Islandia. Wyprawa dzika. Kempingi na wyspie lodu i ognia

Każdy, nawet największy podróżnik musi czasem odpocząć. Jak trywialnie brzmi to stwierdzenia, tak noclegi są bardzo istotnym punktem planowania podróży. W naszej podróży do Islandii z dużej puli noclegowych możliwości, tylko te pod namiotem brane były pod uwagę, ze względu na drożyznę panującą na wyspie. Co więcej założyliśmy, że większość nocy spędzimy na dziko, korzystając w ten sposób z przychylnego podróżnikom islandzkiego prawa, które zakłada możliwość rozbicia namiotu poza miastem gdzie bądź, byle nie wpakować się komuś na teren prywatny (który musi być ogrodzony, toteż nie trudno go rozpoznać).

P7211873 (©PLANETADZIKA)

Nocowanie na dziko jest wspaniałe, lecz nie mi się o jego zaletach rozwodzić. Niestety ma też jeden bardzo kłopotliwy minus – brak możliwości skorzystania z sanitariatu. Z tej przyczyny, co jakiś czas siłą rzeczy, każdy szanujący się podróżnik, nie wiem jak stroniący od cywilizacji, musi zatrzymać się na prysznic (tak sobie myślę, że ta właśnie cecha odróżnia podróżników-wędrowców od włóczęgów vel żuli).

Na Islandii prysznice znajdywalne są prawie wyłącznie na kempingach. Więc co kilka dni (żałuję, że nie częściej) zatrzymywaliśmy się na przerwę, by skorzystać z dobrodziejstw, które to kempingi proponują.

P7110468 (©PLANETADZIKA)

W naszej podróży zaliczyliśmy 5 pól namiotowych, choć planowaliśmy tylko 3 (nie pytajcie dlaczego). Co ciekawe, każdy był inny, wyróżniał się innym nastawieniem do turystów, gamą oferowanych usług itd. Z tego właśnie powodu postanowiliśmy pokrótce opisać nasze doświadczenie na każdym z nich.

Zacznijmy od zestawienia danych:

Lokalizacja Koszty osoby w namiocie (+110 podatek) Cena za pranie /suszenie Wifi Dostęp do prądu Opłaty za prysznic Świetlica
Reykjavik campsite 2200 700K/700K Tak Tak Free Tak
Vik i Myrdal 1500 500K/500K Tak, płatne Tak (lecz trudno dostępne) 200K Tak
Skaftafell 1700 500K/500K za 60min Nie Tak (300K) 500K za 5min Nie
Djupivogur 1550 Tak/tak 850K za 90min Tak, płatne Tak 300K Tak
Vogar (Reykjahild) 1500 plus namiot 500 Brak pralki/suszarki Tak płatne? Tak Free Nie

A teraz więcej szczegółów:

  1. Reykjavik campsite

Główny miejski kemping w Reykjaviku to najlepszy kemping, na jakim kiedykolwiek dotąd byliśmy. Serio. Oferuje wszystko, czego może potrzebować turysta, czy to pieszy, czy rowerowy, czy kamperowy czy nawet latający. A na poważnie, kemping  poza sporym polem namiotowym i miejscem dla kamperów posiada:

  • Darmowe prysznice (geotermalne)
  • Wydzielone miejsce do mycia naczyń z całym potrzebnym do tego sprzętem (gąbka, szczotka, płyn)
  •  miejsce na  grilla własnego lub duża krata
  • Pralnię wyposażoną w kilka pralek i suszarek (dodatkowo płatne po 700 koron)
  • Kuchnię  w osobnym zamkniętym pomieszczeniu, w pełni wyposażoną w naczynia i garnki oraz różnego rodzaju zostawionego przez turystów sprzętu kuchennego
  •  jadalnię, w której można jeść czytać i się zagrzać
  • Darmowe ładowanie elektroniki lub szafki z kontaktem
  • Przechowalnię bagażu czy kartonów na rowery (3400isk za to drugie)

W recepcji znajduje się mini sklepik ze sprzętem turystycznym. Można tu kupić butle z gazem do wszystkich systemów, mapy, menażki itp.

P8022853 (©PLANETADZIKA)

Co najważniejsze i bardzo inspirujące, ideą kempingu jest recykling. Na całym polu znajdują się wydzielone na poszczególne typy odpadów kosze, a w kuchni znaleźć można specjalną półkę, gdzie można zostawić niepotrzebną, ale zdatną do użycia żywność. My dzięki temu zyskaliśmy dwa obiady gratis, sami też coś zostawiliśmy dla następnych. Pomysł-rewelacja!

Ocena: 6/6

P8022856 (©PLANETADZIKA)

2. Vik i Myrdal

Kolejnym kempingiem, który udzielił nam schronienia był kemping w miejscowości Vik. Nie planowaliśmy tam noclegu, ale zmiażdżeni przez islandzką pogodę, z podkulonym ogonem zawitaliśmy w progach kempingowej recepcji.  Kemping dość niewielki, stary i dawno nieodświeżany, ale ze świetlicą w zamkniętym pomieszczeniu, która uratowała nam skórę (i pozwoliła wyschnąć).

Co jeszcze na kempnigu?

  • bezpłatne ładowanie
  • prysznice płatne ok 200isk
  • pralnia płatna (500/500)
  • we wspólnej salce miejsce na przyrządzanie posiłków + czajnik elektryczny, ale brak płyty grzewczej, co wykluczało przygotowanie ciepłego posiłku pod dachem

Miejsce sympatyczne, nadaje się na bazę wypadowej na piesze wędrówki po okolicy, a w pobliżu Vik jest co zwiedzać, o ile pogoda nie zechce inaczej.

