Islandia. Wyprawa dzika. Kempingi na wyspie lodu i ognia

Każdy, nawet największy podróżnik musi czasem odpocząć. Jak trywialnie brzmi to stwierdzenia, tak noclegi są bardzo istotnym punktem planowania podróży. W naszej podróży do Islandii z dużej puli noclegowych możliwości, tylko te pod namiotem brane były pod uwagę, ze względu na drożyznę panującą na wyspie. Co więcej założyliśmy, że większość nocy spędzimy na dziko, korzystając w ten sposób z przychylnego podróżnikom islandzkiego prawa, które zakłada możliwość rozbicia namiotu poza miastem gdzie bądź, byle nie wpakować się komuś na teren prywatny (który musi być ogrodzony, toteż nie trudno go rozpoznać).

P7211873 (©PLANETADZIKA)

Nocowanie na dziko jest wspaniałe, lecz nie mi się o jego zaletach rozwodzić. Niestety ma też jeden bardzo kłopotliwy minus – brak możliwości skorzystania z sanitariatu. Z tej przyczyny, co jakiś czas siłą rzeczy, każdy szanujący się podróżnik, nie wiem jak stroniący od cywilizacji, musi zatrzymać się na prysznic (tak sobie myślę, że ta właśnie cecha odróżnia podróżników-wędrowców od włóczęgów vel żuli).

Na Islandii prysznice znajdywalne są prawie wyłącznie na kempingach. Więc co kilka dni (żałuję, że nie częściej) zatrzymywaliśmy się na przerwę, by skorzystać z dobrodziejstw, które to kempingi proponują.

P7110468 (©PLANETADZIKA)

W naszej podróży zaliczyliśmy 5 pól namiotowych, choć planowaliśmy tylko 3 (nie pytajcie dlaczego). Co ciekawe, każdy był inny, wyróżniał się innym nastawieniem do turystów, gamą oferowanych usług itd. Z tego właśnie powodu postanowiliśmy pokrótce opisać nasze doświadczenie na każdym z nich.

Zacznijmy od zestawienia danych:

Lokalizacja Koszty osoby w namiocie (+110 podatek) Cena za pranie /suszenie Wifi Dostęp do prądu Opłaty za prysznic Świetlica
Reykjavik campsite 2200 700K/700K Tak Tak Free Tak
Vik i Myrdal 1500 500K/500K Tak, płatne Tak (lecz trudno dostępne) 200K Tak
Skaftafell 1700 500K/500K za 60min Nie Tak (300K) 500K za 5min Nie
Djupivogur 1550 Tak/tak 850K za 90min Tak, płatne Tak 300K Tak
Vogar (Reykjahild) 1500 plus namiot 500 Brak pralki/suszarki Tak płatne? Tak Free Nie

A teraz więcej szczegółów:

  1. Reykjavik campsite

Główny miejski kemping w Reykjaviku to najlepszy kemping, na jakim kiedykolwiek dotąd byliśmy. Serio. Oferuje wszystko, czego może potrzebować turysta, czy to pieszy, czy rowerowy, czy kamperowy czy nawet latający. A na poważnie, kemping  poza sporym polem namiotowym i miejscem dla kamperów posiada:

  • Darmowe prysznice (geotermalne)
  • Wydzielone miejsce do mycia naczyń z całym potrzebnym do tego sprzętem (gąbka, szczotka, płyn)
  •  miejsce na  grilla własnego lub duża krata
  • Pralnię wyposażoną w kilka pralek i suszarek (dodatkowo płatne po 700 koron)
  • Kuchnię  w osobnym zamkniętym pomieszczeniu, w pełni wyposażoną w naczynia i garnki oraz różnego rodzaju zostawionego przez turystów sprzętu kuchennego
  •  jadalnię, w której można jeść czytać i się zagrzać
  • Darmowe ładowanie elektroniki lub szafki z kontaktem
  • Przechowalnię bagażu czy kartonów na rowery (3400isk za to drugie)

W recepcji znajduje się mini sklepik ze sprzętem turystycznym. Można tu kupić butle z gazem do wszystkich systemów, mapy, menażki itp.

P8022853 (©PLANETADZIKA)

Co najważniejsze i bardzo inspirujące, ideą kempingu jest recykling. Na całym polu znajdują się wydzielone na poszczególne typy odpadów kosze, a w kuchni znaleźć można specjalną półkę, gdzie można zostawić niepotrzebną, ale zdatną do użycia żywność. My dzięki temu zyskaliśmy dwa obiady gratis, sami też coś zostawiliśmy dla następnych. Pomysł-rewelacja!

