Islandia – Przygotowania do wyprawy, cz. 4

Od miesiąca prowadzimy intensywne przygotowania do naszej wyprawy dookoła Islandii, na którą wyruszamy już za niecały tydzień.
Oprócz rowerowych treningów, o których już pisaliśmy w tym poście  oraz testowania nowego sprzętu zajmowaliśmy się szczegółowym planowaniem trasy, wyznaczaniem postojów oraz przygotowywaniem i uzupełnieniem sprzętu, a także robieniem zapasów żywności.
Trzytygodniowy rajd rowerowy to duże przedsięwzięcie logistyczne i wymaga dobrego przemyślenia różnych wariantów w bardzo różnych kwestiach: od pogody  przez plan posiłków po planowanie transportu z lotniska.
Poniżej kilka nowych ujęć z naszych przygotowań.

P7040446 (©PLANETADZIKA)P6120241 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)OI000053 (©PLANETADZIKA)P6290437 (©PLANETADZIKA)

 

10 powodów, dla których podróżujemy w parze (a nie w pojedynkę, czy w grupie)

Często, kiedy opowiadamy o naszych rowerowych wyprawach pada pytanie, dlaczego nie wybierzemy się na jakąś wyprawę większą gromadą albo czy w dwie osoby nie jest nudno, a może samemu byłoby prościej…

Wpisem tym rozwiejemy wszelkie wątpliwości, dlaczego liczba dwa jest doskonała w kwestii wycieczek i przedstawimy zalety podróżowania w parze. Wszystko to naszym subiektywnym okiem.

Zacznę od tego, że w naszym rozumieniu para to nikt inny jak my. Przez to, że jesteśmy parą nie tylko na wyprawach, nasz punkt widzenia może być trochę inny, ale sądzę, że wymienione niżej zalety dotyczą też par, które łączy nie życie a tylko rower.

  1. W parze jest raźniej, więc i nasz stan psychiczny ma się lepiej.

To największa zaleta podróży z drugą osobą. Znacznie pewniej czuje się człowiek, jak ma u boku partnera. Mniej czarnych myśli kłębi się w głowie w gorszych momentach i już sama świadomość, że jest ten ktoś pozwala ci lżej znosić kryzysy dnia codziennego na wyprawie.

P5011228 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

Powiecie, że w grupie jest tak samo. Ano nie do końca. Grupa ma nieco inną specyfikę i ogółem mniejsze są zażyłości między jej członkami. Bywają i grupy tzw. „z przypadku”, gdzie luźno związani ze sobą ludzie skrzyknęli się na wyjazd i tak naprawdę każdy z nich pilnuje własnego nosa. Raźniej jest, ale nie do końca czujesz się pewnie w takiej ekipie.

  1. Co za tym idzie, wzrasta motywacja

Nikt tak nie motywuje do szybszego pedałowania pod górkę, jak Twój przyjaciel wołający na ciebie z jej szczytu. Z poirytowania ciągłym poganianiem dostajesz większych skrzydeł niż po wypiciu podwójnego Redbulla. Sprawdza się w każdych warunkach. Polecam, Alicja. 🙂

  1. Jest znacznie bezpieczniej

Zwłaszcza w kwestii kradzieży. Najłatwiej okraść samotnego i zagubionego biedaka, który odszedł tylko kilka metrów od roweru  pstryknąć fotkę pięknemu widokowi. Dwie osoby to już dla złodzieja trudniejszy obiekt. Nie wspominając już o noclegach na dziko. Leżenie samemu w namiocie wzmaga nadmierne myślenie o niepotrzebnych rzeczach i czasem, w mniej dogodnych warunkach, wzbudza poczucie ciągłego niepokoju. Z zaufaną osobą u boku, wszystko wydaje się mniej groźne.

planeta-dzika_dsci0149-copy

  1. W parze podróżuje się szybko i sprawnie

Nie chodzi tu o żadne wyścigi, oczywiście. Bo rajdy rowerowe nie mają na celu nabijania kilometrów z wzrokiem wbitym w asfalt.  Jednak sprawne przemieszczanie się i posuwanie wyprawy naprzód jest dość istotne. W większej grupie zawsze będzie się podróżować wolniej. A jeśli trafimy na maruderów lub mających szybko napełniające się pęcherze, możemy przejechać nawet 20-30 km mniej niż w zgranym duecie.