Ocena: 4/6

P7150838 (©PLANETADZIKA)

3. Skaftafell

Dobra lokalizacja na wypady na lodowiec i bezpośrednie sąsiedztwo z parkiem narodowym to jedyne zalety tego kempingu, położonego dosłownie w środku nigdzie. Zachowany w ascetycznym stylu, jakby narysowany od linijki, z wytyczonymi ścieżkami i ładną trawą – brzmi dobrze? Może, ale kemping nie ma być piękny, ale praktyczny. A ten taki niestety nie był. Płacić trzeba było za wszystko. Aż dziwne, że za WC sobie nie policzyli.

P7161256 (©PLANETADZIKA)

Prysznic dodatkowo płatny 500 koron za 5 min. Idealny do ćwiczenia przed zawodami w kąpieli na czas.

Pralka 500 koron, suszarka też, z tym że nie łudźcie się, że wysuszy wam pranie…

Brak jakiejkolwiek świetlicy i miejsca pod dachem. Jak wieje, pada czy śnieży to siedzisz w namiocie.

Całkowity brak kuchni, lub choćby miejsca, gdzie można zagotować wodę.

Zastanawiacie się, za co więc wydaliśmy 1700 koron? My też. Omijać.

Ocena: 2/6

P7171261 (©PLANETADZIKA)

4. Djupivogur

Bardzo sympatyczny malutki kemping, położony gdzieś na końcu świata, (gdyby taki istniał naprawdę, Djupivogur mógłby śmiało nim być), w którym mało kto się zatrzymuje. Atmosfera kameralna, cisza i spokój. Miejsce idealne dla wszystkich introwertyków i uczulonych na tłumy.

Kemping oferuje:

  • W pełni wyposażoną kuchnię z jadalnią
  • Salon dla gości wyposażony w sofy i stoliki
  • darmowe ładowanie elektroniki
  • prysznic płatny 300 koron
  • Oraz pewien bonus, który jest oddalony o 2 km od miejscowości. Niebawem zdradzimy, cóż to.

Ocena: 5/6

P7191579 (©PLANETADZIKA)

6. Vogar (Reykjahild)

 W tej miejscowości znaleźć można właściwie dwa kampingi, jeden nieco droższy w centrum, kolejny dwa kilometry dalej. Wybraliśmy ten drugi, bo był mniej zatłoczony, a w pobliżu znajdowała się pizzeria.

Niestety ten kamping nie miał za dużo udogodnień. W sumie to więcej ich nie miał niż miał:

  •  brak pralki i suszarki
  • brak kuchni i świetlicy
  • brak dostępu do prądu

Natomiast miejsce miało swój przyjemny klimat. Spokój, za płotem pastwisko, możliwość zjedzenia pizzy w knajpie obok. I co dla nas najważniejsze, prysznic był darmowy, nieograniczony limitem czasu.

P7232090 (©PLANETADZIKA)

Dodatkową zaletą tego kempingu jest świetna lokalizacja przy atrakcjach turystycznych, np. jaskini geotermalnej i wulkanie.

Ocena: 4/6

* * *

To tyle w temacie kempingów islandzkich. Nasze zestawienie jest subiektywne i nacechowane wspomnieniami i uczuciami, towarzyszącymi nam w podróży. Na ocenę kempingów ma wpływ również pogoda, która zastała nas przy nocowaniu na danym polu namiotowym. Staraliśmy się jednak uwypuklić obiektywne cechy tych miejsc, które mogą pomóc innym polskim turystom w wyborze miejsca noclegowego na Islandii. W razie pytań zachęcamy do kontaktu!

P8022851 (©PLANETADZIKA)

Reklamy

8 porad, jak przetrwać kilkutygodniową wyprawę rowerową

Długie wyprawy rowerowe (a za takie uważam te trwające ponad tydzień) są nie tylko świetnym sposobem na aktywne spędzenie urlopu, ale również stanowią małą (lub czasem większą) szkołę przetrwania. Są oczywiście osoby, dla których perspektywa spędzenia kilkunastu dni na rowerowym siodełku i kręcenia dzień w dzień kilkudziesięciu kilometrów jest niczym kara za wszystkie grzechy świata. Czytelników identyfikujących się z tym stwierdzeniem rozczarujemy, bo to nie post dla nich. Jednak jeśli po głowie chodzi wam czasem myśl, by spakować graty i wybrać się na dłużej rowerem, ale macie także pełno obaw i znaków zapytania, zapraszamy do zapoznania się z poniższym mini poradnikiem, jak przetrwać na kilkutygodniowej wyprawie rowerowej. Może rozwieje się część waszych wątpliwości.

P7262433 (©PLANETADZIKA)

1. Solidne przygotowanie i zorganizowanie wyprawy

Wyprawa zaczyna się wiele miesięcy przed planowanym startem. Zaczyna się w twojej głowie i w twoim wygodnym fotelu. Pierwsze co musisz zrobić to z niego wstać i zacząć przygotowywać plan wyjazdu. Co to znaczy? A no to, że musisz poczytać o kraju/regionie, który chcesz odwiedzić, przygotować trasę rajdu, zaplanować kilometraż,  budżet, przewidzieć atrakcje i co niemiłego może się zdarzyć. Musisz też zadbać o sprzęt, przede wszystkim rower, ale i o siebie. Regularne treningi mile widziane, a tą zgrzewkę piwa, co czeka na ciebie w lodówce, powinieneś sprezentować przyjaciołom. Jeśli odpowiednio wcześniej wszystko dograsz, mniej rozczarowań spotka cię w trasie.