Ocena: 6/6

P8022856 (©PLANETADZIKA)

2. Vik i Myrdal

Kolejnym kempingiem, który udzielił nam schronienia był kemping w miejscowości Vik. Nie planowaliśmy tam noclegu, ale zmiażdżeni przez islandzką pogodę, z podkulonym ogonem zawitaliśmy w progach kempingowej recepcji.  Kemping dość niewielki, stary i dawno nieodświeżany, ale ze świetlicą w zamkniętym pomieszczeniu, która uratowała nam skórę (i pozwoliła wyschnąć).

Co jeszcze na kempnigu?

  • bezpłatne ładowanie
  • prysznice płatne ok 200isk
  • pralnia płatna (500/500)
  • we wspólnej salce miejsce na przyrządzanie posiłków + czajnik elektryczny, ale brak płyty grzewczej, co wykluczało przygotowanie ciepłego posiłku pod dachem

Miejsce sympatyczne, nadaje się na bazę wypadowej na piesze wędrówki po okolicy, a w pobliżu Vik jest co zwiedzać, o ile pogoda nie zechce inaczej.

Ocena: 4/6

P7150838 (©PLANETADZIKA)

3. Skaftafell

Dobra lokalizacja na wypady na lodowiec i bezpośrednie sąsiedztwo z parkiem narodowym to jedyne zalety tego kempingu, położonego dosłownie w środku nigdzie. Zachowany w ascetycznym stylu, jakby narysowany od linijki, z wytyczonymi ścieżkami i ładną trawą – brzmi dobrze? Może, ale kemping nie ma być piękny, ale praktyczny. A ten taki niestety nie był. Płacić trzeba było za wszystko. Aż dziwne, że za WC sobie nie policzyli.

P7161256 (©PLANETADZIKA)

Prysznic dodatkowo płatny 500 koron za 5 min. Idealny do ćwiczenia przed zawodami w kąpieli na czas.

Pralka 500 koron, suszarka też, z tym że nie łudźcie się, że wysuszy wam pranie…

Brak jakiejkolwiek świetlicy i miejsca pod dachem. Jak wieje, pada czy śnieży to siedzisz w namiocie.

Całkowity brak kuchni, lub choćby miejsca, gdzie można zagotować wodę.

Zastanawiacie się, za co więc wydaliśmy 1700 koron? My też. Omijać.

Ocena: 2/6

P7171261 (©PLANETADZIKA)

4. Djupivogur

Bardzo sympatyczny malutki kemping, położony gdzieś na końcu świata, (gdyby taki istniał naprawdę, Djupivogur mógłby śmiało nim być), w którym mało kto się zatrzymuje. Atmosfera kameralna, cisza i spokój. Miejsce idealne dla wszystkich introwertyków i uczulonych na tłumy.

Kemping oferuje:

  • W pełni wyposażoną kuchnię z jadalnią
  • Salon dla gości wyposażony w sofy i stoliki
  • darmowe ładowanie elektroniki
  • prysznic płatny 300 koron
  • Oraz pewien bonus, który jest oddalony o 2 km od miejscowości. Niebawem zdradzimy, cóż to.

Ocena: 5/6

P7191579 (©PLANETADZIKA)

6. Vogar (Reykjahild)

 W tej miejscowości znaleźć można właściwie dwa kampingi, jeden nieco droższy w centrum, kolejny dwa kilometry dalej. Wybraliśmy ten drugi, bo był mniej zatłoczony, a w pobliżu znajdowała się pizzeria.

Niestety ten kamping nie miał za dużo udogodnień. W sumie to więcej ich nie miał niż miał:

  •  brak pralki i suszarki
  • brak kuchni i świetlicy
  • brak dostępu do prądu

Natomiast miejsce miało swój przyjemny klimat. Spokój, za płotem pastwisko, możliwość zjedzenia pizzy w knajpie obok. I co dla nas najważniejsze, prysznic był darmowy, nieograniczony limitem czasu.

P7232090 (©PLANETADZIKA)

Dodatkową zaletą tego kempingu jest świetna lokalizacja przy atrakcjach turystycznych, np. jaskini geotermalnej i wulkanie.