  1. Mniej na twojej głowie

To proste. Jedziesz sam – dbasz o wszytko sam, jedziesz w większej grupie – masz wszystko w…. kieszeni, bo ktoś ogarnia życie za Ciebie, a nie o to w wyprawach chodzi. W duecie, przynajmniej naszym, istnieje podział obowiązków przed wyprawą, a w jej trakcie każdy ma swoje zadania, które możemy wykonywać równolegle, co znacznie usprawnia przebieg rajdu.

P5011263 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

  1. Jeśli coś się stanie, szanse na pomoc wzrastają o 100 procent.

Tu zaleta z kategorii sprawy poważne. Niestety wypadki chodzą po ludziach i nigdy nie wiadomo, co też może się przytrafić. Trzeźwe myślenie w wielu przypadkach pozwala uniknąć problemu, ale czasem nie mamy naprawdę wpływu na wydarzenia. Wtedy obecność drugiego człowieka może być kluczowa.

  1. Portfel mniej boli

Ta zaleta dotyczy również podróżowania w grupie: więcej uczestników, tańszy całkowity koszt wyjazdu. (chyba że wyfrajerujecie się na jakiś zorganizowany rajd all inclusive, gdzie będą wozić za was graty, wtedy cena wzrasta nie spada). Wydatki na takie sprzęty jak kuchenka, namiot, jedzenie dzielimy na pół. Nie ma porównania do kosztów podróży w pojedynkę.

planetadzika_dsci8861

  1. Ma się lepsze pomysły

Co dwie głowy, to nie jedna, jak mówią. Czasem jedno z nas wpadnie na pomysł, który drugiemu nie przemknąłby nawet przez myśl, a wart jest zastosowania. Wspólne planowanie wyprawy a potem rozwiązywanie problemów powstałych w jej trakcie jest znacznie bardziej owocne, niż samotne kombinowanie. Nie raz wspólnymi siłami uzyskiwaliśmy najlepsze rozwiązanie, które prawdopodobnie nie powstałoby, gdyby myślała nad nim jedna osoba.

  1. Jest z kim pogadać, wymienić spostrzeżenia, komentarze.

Ta zaleta nawiązuje do tych pierwszych, jednak chodzi tu przede wszystkim o aspekt socjalny. Po prostu fajnie jest czasem móc otworzyć do kogoś buzię, rzucić sucharem, skomentować złośliwie otaczającą cię rzeczywistość. Jeśli jesteś sam, wszystko zostawiasz dla siebie, w grupie zaś, zależy na kogo trafisz i jaka zażyłość łączy Cię z innymi uczestnikami. Nie wszystkie tematy mogą być akceptowalne. W duecie, taki jak nasz, nie ma tabu a ironia w uwagach do życia aż kipi.

P4020263 (©PLANETADZIKA)

  1. To najlepszy test, by poznać swojego partnera

I wreszcie ostatni, aczkolwiek nie mniej ważny argument. Podróże w duecie weryfikują wszytko. Nie dotyczy to tylko podróży w parach, które tworzą związek mniej lub bardziej formalny. Weryfikacji podlega również przyjaźń, czy ładnie mówiąc braterstwo. W życiu miejskim możesz nosić tysiące masek, na wyprawie, chcąc nie chcąc pokażesz swoją prawdziwą gębę, nawet jeśli to morda Bazyliszka. Ukryta kamera ci więcej nie powie.

Z tych oto powodów najchętniej podróżujemy we własnym towarzystwie. nie oznacza to, że nie lubimy wyjazdów grupowych, czy też nigdy nie zapuściliśmy się nigdzie w pojedynkę. Jednak po spróbowaniu różnych opcji, zgodnie twierdzimy, że nie ma to jak dograny duet. A wy jak lubicie podróżować? Co za tym przemawia?

Dziki Kraków, cz. 15., Krakowskie rubieże

Tym razem nie prezentujemy żadnego obiektu na urbexowej mapie Krakowa. Dziś przewrotnie chcemy pokazać, że bez wyszukiwania specjalnych miejsc do eksploracji też można odnaleźć w Krakowie odrobinę dzikości. Wystarczy wsiąść na rower i odwiedzić odleglejsze dzielnice miasta.