P6120241 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

2. Zrób zakupy przed wyjazdem

Brzmi trywialnie? Być może, jednak warto zaopatrzyć się w prowiant, zwłaszcza jeśli jedziemy za granicę. Nawet jeśli nie planujesz wypadu na dzikie pustkowia, lepiej część jedzenia zabrać z Polski. I nie jest to bynajmniej objaw rodzimego cebulactwa. Za granicą często jest drożej, a i nie zawsze znajdziesz wszytko, co przewidziałeś. Nie chcesz też przez dwa tygodnie jeść dzień w dzień zupki chińskie, bo tylko na to było cię stać w zagranicznym markecie.

P7040446 (©PLANETADZIKA)

3. Weź kogoś ze sobą.

Nie byle kogo. Kogoś zaufanego, z kim lubisz spędzać czas i kto cię nie zawiedzie, ani nie zamarudzi na śmierć. O zaletach podróży w parze pisaliśmy tu, więc nie będę się powtarzać.

P8032910 (©PLANETADZIKA)

4. Mierz siły na zamiary.

Niestety chcę nie zawsze znaczy mogę. Jeżeli dotąd nie jeździłeś za często i za daleko rowerem nie rzucaj się na rowerowy rajd po puszczy amazońskiej. Wybierz miejsce, któremu pod względem klimatu, przewyższeń na trasie i poziomu infrastruktury drogowej będziesz mógł sprostać. Warto skorzystać z relacji osób, które już dane miejsce odwiedziły.

5. Wyznacz kilometraż na każdy dzień.

Jeśli z góry założysz ile kilometrów będziesz robić podczas rajdu, znacznie łatwiej będzie ci tego dotrzymać. Znając swoje możliwości, limit czasowy i teren po którym będziesz się poruszać, bez trudu oszacujesz ile kilometrów przejedziesz. Najłatwiej ustalić stały kilometraż na każdy dzień wyprawy, o ile teren jest równy i warunki niezmienne. Jeśli jednego dnia czekają cię podjazdy, lepiej zmniejszyć ilość kilometrów, które nadrobisz, jak droga się wypłaszczy. 🙂

P7201703 (©PLANETADZIKA)

6. Wszystko jest w głowie.

A inaczej nazywa się to wytrwałość. Jeśli wcześniej nastawisz się na wielodniową jazdę i zaakceptujesz, że wiąże się z tym wyjście ze strefy komfortu, pokonywanie kolejnych kilometrów przyjdzie ci łatwiej. Przyjmij do wiadomości, że podjazdy i tak będą. Zawsze. Nawet jeśli twoja mega-aplikacja obliczyła liczbę maksymalnych przewyższeń na 2 metry. Będzie cię też bolało. W różnych miejscach. I nie będzie miękkiego łóżeczka. Jeśli to przełkniesz i się z tym pogodzisz, będzie okej.

P7181501 (©PLANETADZIKA)

7. Wyznaczaj sobie małe cele.

Będąc w trasie, jeśli czujesz, że motywacja spada, a siodełko wbija się coraz boleśniej w tyłek, wyznacz sobie mały cel, który osiągniesz zanim zrobisz przerwę. Na przykład: „wjadę na tę następną górkę i jak zjadę to odpocznę” lub „Jak dobiję do 40 km to zjem batonika”. Planowanie małych nagród za osiągnięcie małych celów motywują i pozwalają na sprawne prowadzenie rajdu.

8. Olej rzeczy, na które nie masz wpływu.

Zła pogoda? Brak prysznica już 4 dzień? Pole namiotowe droższe niż myślałeś? Trudno. Nic z tym nie zrobisz. Z optymizmem podchodź do otaczającej cię rzeczywistości i staraj się obrócić bieg rzeczy na swoją korzyść. Brzmi jak z lekcji jakiegoś life coacha? Może i tak, ale i bez tego wiadomo że kto nie walczy ten przegrywa. Sam pisałeś się na rowerowy rajd, więc i złą pogodę i niewygodę i nadprogramowe wydatki przewidziałeś (zgodnie z punktami 1 i 6). Pozytywne nastawienie to połowa sukcesu.

P7312705 (©PLANETADZIKA)

Jeśli tu dobrnęliście, to pewnie nasuwa się wam na myśl refleksja, że tak naprawdę przetrwanie długiego rajdu to w znacznej większości (80%) odpowiednie nastawienie a w małej części (20%) materialne czy fizyczne przygotowania. Wszystko jest w głowie!