Ocena: 4/6

* * *

To tyle w temacie kempingów islandzkich. Nasze zestawienie jest subiektywne i nacechowane wspomnieniami i uczuciami, towarzyszącymi nam w podróży. Na ocenę kempingów ma wpływ również pogoda, która zastała nas przy nocowaniu na danym polu namiotowym. Staraliśmy się jednak uwypuklić obiektywne cechy tych miejsc, które mogą pomóc innym polskim turystom w wyborze miejsca noclegowego na Islandii. W razie pytań zachęcamy do kontaktu!

P8022851 (©PLANETADZIKA)

Reklamy

8 porad, jak przetrwać kilkutygodniową wyprawę rowerową

Długie wyprawy rowerowe (a za takie uważam te trwające ponad tydzień) są nie tylko świetnym sposobem na aktywne spędzenie urlopu, ale również stanowią małą (lub czasem większą) szkołę przetrwania. Są oczywiście osoby, dla których perspektywa spędzenia kilkunastu dni na rowerowym siodełku i kręcenia dzień w dzień kilkudziesięciu kilometrów jest niczym kara za wszystkie grzechy świata. Czytelników identyfikujących się z tym stwierdzeniem rozczarujemy, bo to nie post dla nich. Jednak jeśli po głowie chodzi wam czasem myśl, by spakować graty i wybrać się na dłużej rowerem, ale macie także pełno obaw i znaków zapytania, zapraszamy do zapoznania się z poniższym mini poradnikiem, jak przetrwać na kilkutygodniowej wyprawie rowerowej. Może rozwieje się część waszych wątpliwości.

P7262433 (©PLANETADZIKA)

1. Solidne przygotowanie i zorganizowanie wyprawy

Wyprawa zaczyna się wiele miesięcy przed planowanym startem. Zaczyna się w twojej głowie i w twoim wygodnym fotelu. Pierwsze co musisz zrobić to z niego wstać i zacząć przygotowywać plan wyjazdu. Co to znaczy? A no to, że musisz poczytać o kraju/regionie, który chcesz odwiedzić, przygotować trasę rajdu, zaplanować kilometraż,  budżet, przewidzieć atrakcje i co niemiłego może się zdarzyć. Musisz też zadbać o sprzęt, przede wszystkim rower, ale i o siebie. Regularne treningi mile widziane, a tą zgrzewkę piwa, co czeka na ciebie w lodówce, powinieneś sprezentować przyjaciołom. Jeśli odpowiednio wcześniej wszystko dograsz, mniej rozczarowań spotka cię w trasie.

P6120241 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

2. Zrób zakupy przed wyjazdem

Brzmi trywialnie? Być może, jednak warto zaopatrzyć się w prowiant, zwłaszcza jeśli jedziemy za granicę. Nawet jeśli nie planujesz wypadu na dzikie pustkowia, lepiej część jedzenia zabrać z Polski. I nie jest to bynajmniej objaw rodzimego cebulactwa. Za granicą często jest drożej, a i nie zawsze znajdziesz wszytko, co przewidziałeś. Nie chcesz też przez dwa tygodnie jeść dzień w dzień zupki chińskie, bo tylko na to było cię stać w zagranicznym markecie.

P7040446 (©PLANETADZIKA)

3. Weź kogoś ze sobą.

Nie byle kogo. Kogoś zaufanego, z kim lubisz spędzać czas i kto cię nie zawiedzie, ani nie zamarudzi na śmierć. O zaletach podróży w parze pisaliśmy tu, więc nie będę się powtarzać.

P8032910 (©PLANETADZIKA)

4. Mierz siły na zamiary.

Niestety chcę nie zawsze znaczy mogę. Jeżeli dotąd nie jeździłeś za często i za daleko rowerem nie rzucaj się na rowerowy rajd po puszczy amazońskiej. Wybierz miejsce, któremu pod względem klimatu, przewyższeń na trasie i poziomu infrastruktury drogowej będziesz mógł sprostać. Warto skorzystać z relacji osób, które już dane miejsce odwiedziły.