P4020233 (©PLANETADZIKA)
Dla nas, osób mieszkających w południowo zachodnich terenach Krakowa wycieczka na nową Hutę wydaje się być wyprawą do innego miasta (pewnie mieszkańcy tej dzielnicy mówią to samo wybierając się na nasz, przydomowy wręcz, Zakrzówek). Huta jest daleko, jednak Kraków nie kończy się na Placu Centralnym, bynajmniej! Jego granice sięgają za Kombinat, co powoduje, że chcąc wybrać się na wschodnią granicę miasta, kiedy mieszka się przy Ruczaju, trzeba przygotować prawie całodzienną wycieczkę. Postanowiliśmy zobaczyć, jak daleko na wschód rozciągnęło się nasze miasto i dwa tygodnie temu przejechaliśmy się na krakowskie rubieże.

P4020296 (©PLANETADZIKA)

Nasza wycieczka liczyła sobie 60 km i bogata była w iście niekrakowskie (przynajmniej w odniesieniu do ogólno przyjętych standardów) krajobrazy. Dojazd do Huty, wygodny ze względu na nieprzerwaną ścieżkę rowerową nie był dla nas nowością. Ale gdy zdecydowaliśmy się zrobić pętelkę wokół Kombinatu, zaczęło robić się ciekawie i…. całkiem dziko.

P4020252 (©PLANETADZIKA)

Tereny w okół budynków huty są, trudno się dziwić, wyludniałe a ich charakter daleki jest od miejskiego. To jakby zderzenie bardzo industrialnego krajobrazu z obrazem wiejskich pól uprawnych. Z jednej strony patrzysz na gigantyczny obszar przemysłowy podczas gdy z drugiej rozciągają się pola a na ich miedzach szeleszczą wierzby. Łatwo zapomnieć, że ciągle jest się w Krakowie.

P4020253 (©PLANETADZIKA)

Najciekawszą atrakcją naszej wycieczki był przejazd tunelem pod torami kolejowymi w Ruszczy. To chyba jeden z dłuższych tuneli w mieście i, co ciekawe, składa się z dwóch części. Przejazd rowerem przez taki tunel to niezła frajda.

P4020270 (2) (©PLANETADZIKA)

P4020264 (©PLANETADZIKA)
Ciasteczka owsiane to świetny pomysł na posiłek w trasie.

W drodze powrotnej, zanim znów wjechaliśmy w miejskie tereny Nowej Huty, przejechaliśmy przez dawne wioski, dziś wchodzące w skład Krakowa, na których czas płynie wolniej i pewne rzeczy nie uległy zmianie. Po raz kolejny musieliśmy sobie powtarzać, że ciągle jesteśmy w Krakowie.

P4020291 (©PLANETADZIKA)

Tak dumając nad dzikimi rubieżami Krakowa dojechaliśmy do Placu Centralnego gdzie wypiliśmy zwycięską puszkę Coca-Coli i znaną ścieżką rowerową podążyliśmy do domu.

 

Dziki Kraków cz. 14., Kawerna Wielkanoc

Jako że za chwilę Wielkanoc i nastrój zrobił się bardzo świąteczny, my tez postanowiliśmy nawiązać do tych świąt w dzisiejszym poście. Będzie bowiem o kawernie, która nosi nazwę nie inną niż Wielkanoc. I bynajmniej nie jest to nazwa wymyślona przez nas. Dlaczego akurat „Wielkanoc”? Na to pytanie nie znamy odpowiedzi, ale nie przypadkowo postanowiliśmy opublikować relację z wizyty tam akurat dzień przed świętami. Klimat musi być 🙂

Dzisiejszy post jest jakoby kontynuacją przedostatniej relacji z eksploracji, którą odbyliśmy w towarzystwie Karoliny i Bartka. Jak i poprzednio, tak i w tym poście znajdziecie zdjęcia autorstwa Karoliny. Po więcej zapraszam na jej bloga.

P3250093 (©PLANETADZIKA)

Podczas wspomnianej wycieczki, oprócz fortu Winnica, o którym możecie przeczytać tutaj, zwiedziliśmy jeszcze dwie okoliczne kawerny, nieco podobne do tych odwiedzonych przez nas z początkiem marca (o których też już pisaliśmy).

Kawerny kręcą nas bardzo, co pewnie stali czytelnicy byli w stanie zauważyć. Jednak te odwiedzone tym razem miały w sobie coś niesamowitego.