Islandia, wyprawa dzika. Statystyki

Uff! I oto jesteśmy z powrotem! Po ponad trzech tygodniach spędzonych na rowerach, mknąc islandzką „jedynką”, smagani wiatrem, pieczeni słońcem lub dręczeni deszczem, powróciliśmy do Krakowa do szarej codzienności. Ale z jakim bagażem wspomnień i doświadczeń! Ale spokojnie. Na relację z wyprawy przyjdzie jeszcze pora, a na dobry początek (i by wam zaostrzyć apetyt na opowieść) chcemy podzielić się garścią statystyk dotyczących różnych aspektów rajdu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
No to zaczynamy:

  • Liczba przejechanych kilometrów rowerem: 1684 km
  • Liczba przejechanych kilometrów autobusem: 0 km
  • Średni kilometraż dzienny: 80 km/dzień
  • Najdłuższy dystans dzienny: 153 km/dzień
  • Najkrótszy dystans dzienny: 42 km/dzień
  • Średnia prędkość: 17km/h
  • Największa osiągnięta prędkość: 63km/h
  • Najwyższe przewyższenie: od 0 m.n.p.m do 532 m.n.p.m
  • Największe nachylenie drogi: 17%
  • Liczba przebitych dętek: 1
  • Najniższa temperatura powietrza: ok. 5 st C
  • Najwyższa temperatura powietrza: ok. 28 st C
  • Liczba dni deszczowych (deszcz powyżej 2mm, trwający dłużej niż godzinę):2
  • Liczba noclegów na kempingach: 10
  • Liczba noclegów „na dziko”: 15
  • Zapas zabranego jedzenia na starcie: 20-21 kg
  • Liczba zjedzonych konserw mięsnych: 0
  • Liczba wypitych piw: 14 (na dwie osoby)
  • Liczba kupionych butelek wody mineralnej: 1
  • Liczba straconych kg masy ciała: ok. 10 kg/osoba
  • Ilość zużytego paliwa do palnika: 1,5 l
  • Liczba mijanych owiec i baranów: niepoliczalna

Tak w największym skrócie można opisać naszą wyprawę. Dane liczbowe nie oddają jednak ducha przygody, więc obiecujemy, że szybko rozpoczniemy nowy cykl na blogu i opiszemy wam po kolei różne regiony Islandii oraz powspominamy nasze i Dzika perypetie. Będzie też trochę praktycznych porad, rzut oka na kulturę i społeczność islandzką i oczywiście bardzo dużo zdjęć z trasy! 🙂
Do przeczytania, miłośnicy Dzika

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Islandia – Przygotowania do wyprawy, cz. 4

Od miesiąca prowadzimy intensywne przygotowania do naszej wyprawy dookoła Islandii, na którą wyruszamy już za niecały tydzień.
Oprócz rowerowych treningów, o których już pisaliśmy w tym poście  oraz testowania nowego sprzętu zajmowaliśmy się szczegółowym planowaniem trasy, wyznaczaniem postojów oraz przygotowywaniem i uzupełnieniem sprzętu, a także robieniem zapasów żywności.
Trzytygodniowy rajd rowerowy to duże przedsięwzięcie logistyczne i wymaga dobrego przemyślenia różnych wariantów w bardzo różnych kwestiach: od pogody  przez plan posiłków po planowanie transportu z lotniska.
Poniżej kilka nowych ujęć z naszych przygotowań.

P7040446 (©PLANETADZIKA)P6120241 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)OI000053 (©PLANETADZIKA)P6290437 (©PLANETADZIKA)

 

10 powodów, dla których podróżujemy w parze (a nie w pojedynkę, czy w grupie)

Często, kiedy opowiadamy o naszych rowerowych wyprawach pada pytanie, dlaczego nie wybierzemy się na jakąś wyprawę większą gromadą albo czy w dwie osoby nie jest nudno, a może samemu byłoby prościej…

Wpisem tym rozwiejemy wszelkie wątpliwości, dlaczego liczba dwa jest doskonała w kwestii wycieczek i przedstawimy zalety podróżowania w parze. Wszystko to naszym subiektywnym okiem.

Zacznę od tego, że w naszym rozumieniu para to nikt inny jak my. Przez to, że jesteśmy parą nie tylko na wyprawach, nasz punkt widzenia może być trochę inny, ale sądzę, że wymienione niżej zalety dotyczą też par, które łączy nie życie a tylko rower.

  1. W parze jest raźniej, więc i nasz stan psychiczny ma się lepiej.

To największa zaleta podróży z drugą osobą. Znacznie pewniej czuje się człowiek, jak ma u boku partnera. Mniej czarnych myśli kłębi się w głowie w gorszych momentach i już sama świadomość, że jest ten ktoś pozwala ci lżej znosić kryzysy dnia codziennego na wyprawie.

P5011228 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

Powiecie, że w grupie jest tak samo. Ano nie do końca. Grupa ma nieco inną specyfikę i ogółem mniejsze są zażyłości między jej członkami. Bywają i grupy tzw. „z przypadku”, gdzie luźno związani ze sobą ludzie skrzyknęli się na wyjazd i tak naprawdę każdy z nich pilnuje własnego nosa. Raźniej jest, ale nie do końca czujesz się pewnie w takiej ekipie.

  1. Co za tym idzie, wzrasta motywacja

Nikt tak nie motywuje do szybszego pedałowania pod górkę, jak Twój przyjaciel wołający na ciebie z jej szczytu. Z poirytowania ciągłym poganianiem dostajesz większych skrzydeł niż po wypiciu podwójnego Redbulla. Sprawdza się w każdych warunkach. Polecam, Alicja. 🙂

  1. Jest znacznie bezpieczniej

Zwłaszcza w kwestii kradzieży. Najłatwiej okraść samotnego i zagubionego biedaka, który odszedł tylko kilka metrów od roweru  pstryknąć fotkę pięknemu widokowi. Dwie osoby to już dla złodzieja trudniejszy obiekt. Nie wspominając już o noclegach na dziko. Leżenie samemu w namiocie wzmaga nadmierne myślenie o niepotrzebnych rzeczach i czasem, w mniej dogodnych warunkach, wzbudza poczucie ciągłego niepokoju. Z zaufaną osobą u boku, wszystko wydaje się mniej groźne.

planeta-dzika_dsci0149-copy

  1. W parze podróżuje się szybko i sprawnie

Nie chodzi tu o żadne wyścigi, oczywiście. Bo rajdy rowerowe nie mają na celu nabijania kilometrów z wzrokiem wbitym w asfalt.  Jednak sprawne przemieszczanie się i posuwanie wyprawy naprzód jest dość istotne. W większej grupie zawsze będzie się podróżować wolniej. A jeśli trafimy na maruderów lub mających szybko napełniające się pęcherze, możemy przejechać nawet 20-30 km mniej niż w zgranym duecie.

