzeżenie „Wstęp wzbroniony”. Niewzruszeni komunikatem, minęliśmy dawno porzucony i doszczętnie ogołocony samochód wojskowy.

P3250005 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

Po chwili byliśmy już przy forcie, który na samym wstępie zrobił na nas duże wrażenie. Tym, co od razu przykuło uwagę i co bardzo rzadko zachowało się w fortach, była fosa i przerzucona przez nią kładka, umożliwiająca dojście do budynków fortu.

DSC_3573 (©PLANETADZIKA)
Fort, jako że pełnił funkcję pomocniczą, był stosunkowo niewielki. Wszelkie możliwe otwory, potencjalnie umożliwiające wejście do jego środka były skrupulatnie połatane, nie mówiąc o żelaznych drzwiach zamkniętych na cztery spusty. Tak więc szansy na zwiedzenie obiektu od środka nie mieliśmy i musieliśmy zadowolić się obejściem budynku z zewnątrz. Weszliśmy też na dach i odkryliśmy kopuły strzelnicze, unikatowe w obiektach Twierdzy Kraków.
P3250028 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Na koniec męska część naszego zespołu zdecydowała się zejść w głąb fosy, co nie było proste i wymagało zejścia się po stromym zboczu. Na dole niestety też nie znaleźli przejścia do wewnętrznych budynków, mogli natomiast spojrzeć na fortyfikacje z innej, niższej perspektywy.
P3250048 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Fort Winnica w naszej opinii to jeden z najciekawszych obiektów Twierdzy Kraków. Wzrok przykuwa nie tylko ogromna fosa, świetnie zachowana, ale i kompleks budynków, którego ząb  czasu, ani ludzkie chamstwo nie skrzywdziły.
Choć dla eksploratorów to przykre, kiedy nie można zwiedzić obiektu od wewnątrz, jednak w gruncie rzeczy, dobrze że o fort ktoś dba i nie pozwala, by wpadł w ręce niepowołanych osób.
P3250006 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

Dziki Kraków cz. 10., Wojskowe kazamaty

Po bardzo gorących dla nas (choć chłodnych za oknem) kilku dniach, związanych ze slajdowiskiem w Bonobo i wizytą w Off Radio Kraków wracamy do was z bardzo świeżą relacją z kolejnego nieznanego zakątka Krakowa.

Nie bez powodu określam ten wpis jako „bardzo świeży”, gdyż dzisiejszą miejscówkę odkryliśmy raptem dwa tygodnie temu, a z wrażeń z jej zwiedzania nawet dzisiaj do końca jeszcze nie ochłonęliśmy.

DSCI3018 (©PLANETADZIKA)
Korzystając z ciepłego i słonecznego weekendu wybraliśmy się na eksplorację naszego nowego terenu zamieszkania. Z początkiem marca zdarzyło nam się przeprowadzić, więc stwierdziliśmy, że najwyższy czas poznać bliżej nowe okolice.
Nasza wycieczka okazała się owocna nie tylko w zapoznanie się z topografią dzielnicy, ale również i przede wszystkim, odkryliśmy kapitalne opuszczone obiekty Twierdzy Kraków.
DSCI2958 (©PLANETADZIKA)
Tym razem nie był to fort, a wykute w skale kazamaty służące jako magazyny amunicyjne obecnie bardziej przypominające jaskinie, z wąskimi korytarzami i obszernymi komnatami. (Czym były tajemnicze pomieszczenia wyryte w wapiennej skale dowiedzieliśmy się już po powrocie dzięki konsultacji z naszym wujkiem Googlosławem)
Na trasie napotkaliśmy cztery tego typu magazyny. Trzy z nich składały się tylko z jednego pomieszczenia i prowadzącego doń krótkiego korytarza. Natomiast jeden obiekt był większy i krył w sobie aż trzy sale i znacznie dłuższej sieci korytarzy.
DSCI2996 (©PLANETADZIKA)
Uroku obiektom dodawał kompletny brak oświetlenia, piwniczny chłód i lekko zwietrzały zapach. Bez latarki wejście do korytarzy byłoby niemożliwe, egipskie ciemności panujące wewnątrz uniemożliwiają zwiedzanie nieprzygotowanym na to przypadkowym turystom.
My na szczęście ubezpieczyliśmy się w latarki i chociaż nasz aparat nie przepada za pracą w ciemnościach udało nam się pstryknąć kilka zdjęć, które uwydatniają tajemniczy klimat skalnych magazynów.
DSCI2975 (©PLANETADZIKA)
Niestety, ku naszemu oburzeniu w jednym z pomieszczeń, co ciekawe znaczenie oddalonym od wyjścia odkryliśmy mało chwalebny akt dokonany przez człowieka (z pewnością nierozumnego). W ostatniej komnacie prawie potknęliśmy się o wielkie wory wyładowane śmieciami. Komentarz tutaj jest zbędny, aczkolwiek po raz kolejny otrzymaliśmy dowód na to, że głupota ludzka granic nie zna i chyba nigdy nie pozna.
DSCI3008 (©PLANETADZIKA)