DSC_3606 (©PLANETADZIKA)

Pierwsza znajdowała się w 5 minut drogi rowerem od Winnicy. Gdyby nie namiary GPS z pewnością byśmy ją minęli, nawet się nie obracając.Ulokowana była dokładnie pod kapliczką w niewielkim pagórku. Główne wejście było zamknięte na kłódkę, ale szczęśliwie znaleźliśmy inne, które stało otworem, z jednym dość sporym utrudnieniem, Aby dostać się do środka musieliśmy ześlizgnąć się po stromej ścianie, uważając przy tym by nie zahaczyć o wystające korzenie drzewa.
P3250067 (©PLANETADZIKA)
Trochę się nagimnastykowaliśmy, ale w końcu wszyscy zeszliśmy do środka. Kawerna składała się z jednej ogromnej sali, a w jej drugim końcu znaleźliśmy główne zamknięte drzwi. Prawa część korytarza została zasypana gruzem.
Rozejrzeliśmy się po pomieszczeniu, uwieczniliśmy je na fotografiach i podjęliśmy kolejną niełatwą próbę wydostania się tym razem na zewnątrz. Kiedy wszyscy już bezpiecznie wróciliśmy na górę, zachęceni klimatem dopiero co odwiedzonej kawerny, ruszyliśmy kolejnej, tytułowej Wielkanocy.
P3250070 (©PLANETADZIKA)
Znalezienie obiektu nie należało do najłatwiejszych zadań. Chwilę musieliśmy pokręcić się po zalesionym wzgórzu do którego doprowadził nas GPS zanim odkryliśmy jedno z wejść do kawerny. Tym razem wystarczyło się tylko schylić i już byliśmy w środku. Przywitał nas długi korytarz, na którego ścianach spały ćmy. Kawerna okazała się ogromna, większa niż mogliśmy przypuszczać.
P3250098 (©PLANETADZIKA)
Szybko odkryliśmy że przez obiekt biegnie więcej niż jeden korytarz, a ścieżki wiją się raz w prawo raz w lewo, krzyżują się ze sobą – krótko mówiąc tworzą labirynt, w którym łatwo się zgubić. Błądząc po korytarzach odkryliśmy jeszcze inne 3 wejścia do kazamatów, które jednak były słabo dostępne z zewnątrz. Natknęliśmy się również na nietoperza (który nota bene, był już prezentowany w ostatnim poście) i czmychnęliśmy przed pająkiem. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz poczuliśmy się, jakbyśmy wrócili z nieco innego świata. Ogarnęło nas ciepło a oczy dłuższą chwilę przyzwyczajały się do dziennego światła.

P3250096 (©PLANETADZIKA)

Wizyta w Wielkanocy zrobiła na nas duże wrażenie. Były to największe (i najbardziej kręte) kazamaty, które zwiedziliśmy do tej pory. Być może towarzystwo Karoliny i Bartka dodało nam pozytywnej energii, ale wspomnienia z tej eksploracji należą do naszych ulubionych.

Wesołych świąt, drodzy Czytelnicy! Odpocznijcie i spędzicie te święta w sposób bliski waszemu sercu! 🙂

Dziki Kraków cz.12, Fort 53 a

Twierdza Kraków to temat rzeka, który ciągle jeszcze nie został dostatecznie wyłożony. Dla nas, laików ale i fascynatów tego dziewiętnastowiecznego tworu, Twierdza Kraków to idealne obiekty do zwiedzania i zarazem dobry materiał na posty. Ostatnimi czasy odwiedziliśmy kolejny fort należący do Twierdzy i chcemy podzielić się z wami wrażeniami z wycieczki.
DSC_3600 (©PLANETADZIKA)
Być może ktoś z Czytelników zauważył, że ostatnio kręcimy się po południowo-zachodnich zakamarkach Krakowa. Tym razem będzie podobnie, a prezentowanym obiektem jest fort pomocniczy 53 a Winnica.
Ta eksploracja była jednak nieco inna niż poprzednie. Zwykle zwiedzamy tylko w dwójkę (czasem pakując do plecaka Dzika), niczym nieodłączni Flip i Flap 😉 Jednak tym razem mieliśmy przyjemność zwiedzić fort razem z naszymi znajomymi, również sympatykami urbexu, Karoliną I Bartkiem.
Napomknę, że Karolina jest fotografką i prowadzi, jak my, swoją internetową stronę. Dzięki jej uprzejmości, w fotorelacji z wycieczki wykorzystaliśmy kilka zdjęć jej autorstwa.
DSC_3554 (©PLANETADZIKA)

Na fort, jak to u nas bywa, dotarliśmy na rowerach. Pozostawiwszy je w bezpiecznym miejscu bez trudu przeszliśmy przez bramę wjazdową, na której wisiała standardowe dla fortu ostrzeżenie „Wstęp wzbroniony”. Niewzruszeni komunikatem, minęliśmy dawno porzucony i doszczętnie ogołocony samochód wojskowy.