  1. Mniej na twojej głowie

To proste. Jedziesz sam – dbasz o wszytko sam, jedziesz w większej grupie – masz wszystko w…. kieszeni, bo ktoś ogarnia życie za Ciebie, a nie o to w wyprawach chodzi. W duecie, przynajmniej naszym, istnieje podział obowiązków przed wyprawą, a w jej trakcie każdy ma swoje zadania, które możemy wykonywać równolegle, co znacznie usprawnia przebieg rajdu.

P5011263 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

  1. Jeśli coś się stanie, szanse na pomoc wzrastają o 100 procent.

Tu zaleta z kategorii sprawy poważne. Niestety wypadki chodzą po ludziach i nigdy nie wiadomo, co też może się przytrafić. Trzeźwe myślenie w wielu przypadkach pozwala uniknąć problemu, ale czasem nie mamy naprawdę wpływu na wydarzenia. Wtedy obecność drugiego człowieka może być kluczowa.

  1. Portfel mniej boli

Ta zaleta dotyczy również podróżowania w grupie: więcej uczestników, tańszy całkowity koszt wyjazdu. (chyba że wyfrajerujecie się na jakiś zorganizowany rajd all inclusive, gdzie będą wozić za was graty, wtedy cena wzrasta nie spada). Wydatki na takie sprzęty jak kuchenka, namiot, jedzenie dzielimy na pół. Nie ma porównania do kosztów podróży w pojedynkę.

planetadzika_dsci8861

  1. Ma się lepsze pomysły

Co dwie głowy, to nie jedna, jak mówią. Czasem jedno z nas wpadnie na pomysł, który drugiemu nie przemknąłby nawet przez myśl, a wart jest zastosowania. Wspólne planowanie wyprawy a potem rozwiązywanie problemów powstałych w jej trakcie jest znacznie bardziej owocne, niż samotne kombinowanie. Nie raz wspólnymi siłami uzyskiwaliśmy najlepsze rozwiązanie, które prawdopodobnie nie powstałoby, gdyby myślała nad nim jedna osoba.

  1. Jest z kim pogadać, wymienić spostrzeżenia, komentarze.

Ta zaleta nawiązuje do tych pierwszych, jednak chodzi tu przede wszystkim o aspekt socjalny. Po prostu fajnie jest czasem móc otworzyć do kogoś buzię, rzucić sucharem, skomentować złośliwie otaczającą cię rzeczywistość. Jeśli jesteś sam, wszystko zostawiasz dla siebie, w grupie zaś, zależy na kogo trafisz i jaka zażyłość łączy Cię z innymi uczestnikami. Nie wszystkie tematy mogą być akceptowalne. W duecie, taki jak nasz, nie ma tabu a ironia w uwagach do życia aż kipi.

P4020263 (©PLANETADZIKA)

  1. To najlepszy test, by poznać swojego partnera

I wreszcie ostatni, aczkolwiek nie mniej ważny argument. Podróże w duecie weryfikują wszytko. Nie dotyczy to tylko podróży w parach, które tworzą związek mniej lub bardziej formalny. Weryfikacji podlega również przyjaźń, czy ładnie mówiąc braterstwo. W życiu miejskim możesz nosić tysiące masek, na wyprawie, chcąc nie chcąc pokażesz swoją prawdziwą gębę, nawet jeśli to morda Bazyliszka. Ukryta kamera ci więcej nie powie.

Z tych oto powodów najchętniej podróżujemy we własnym towarzystwie. nie oznacza to, że nie lubimy wyjazdów grupowych, czy też nigdy nie zapuściliśmy się nigdzie w pojedynkę. Jednak po spróbowaniu różnych opcji, zgodnie twierdzimy, że nie ma to jak dograny duet. A wy jak lubicie podróżować? Co za tym przemawia?

Dziki Kraków, cz. 15., Krakowskie rubieże

Tym razem nie prezentujemy żadnego obiektu na urbexowej mapie Krakowa. Dziś przewrotnie chcemy pokazać, że bez wyszukiwania specjalnych miejsc do eksploracji też można odnaleźć w Krakowie odrobinę dzikości. Wystarczy wsiąść na rower i odwiedzić odleglejsze dzielnice miasta.

P4020233 (©PLANETADZIKA)
Dla nas, osób mieszkających w południowo zachodnich terenach Krakowa wycieczka na nową Hutę wydaje się być wyprawą do innego miasta (pewnie mieszkańcy tej dzielnicy mówią to samo wybierając się na nasz, przydomowy wręcz, Zakrzówek). Huta jest daleko, jednak Kraków nie kończy się na Placu Centralnym, bynajmniej! Jego granice sięgają za Kombinat, co powoduje, że chcąc wybrać się na wschodnią granicę miasta, kiedy mieszka się przy Ruczaju, trzeba przygotować prawie całodzienną wycieczkę. Postanowiliśmy zobaczyć, jak daleko na wschód rozciągnęło się nasze miasto i dwa tygodnie temu przejechaliśmy się na krakowskie rubieże.