Aby nie kończyć tak gorzką myślą dodam, że podczas owej weekendowej wycieczki znaleźliśmy jeszcze kilka innych równie fascynujących obiektów, o których opowiemy w najbliższych odcinkach.
Do przeczytania!

DSCI2962 (©PLANETADZIKA)

Slajdowisko podróżnicze i audycja w radiu!

Przed nami medialny tydzień.

W najbliższy wtorek, 14 marca ok. godziny 9.00 będziemy gośćmi audycji OFF/ON w  Off Radiu Kraków, gdzie prezentować będziemy nasz projekt, Planeta Dzika i opowiemy o naszych wyprawach, minionych i przyszłych.
Słuchajcie nas online na stronie radia! 🙂

Tego samego dnia wieczorem, o 19.00 zapraszamy do kawiarni podróżniczej Bonobo w Krakowie na Małym Rynku na kolejne już slajdowisko z Rajdu Wschodniego. Będzie dużo zdjęć, opowieści, anegdotek i porad. A dla smakoszy będzie coś ekstra, ponieważ przygotujemy do degustacji własnoręcznie przygotowany przysmak z Kresów. Obiecujemy, że wasze kubki smakowe będą zadowolone! 🙂

Zapraszamy!

słuchawki radio

 

Dziki Kraków cz. 9. Kamieniołom Liban

Tym razem w naszym nieformalnym przewodniku po nieznanym Krakowie prezentujemy charakterystyczne miejsce na mapie miasta, o którym pewnie wiele osób słyszało, ale znacznie mniej odwiedziło.
planeta-dzika_dsci1012-copy
Kamieniołom Liban to w pierwszej kolejności miejsce historyczne: w czasie drugiej wojny światowej Hitlerowcy zbudowali na tym terenie obóz pracy, w którym trzymano kilkuset więźniów. Na początku lat 90 kręcono tam słynny film „Lista Schindlera”, a ściślej mówiąc sceny mające przedstawić sąsiadujący z Libanem obóz zagłady Płaszów. Wielu mieszkańcom przypomniało to o istnieniu kamieniołomu. Filmowcy pozostawili po sobie scenografię, która po latach nadała Libanowi urbexowego klimatu i obecnie stanowi atrakcję dla miłośników opuszczonych miejsc oraz ważny punkt na mapie nieznanego Krakowa.

planeta-dzika_dsci1029-copy

Wejście na teren kamieniołomu nie stanowi problemu, choć trzeba poszukać właściwej drogi. Apetyt na zwiedzanie zaostrza znajdujące się tuż u stop Libanu składowisko porzuconych samochodów.

planeta-dzika_dsci1004-copy

Sam kamieniołom, dzięki pozostawionym tam dekoracjom z Listy Schindlera robi nie małe wrażenie. Kilkunastometrowe metalowe konstrukcje imitujące zabudowę obozu pracy  nadają miejscu industrialnego akcentu. Zachowały się również fragmenty płotu  które przedstawiały ogrodzenie obozu. Na konstrukcje można się wdrapać, jednak trzeba bardzo uważać, bo część elementów poodpadała, część pordzewiała więc o skaleczenie nie trudno.

planeta-dzika_dsci1016-copy
W pobliżu dekoracji filmowych można odnaleźć ścieżkę wyłożoną macewami (żydowskimi płytami nagrobnymi). Szczerze przyznam, że nie wiem, czy to autentyczne nagrobki, czy tylko kolejne elementy dekoracji filmowej. Internet optuje za tą drugą opcją, jednak kto dziś ufa wirtualnym źródłom?…

planeta-dzika_dsci1021-copy

Wycieczka do Libanu to bardzo ciekawe doświadczenie, które pozwala zrozumieć z jak wielkim rozmachem wykonano Listę Schindlera. Miejsce jest godne polecenia dla osób chcących poznać uroki nieznanego Krakowa, lubiących wspinaczkę (i wysokości) oraz dobrze czujących się w nieco trudniejszym terenie.

planeta-dzika_dsci1017-copy