P3250005 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

Po chwili byliśmy już przy forcie, który na samym wstępie zrobił na nas duże wrażenie. Tym, co od razu przykuło uwagę i co bardzo rzadko zachowało się w fortach, była fosa i przerzucona przez nią kładka, umożliwiająca dojście do budynków fortu.

DSC_3573 (©PLANETADZIKA)
Fort, jako że pełnił funkcję pomocniczą, był stosunkowo niewielki. Wszelkie możliwe otwory, potencjalnie umożliwiające wejście do jego środka były skrupulatnie połatane, nie mówiąc o żelaznych drzwiach zamkniętych na cztery spusty. Tak więc szansy na zwiedzenie obiektu od środka nie mieliśmy i musieliśmy zadowolić się obejściem budynku z zewnątrz. Weszliśmy też na dach i odkryliśmy kopuły strzelnicze, unikatowe w obiektach Twierdzy Kraków.
P3250028 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Na koniec męska część naszego zespołu zdecydowała się zejść w głąb fosy, co nie było proste i wymagało zejścia się po stromym zboczu. Na dole niestety też nie znaleźli przejścia do wewnętrznych budynków, mogli natomiast spojrzeć na fortyfikacje z innej, niższej perspektywy.
P3250048 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Fort Winnica w naszej opinii to jeden z najciekawszych obiektów Twierdzy Kraków. Wzrok przykuwa nie tylko ogromna fosa, świetnie zachowana, ale i kompleks budynków, którego ząb  czasu, ani ludzkie chamstwo nie skrzywdziły.
Choć dla eksploratorów to przykre, kiedy nie można zwiedzić obiektu od wewnątrz, jednak w gruncie rzeczy, dobrze że o fort ktoś dba i nie pozwala, by wpadł w ręce niepowołanych osób.
P3250006 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

Dziki Kraków cz. 10., Wojskowe kazamaty

Po bardzo gorących dla nas (choć chłodnych za oknem) kilku dniach, związanych ze slajdowiskiem w Bonobo i wizytą w Off Radio Kraków wracamy do was z bardzo świeżą relacją z kolejnego nieznanego zakątka Krakowa.

Nie bez powodu określam ten wpis jako „bardzo świeży”, gdyż dzisiejszą miejscówkę odkryliśmy raptem dwa tygodnie temu, a z wrażeń z jej zwiedzania nawet dzisiaj do końca jeszcze nie ochłonęliśmy.

DSCI3018 (©PLANETADZIKA)
Korzystając z ciepłego i słonecznego weekendu wybraliśmy się na eksplorację naszego nowego terenu zamieszkania. Z początkiem marca zdarzyło nam się przeprowadzić, więc stwierdziliśmy, że najwyższy czas poznać bliżej nowe okolice.
Nasza wycieczka okazała się owocna nie tylko w zapoznanie się z topografią dzielnicy, ale również i przede wszystkim, odkryliśmy kapitalne opuszczone obiekty Twierdzy Kraków.
DSCI2958 (©PLANETADZIKA)
Tym razem nie był to fort, a wykute w skale kazamaty służące jako magazyny amunicyjne obecnie bardziej przypominające jaskinie, z wąskimi korytarzami i obszernymi komnatami. (Czym były tajemnicze pomieszczenia wyryte w wapiennej skale dowiedzieliśmy się już po powrocie dzięki konsultacji z naszym wujkiem Googlosławem)
Na trasie napotkaliśmy cztery tego typu magazyny. Trzy z nich składały się tylko z jednego pomieszczenia i prowadzącego doń krótkiego korytarza. Natomiast jeden obiekt był większy i krył w sobie aż trzy sale i znacznie dłuższej sieci korytarzy.
DSCI2996 (©PLANETADZIKA)
Uroku obiektom dodawał kompletny brak oświetlenia, piwniczny chłód i lekko zwietrzały zapach. Bez latarki wejście do korytarzy byłoby niemożliwe, egipskie ciemności panujące wewnątrz uniemożliwiają zwiedzanie nieprzygotowanym na to przypadkowym turystom.
My na szczęście ubezpieczyliśmy się w latarki i chociaż nasz aparat nie przepada za pracą w ciemnościach udało nam się pstryknąć kilka zdjęć, które uwydatniają tajemniczy klimat skalnych magazynów.
DSCI2975 (©PLANETADZIKA)
Niestety, ku naszemu oburzeniu w jednym z pomieszczeń, co ciekawe znaczenie oddalonym od wyjścia odkryliśmy mało chwalebny akt dokonany przez człowieka (z pewnością nierozumnego). W ostatniej komnacie prawie potknęliśmy się o wielkie wory wyładowane śmieciami. Komentarz tutaj jest zbędny, aczkolwiek po raz kolejny otrzymaliśmy dowód na to, że głupota ludzka granic nie zna i chyba nigdy nie pozna.
DSCI3008 (©PLANETADZIKA)