P4020296 (©PLANETADZIKA)

Nasza wycieczka liczyła sobie 60 km i bogata była w iście niekrakowskie (przynajmniej w odniesieniu do ogólno przyjętych standardów) krajobrazy. Dojazd do Huty, wygodny ze względu na nieprzerwaną ścieżkę rowerową nie był dla nas nowością. Ale gdy zdecydowaliśmy się zrobić pętelkę wokół Kombinatu, zaczęło robić się ciekawie i…. całkiem dziko.

P4020252 (©PLANETADZIKA)

Tereny w okół budynków huty są, trudno się dziwić, wyludniałe a ich charakter daleki jest od miejskiego. To jakby zderzenie bardzo industrialnego krajobrazu z obrazem wiejskich pól uprawnych. Z jednej strony patrzysz na gigantyczny obszar przemysłowy podczas gdy z drugiej rozciągają się pola a na ich miedzach szeleszczą wierzby. Łatwo zapomnieć, że ciągle jest się w Krakowie.

P4020253 (©PLANETADZIKA)

Najciekawszą atrakcją naszej wycieczki był przejazd tunelem pod torami kolejowymi w Ruszczy. To chyba jeden z dłuższych tuneli w mieście i, co ciekawe, składa się z dwóch części. Przejazd rowerem przez taki tunel to niezła frajda.

P4020270 (2) (©PLANETADZIKA)

P4020264 (©PLANETADZIKA)
Ciasteczka owsiane to świetny pomysł na posiłek w trasie.

W drodze powrotnej, zanim znów wjechaliśmy w miejskie tereny Nowej Huty, przejechaliśmy przez dawne wioski, dziś wchodzące w skład Krakowa, na których czas płynie wolniej i pewne rzeczy nie uległy zmianie. Po raz kolejny musieliśmy sobie powtarzać, że ciągle jesteśmy w Krakowie.

P4020291 (©PLANETADZIKA)

Tak dumając nad dzikimi rubieżami Krakowa dojechaliśmy do Placu Centralnego gdzie wypiliśmy zwycięską puszkę Coca-Coli i znaną ścieżką rowerową podążyliśmy do domu.

 

Dziki Kraków cz. 14., Kawerna Wielkanoc

Jako że za chwilę Wielkanoc i nastrój zrobił się bardzo świąteczny, my tez postanowiliśmy nawiązać do tych świąt w dzisiejszym poście. Będzie bowiem o kawernie, która nosi nazwę nie inną niż Wielkanoc. I bynajmniej nie jest to nazwa wymyślona przez nas. Dlaczego akurat „Wielkanoc”? Na to pytanie nie znamy odpowiedzi, ale nie przypadkowo postanowiliśmy opublikować relację z wizyty tam akurat dzień przed świętami. Klimat musi być 🙂

Dzisiejszy post jest jakoby kontynuacją przedostatniej relacji z eksploracji, którą odbyliśmy w towarzystwie Karoliny i Bartka. Jak i poprzednio, tak i w tym poście znajdziecie zdjęcia autorstwa Karoliny. Po więcej zapraszam na jej bloga.

P3250093 (©PLANETADZIKA)

Podczas wspomnianej wycieczki, oprócz fortu Winnica, o którym możecie przeczytać tutaj, zwiedziliśmy jeszcze dwie okoliczne kawerny, nieco podobne do tych odwiedzonych przez nas z początkiem marca (o których też już pisaliśmy).

Kawerny kręcą nas bardzo, co pewnie stali czytelnicy byli w stanie zauważyć. Jednak te odwiedzone tym razem miały w sobie coś niesamowitego.

DSC_3606 (©PLANETADZIKA)

Pierwsza znajdowała się w 5 minut drogi rowerem od Winnicy. Gdyby nie namiary GPS z pewnością byśmy ją minęli, nawet się nie obracając.Ulokowana była dokładnie pod kapliczką w niewielkim pagórku. Główne wejście było zamknięte na kłódkę, ale szczęśliwie znaleźliśmy inne, które stało otworem, z jednym dość sporym utrudnieniem, Aby dostać się do środka musieliśmy ześlizgnąć się po stromej ścianie, uważając przy tym by nie zahaczyć o wystające korzenie drzewa.
P3250067 (©PLANETADZIKA)
Trochę się nagimnastykowaliśmy, ale w końcu wszyscy zeszliśmy do środka. Kawerna składała się z jednej ogromnej sali, a w jej drugim końcu znaleźliśmy główne zamknięte drzwi. Prawa część korytarza została zasypana gruzem.
Rozejrzeliśmy się po pomieszczeniu, uwieczniliśmy je na fotografiach i podjęliśmy kolejną niełatwą próbę wydostania się tym razem na zewnątrz. Kiedy wszyscy już bezpiecznie wróciliśmy na górę, zachęceni klimatem dopiero co odwiedzonej kawerny, ruszyliśmy kolejnej, tytułowej Wielkanocy.
P3250070 (©PLANETADZIKA)
Znalezienie obiektu nie należało do najłatwiejszych zadań. Chwilę musieliśmy pokręcić się po zalesionym wzgórzu do którego doprowadził nas GPS zanim odkryliśmy jedno z wejść do kawerny. Tym razem wystarczyło się tylko schylić i już byliśmy w środku. Przywitał nas długi korytarz, na którego ścianach spały ćmy. Kawerna okazała się ogromna, większa niż mogliśmy przypuszczać.
P3250098 (©PLANETADZIKA)
Szybko odkryliśmy że przez obiekt biegnie więcej niż jeden korytarz, a ścieżki wiją się raz w prawo raz w lewo, krzyżują się ze sobą – krótko mówiąc tworzą labirynt, w którym łatwo się zgubić. Błądząc po korytarzach odkryliśmy jeszcze inne 3 wejścia do kazamatów, które jednak były słabo dostępne z zewnątrz. Natknęliśmy się również na nietoperza (który nota bene, był już prezentowany w ostatnim poście) i czmychnęliśmy przed pająkiem. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz poczuliśmy się, jakbyśmy wrócili z nieco innego świata. Ogarnęło nas ciepło a oczy dłuższą chwilę przyzwyczajały się do dziennego światła.