Aby nie kończyć tak gorzką myślą dodam, że podczas owej weekendowej wycieczki znaleźliśmy jeszcze kilka innych równie fascynujących obiektów, o których opowiemy w najbliższych odcinkach.
Do przeczytania!

DSCI2962 (©PLANETADZIKA)

Dziki Kraków cz. 9. Kamieniołom Liban

Tym razem w naszym nieformalnym przewodniku po nieznanym Krakowie prezentujemy charakterystyczne miejsce na mapie miasta, o którym pewnie wiele osób słyszało, ale znacznie mniej odwiedziło.
planeta-dzika_dsci1012-copy
Kamieniołom Liban to w pierwszej kolejności miejsce historyczne: w czasie drugiej wojny światowej Hitlerowcy zbudowali na tym terenie obóz pracy, w którym trzymano kilkuset więźniów. Na początku lat 90 kręcono tam słynny film „Lista Schindlera”, a ściślej mówiąc sceny mające przedstawić sąsiadujący z Libanem obóz zagłady Płaszów. Wielu mieszkańcom przypomniało to o istnieniu kamieniołomu. Filmowcy pozostawili po sobie scenografię, która po latach nadała Libanowi urbexowego klimatu i obecnie stanowi atrakcję dla miłośników opuszczonych miejsc oraz ważny punkt na mapie nieznanego Krakowa.

planeta-dzika_dsci1029-copy

Wejście na teren kamieniołomu nie stanowi problemu, choć trzeba poszukać właściwej drogi. Apetyt na zwiedzanie zaostrza znajdujące się tuż u stop Libanu składowisko porzuconych samochodów.

planeta-dzika_dsci1004-copy

Sam kamieniołom, dzięki pozostawionym tam dekoracjom z Listy Schindlera robi nie małe wrażenie. Kilkunastometrowe metalowe konstrukcje imitujące zabudowę obozu pracy  nadają miejscu industrialnego akcentu. Zachowały się również fragmenty płotu  które przedstawiały ogrodzenie obozu. Na konstrukcje można się wdrapać, jednak trzeba bardzo uważać, bo część elementów poodpadała, część pordzewiała więc o skaleczenie nie trudno.

planeta-dzika_dsci1016-copy
W pobliżu dekoracji filmowych można odnaleźć ścieżkę wyłożoną macewami (żydowskimi płytami nagrobnymi). Szczerze przyznam, że nie wiem, czy to autentyczne nagrobki, czy tylko kolejne elementy dekoracji filmowej. Internet optuje za tą drugą opcją, jednak kto dziś ufa wirtualnym źródłom?…

planeta-dzika_dsci1021-copy

Wycieczka do Libanu to bardzo ciekawe doświadczenie, które pozwala zrozumieć z jak wielkim rozmachem wykonano Listę Schindlera. Miejsce jest godne polecenia dla osób chcących poznać uroki nieznanego Krakowa, lubiących wspinaczkę (i wysokości) oraz dobrze czujących się w nieco trudniejszym terenie.

planeta-dzika_dsci1017-copy

Dziki Kraków, cz.7., lokomotywownia Kraków Płaszów

Jak tytuł sugeruje, pozostajemy w temacie kolejowym i przedstawiamy wycieczkę do chyba najpopularniejszego miejsca miłośników industrialnych klimatów, czyli starej lokomotywowni w Płaszowie.