P3250096 (©PLANETADZIKA)

Wizyta w Wielkanocy zrobiła na nas duże wrażenie. Były to największe (i najbardziej kręte) kazamaty, które zwiedziliśmy do tej pory. Być może towarzystwo Karoliny i Bartka dodało nam pozytywnej energii, ale wspomnienia z tej eksploracji należą do naszych ulubionych.

Wesołych świąt, drodzy Czytelnicy! Odpocznijcie i spędzicie te święta w sposób bliski waszemu sercu! 🙂

Dziki Kraków cz.12, Fort 53 a

Twierdza Kraków to temat rzeka, który ciągle jeszcze nie został dostatecznie wyłożony. Dla nas, laików ale i fascynatów tego dziewiętnastowiecznego tworu, Twierdza Kraków to idealne obiekty do zwiedzania i zarazem dobry materiał na posty. Ostatnimi czasy odwiedziliśmy kolejny fort należący do Twierdzy i chcemy podzielić się z wami wrażeniami z wycieczki.
DSC_3600 (©PLANETADZIKA)
Być może ktoś z Czytelników zauważył, że ostatnio kręcimy się po południowo-zachodnich zakamarkach Krakowa. Tym razem będzie podobnie, a prezentowanym obiektem jest fort pomocniczy 53 a Winnica.
Ta eksploracja była jednak nieco inna niż poprzednie. Zwykle zwiedzamy tylko w dwójkę (czasem pakując do plecaka Dzika), niczym nieodłączni Flip i Flap 😉 Jednak tym razem mieliśmy przyjemność zwiedzić fort razem z naszymi znajomymi, również sympatykami urbexu, Karoliną I Bartkiem.
Napomknę, że Karolina jest fotografką i prowadzi, jak my, swoją internetową stronę. Dzięki jej uprzejmości, w fotorelacji z wycieczki wykorzystaliśmy kilka zdjęć jej autorstwa.
DSC_3554 (©PLANETADZIKA)

Na fort, jak to u nas bywa, dotarliśmy na rowerach. Pozostawiwszy je w bezpiecznym miejscu bez trudu przeszliśmy przez bramę wjazdową, na której wisiała standardowe dla fortu ostrzeżenie „Wstęp wzbroniony”. Niewzruszeni komunikatem, minęliśmy dawno porzucony i doszczętnie ogołocony samochód wojskowy.

P3250005 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

Po chwili byliśmy już przy forcie, który na samym wstępie zrobił na nas duże wrażenie. Tym, co od razu przykuło uwagę i co bardzo rzadko zachowało się w fortach, była fosa i przerzucona przez nią kładka, umożliwiająca dojście do budynków fortu.

DSC_3573 (©PLANETADZIKA)
Fort, jako że pełnił funkcję pomocniczą, był stosunkowo niewielki. Wszelkie możliwe otwory, potencjalnie umożliwiające wejście do jego środka były skrupulatnie połatane, nie mówiąc o żelaznych drzwiach zamkniętych na cztery spusty. Tak więc szansy na zwiedzenie obiektu od środka nie mieliśmy i musieliśmy zadowolić się obejściem budynku z zewnątrz. Weszliśmy też na dach i odkryliśmy kopuły strzelnicze, unikatowe w obiektach Twierdzy Kraków.
P3250028 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Na koniec męska część naszego zespołu zdecydowała się zejść w głąb fosy, co nie było proste i wymagało zejścia się po stromym zboczu. Na dole niestety też nie znaleźli przejścia do wewnętrznych budynków, mogli natomiast spojrzeć na fortyfikacje z innej, niższej perspektywy.
P3250048 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Fort Winnica w naszej opinii to jeden z najciekawszych obiektów Twierdzy Kraków. Wzrok przykuwa nie tylko ogromna fosa, świetnie zachowana, ale i kompleks budynków, którego ząb  czasu, ani ludzkie chamstwo nie skrzywdziły.
Choć dla eksploratorów to przykre, kiedy nie można zwiedzić obiektu od wewnątrz, jednak w gruncie rzeczy, dobrze że o fort ktoś dba i nie pozwala, by wpadł w ręce niepowołanych osób.
P3250006 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

Dziki Kraków cz. 10., Wojskowe kazamaty

Po bardzo gorących dla nas (choć chłodnych za oknem) kilku dniach, związanych ze slajdowiskiem w Bonobo i wizytą w Off Radio Kraków wracamy do was z bardzo świeżą relacją z kolejnego nieznanego zakątka Krakowa.

Nie bez powodu określam ten wpis jako „bardzo świeży”, gdyż dzisiejszą miejscówkę odkryliśmy raptem dwa tygodnie temu, a z wrażeń z jej zwiedzania nawet dzisiaj do końca jeszcze nie ochłonęliśmy.