planeta-dzika_dsci0683-copy

Miejsce to można nazwać cmentarzem wagonów i lokomotyw. Na nieużywanych bocznicach torów pozostawiono na pastwę czasu kilkanaście starych wagonów i kilka lokomotyw, pamiętających jeszcze niezelektryfikowane koleje i zapach spalanego w ich piecach węgla. Wszystkie można bezproblemowo zwiedzić.

planeta-dzika_dsci0664-copy

planeta-dzika_dsci0697-copy

Nam wycieczka do Płaszowa przypadła na bardzo słoneczny wczesnojesienny dzień, co zaowocowało wyrazistymi zdjęciami i magiczną grą kolorów pordzewiałego metalu, słomianożółtej trawy zmęczonej słońcem i soczystozielonego listowia drzew. Trafił nam się wprost idealny dzień na sesję zdjęciową.

planeta-dzika_dsci0667-copy

Po zbadaniu wszystkich porzuconych wagonów dotarliśmy do samego budynku lokomotywowni, również od dawna nieczynnego. Pozostałości kompleksu pozwoliły sobie wyobrazić, jak mogło wyglądać naprawa i stacjonowanie pociągów. Dla laików, którzy pociągi znają tylko ze strony pasażera to niemała gratka.

planeta-dzika_dsci0741-copy

Przy okazji zwiedzania lokomotywowni natknęliśmy się na jeszcze jedną urbexową atrakcję, o czym opowiemy w następnym poście. Do przeczytania.

planeta-dzika_dsci0729-copy

Dziki Kraków, cz. 6. Torowisko Bieżanów

Na chwilę odłożymy na bok temat krakowskich fortów, choć to temat rzeka, który dostarcza licznych pomysłów na rowerowe wycieczki. Tym razem odkryjemy Kraków z jego innej, industrialnej strony. Mimo, że przymiotnik ten nie jest pierwszym, który przychodzi na myśl gdy myślimy o mieście Smoka Wawelskiego, to z pewnością miłośnicy poprzemysłowych klimatów znajdą tu dla siebie niejedną atrakcję.

My na wstępie do tego nowego rozdziału zwiedzania dzikiego Krakowa zabierzemy Was do dzielnicy Bieżanów, do największej w mieście zajezdni pociągów. Z pozoru zdawać się może, ze takie jak to miejsce może rzucić na kolana tylko jakiegoś zatwardziałego fanatyka kolei. I owszem, główną atrakcją zajezdni są opuszczone aczkolwiek współczesne wagony ciągnące się setki metrów na bocznicach. Jednak poza taborem kolejowym przy torowisku można jeszcze zwiedzić inne obiekty.

planeta-dzika_dsci2064

Spacer po zajezdni rozpoczynamy idąc wzdłuż czynnych ciągle zakładów PKP. Co krok straszyć nas będą tablice informacyjne, że to teren należący do Polskich Kolei Państwowych więc wstęp jest wzbroniony. Niewiele robiąc sobie z ostrzeżeń minęliśmy zakłady naprawcze taboru i weszliśmy na teren torowiska z pozostawionymi tam wagonami.

planeta-dzika_dsci2040

Weszliśmy do jednego z nich i od razu wiedzieliśmy, że nie jest w stu procentach opuszczony. Zapach wskazywał, że lokatorzy są niedaleko. Wystarczyło otworzyć drzwi do pierwszego przedziału, by potwierdzić tę hipotezę. Nie chcąc zaburzać rytmu dnia doraźnym lokatorom wagonów, postanowiliśmy zwiedzić inne obiekty w terenie.

Jednego z nich  trudno było nie dostrzec. Nad torami unosiła się wysoka konstrukcja o dziwnym kształcie przypominającym ptaka. Z daleka nie umieliśmy określić mi do czego służyła. Dopiero gdy zbliżyliśmy się do dziwoląga wydedukowaliśmy, że jest to stara sortownia węgla, służąca do wsypywania do wagonów węgla służącego jako paliwo do niezelektryfikowanych pociągów. Konstrukcja była bardzo wysoka i masywna, a opierała się na wąskich jak na swoje proporcje nogach, co dawało jej nieco komiczny wygląd. Drabinka przymocowana do jej jednej ściany umożliwiała wejście na górną platformę, co też zrobiliśmy. Na górze znajdował się zsyp na węgiel, a więc nasze przypuszczenia co do przeznaczenia budowli sprawdziły się.