DSCI3018 (©PLANETADZIKA)
Korzystając z ciepłego i słonecznego weekendu wybraliśmy się na eksplorację naszego nowego terenu zamieszkania. Z początkiem marca zdarzyło nam się przeprowadzić, więc stwierdziliśmy, że najwyższy czas poznać bliżej nowe okolice.
Nasza wycieczka okazała się owocna nie tylko w zapoznanie się z topografią dzielnicy, ale również i przede wszystkim, odkryliśmy kapitalne opuszczone obiekty Twierdzy Kraków.
DSCI2958 (©PLANETADZIKA)
Tym razem nie był to fort, a wykute w skale kazamaty służące jako magazyny amunicyjne obecnie bardziej przypominające jaskinie, z wąskimi korytarzami i obszernymi komnatami. (Czym były tajemnicze pomieszczenia wyryte w wapiennej skale dowiedzieliśmy się już po powrocie dzięki konsultacji z naszym wujkiem Googlosławem)
Na trasie napotkaliśmy cztery tego typu magazyny. Trzy z nich składały się tylko z jednego pomieszczenia i prowadzącego doń krótkiego korytarza. Natomiast jeden obiekt był większy i krył w sobie aż trzy sale i znacznie dłuższej sieci korytarzy.
DSCI2996 (©PLANETADZIKA)
Uroku obiektom dodawał kompletny brak oświetlenia, piwniczny chłód i lekko zwietrzały zapach. Bez latarki wejście do korytarzy byłoby niemożliwe, egipskie ciemności panujące wewnątrz uniemożliwiają zwiedzanie nieprzygotowanym na to przypadkowym turystom.
My na szczęście ubezpieczyliśmy się w latarki i chociaż nasz aparat nie przepada za pracą w ciemnościach udało nam się pstryknąć kilka zdjęć, które uwydatniają tajemniczy klimat skalnych magazynów.
DSCI2975 (©PLANETADZIKA)
Niestety, ku naszemu oburzeniu w jednym z pomieszczeń, co ciekawe znaczenie oddalonym od wyjścia odkryliśmy mało chwalebny akt dokonany przez człowieka (z pewnością nierozumnego). W ostatniej komnacie prawie potknęliśmy się o wielkie wory wyładowane śmieciami. Komentarz tutaj jest zbędny, aczkolwiek po raz kolejny otrzymaliśmy dowód na to, że głupota ludzka granic nie zna i chyba nigdy nie pozna.
DSCI3008 (©PLANETADZIKA)

Aby nie kończyć tak gorzką myślą dodam, że podczas owej weekendowej wycieczki znaleźliśmy jeszcze kilka innych równie fascynujących obiektów, o których opowiemy w najbliższych odcinkach.
Do przeczytania!

DSCI2962 (©PLANETADZIKA)

Dziki Kraków cz. 9. Kamieniołom Liban

Tym razem w naszym nieformalnym przewodniku po nieznanym Krakowie prezentujemy charakterystyczne miejsce na mapie miasta, o którym pewnie wiele osób słyszało, ale znacznie mniej odwiedziło.
planeta-dzika_dsci1012-copy
Kamieniołom Liban to w pierwszej kolejności miejsce historyczne: w czasie drugiej wojny światowej Hitlerowcy zbudowali na tym terenie obóz pracy, w którym trzymano kilkuset więźniów. Na początku lat 90 kręcono tam słynny film „Lista Schindlera”, a ściślej mówiąc sceny mające przedstawić sąsiadujący z Libanem obóz zagłady Płaszów. Wielu mieszkańcom przypomniało to o istnieniu kamieniołomu. Filmowcy pozostawili po sobie scenografię, która po latach nadała Libanowi urbexowego klimatu i obecnie stanowi atrakcję dla miłośników opuszczonych miejsc oraz ważny punkt na mapie nieznanego Krakowa.

planeta-dzika_dsci1029-copy

Wejście na teren kamieniołomu nie stanowi problemu, choć trzeba poszukać właściwej drogi. Apetyt na zwiedzanie zaostrza znajdujące się tuż u stop Libanu składowisko porzuconych samochodów.

planeta-dzika_dsci1004-copy

Sam kamieniołom, dzięki pozostawionym tam dekoracjom z Listy Schindlera robi nie małe wrażenie. Kilkunastometrowe metalowe konstrukcje imitujące zabudowę obozu pracy  nadają miejscu industrialnego akcentu. Zachowały się również fragmenty płotu  które przedstawiały ogrodzenie obozu. Na konstrukcje można się wdrapać, jednak trzeba bardzo uważać, bo część elementów poodpadała, część pordzewiała więc o skaleczenie nie trudno.

planeta-dzika_dsci1016-copy
W pobliżu dekoracji filmowych można odnaleźć ścieżkę wyłożoną macewami (żydowskimi płytami nagrobnymi). Szczerze przyznam, że nie wiem, czy to autentyczne nagrobki, czy tylko kolejne elementy dekoracji filmowej. Internet optuje za tą drugą opcją, jednak kto dziś ufa wirtualnym źródłom?…

planeta-dzika_dsci1021-copy

Wycieczka do Libanu to bardzo ciekawe doświadczenie, które pozwala zrozumieć z jak wielkim rozmachem wykonano Listę Schindlera. Miejsce jest godne polecenia dla osób chcących poznać uroki nieznanego Krakowa, lubiących wspinaczkę (i wysokości) oraz dobrze czujących się w nieco trudniejszym terenie.

planeta-dzika_dsci1017-copy