DSCI2050.JPG

planeta-dzika_dsci2051

Przy okazji z góry dostrzegliśmy w niewielkiej odległości wieżę ciśnień i postanowiliśmy się do niej udać, licząc że wejście do niej będzie otwarte. Tym razem szczęście nam sprzyjało, drzwi wieży stały otworem i trudno było oprzeć się pokusie zwiedzenia obiektu. Wspięliśmy się schodami wokół wewnętrznego silosa i dotarliśmy tak na ostatnią kondygnację na wysokości 5 piętra. Przed nami stała drewniana drabina oparta o szczyt wewnętrznego silosa. Bartek wdrapał się po niej na samą górę, płosząc gołębie śpiące smacznie na krawędzi zbiornika.

planeta-dzika_dsci2086

Nacieszyliśmy oczy ładnymi widoczkami z okien wieży i wróciliśmy na dół. Pokręciliśmy się chwilę po torowisku, a w drodze powrotnej zerknęliśmy do zakładów naprawczych PKP, gdzie mimo weekendu robotnicy walczyli z niesprawnym pociągiem. Zapach żelaza przypominał podróże pociągami z dzieciństwa. Z pewnością nie powinniśmy zbliżać się tak blisko do zakładu, ale robotnicy nie mieli nic przeciwko nam. Udaliśmy się do wyjścia. Ponownie, choć z przeciwnej strony minęliśmy pierwszą tablicę ostrzegawczą i opuściliśmy teren kolei.

planeta-dzika_dsci2069

Dziki Kraków, cz. 5. Fort „Batowice”

W ostatnim poście opowiedzieliśmy o naszej wizycie w forcie pomocniczym „Mistrzejowice”, jednak historia nie byłaby kompletna bez wzmianki o głównym forcie artyleryjskim, któremu to „Mistrzejowice” miał pomagać.  Mowa oczywiście o forcie „Batowice”, dużym i całkiem nieźle zachowanym kompleksie, leżącym przysłowiowy rzut beretem od poprzednio opisywanej jednostki.

planeta-dzika_dsci9757

„Batowice” znajduje się w… parku osiedlowym. W samym środku, skryty dość gęstymi zaroślami, bezpretensjonalnie stoi w centrum wielkiego krakowskiego osiedla. Nie ukrywam, że dość osobliwie prezentuje się otoczony zadbanymi alejkami i przycięta trawą, tak jakby swoim ponurym wyglądem i masywną budowa złamał architektoniczny zamysł budowniczych parku.

planeta-dzika_dsci9770

Co ciekawe, fort ten znajduje się w rękach Rady Dzielnicy Mistrzejowice, która od 2012 roku prowadzi stopniową renowację fortu. Nie powiedziałabym, że efekty przeprowadzonych w forcie remontów są pozytywnie porażające, jednak z pewnością coś wokół budowli się dzieje i niektóre, najbardziej zniszczone elementy zostały zrekonstruowane.

planeta-dzika_dsci9751

Batowice to bardzo interesujący kompleks z dużą ilością wewnętrznych korytarzy, które stanowią największą gratkę dla eksploratorów. Zewnętrzne są dostępne  „od ręki”, dla każdego parkowego spacerowicza, jednak jeśli chcemy wejść w głąb obiektu potrzebna jest dobra latarka. Będziemy wtedy w stanie odkryć najciemniejsze zakamarki i korytarze, do których światło dzienne już nie dochodzi. Niestety nasz sprzęt fotograficzny kiepsko sobie radzi z ciemniami, więc nie uraczymy Czytelników zdjęciami z tych najbardziej skrytych zakątków „Batowic”.

planeta-dzika_dsci9753

Dokładne zwiedzenie fortu zajmuje ponad godzinę. Do odkrycia mamy mury zewnętrzne okalające środkową część. Dostęp do obiektu jest otwarty, co z jednej strony ułatwia zwiedzanie, z drugiej jednak zachęca lokalnych bezdomnych do goszczenia się w jego kątach, co niestety widać i czuć…

planeta-dzika_dsci9748

Zwiedzenie „Batowic” godne jest polecenia początkującym fanom urbexu, którzy chcą dopiero połknąć haczyk eksploracji.