5. Wyznacz kilometraż na każdy dzień.

Jeśli z góry założysz ile kilometrów będziesz robić podczas rajdu, znacznie łatwiej będzie ci tego dotrzymać. Znając swoje możliwości, limit czasowy i teren po którym będziesz się poruszać, bez trudu oszacujesz ile kilometrów przejedziesz. Najłatwiej ustalić stały kilometraż na każdy dzień wyprawy, o ile teren jest równy i warunki niezmienne. Jeśli jednego dnia czekają cię podjazdy, lepiej zmniejszyć ilość kilometrów, które nadrobisz, jak droga się wypłaszczy. 🙂

P7201703 (©PLANETADZIKA)

6. Wszystko jest w głowie.

A inaczej nazywa się to wytrwałość. Jeśli wcześniej nastawisz się na wielodniową jazdę i zaakceptujesz, że wiąże się z tym wyjście ze strefy komfortu, pokonywanie kolejnych kilometrów przyjdzie ci łatwiej. Przyjmij do wiadomości, że podjazdy i tak będą. Zawsze. Nawet jeśli twoja mega-aplikacja obliczyła liczbę maksymalnych przewyższeń na 2 metry. Będzie cię też bolało. W różnych miejscach. I nie będzie miękkiego łóżeczka. Jeśli to przełkniesz i się z tym pogodzisz, będzie okej.

P7181501 (©PLANETADZIKA)

7. Wyznaczaj sobie małe cele.

Będąc w trasie, jeśli czujesz, że motywacja spada, a siodełko wbija się coraz boleśniej w tyłek, wyznacz sobie mały cel, który osiągniesz zanim zrobisz przerwę. Na przykład: „wjadę na tę następną górkę i jak zjadę to odpocznę” lub „Jak dobiję do 40 km to zjem batonika”. Planowanie małych nagród za osiągnięcie małych celów motywują i pozwalają na sprawne prowadzenie rajdu.

8. Olej rzeczy, na które nie masz wpływu.

Zła pogoda? Brak prysznica już 4 dzień? Pole namiotowe droższe niż myślałeś? Trudno. Nic z tym nie zrobisz. Z optymizmem podchodź do otaczającej cię rzeczywistości i staraj się obrócić bieg rzeczy na swoją korzyść. Brzmi jak z lekcji jakiegoś life coacha? Może i tak, ale i bez tego wiadomo że kto nie walczy ten przegrywa. Sam pisałeś się na rowerowy rajd, więc i złą pogodę i niewygodę i nadprogramowe wydatki przewidziałeś (zgodnie z punktami 1 i 6). Pozytywne nastawienie to połowa sukcesu.

P7312705 (©PLANETADZIKA)

Jeśli tu dobrnęliście, to pewnie nasuwa się wam na myśl refleksja, że tak naprawdę przetrwanie długiego rajdu to w znacznej większości (80%) odpowiednie nastawienie a w małej części (20%) materialne czy fizyczne przygotowania. Wszystko jest w głowie!

Islandia, wyprawa dzika. Statystyki

Uff! I oto jesteśmy z powrotem! Po ponad trzech tygodniach spędzonych na rowerach, mknąc islandzką „jedynką”, smagani wiatrem, pieczeni słońcem lub dręczeni deszczem, powróciliśmy do Krakowa do szarej codzienności. Ale z jakim bagażem wspomnień i doświadczeń! Ale spokojnie. Na relację z wyprawy przyjdzie jeszcze pora, a na dobry początek (i by wam zaostrzyć apetyt na opowieść) chcemy podzielić się garścią statystyk dotyczących różnych aspektów rajdu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
No to zaczynamy:

  • Liczba przejechanych kilometrów rowerem: 1684 km
  • Liczba przejechanych kilometrów autobusem: 0 km
  • Średni kilometraż dzienny: 80 km/dzień
  • Najdłuższy dystans dzienny: 153 km/dzień
  • Najkrótszy dystans dzienny: 42 km/dzień
  • Średnia prędkość: 17km/h
  • Największa osiągnięta prędkość: 63km/h
  • Najwyższe przewyższenie: od 0 m.n.p.m do 532 m.n.p.m
  • Największe nachylenie drogi: 17%
  • Liczba przebitych dętek: 1
  • Najniższa temperatura powietrza: ok. 5 st C
  • Najwyższa temperatura powietrza: ok. 28 st C
  • Liczba dni deszczowych (deszcz powyżej 2mm, trwający dłużej niż godzinę):2
  • Liczba noclegów na kempingach: 10
  • Liczba noclegów „na dziko”: 15
  • Zapas zabranego jedzenia na starcie: 20-21 kg
  • Liczba zjedzonych konserw mięsnych: 0
  • Liczba wypitych piw: 14 (na dwie osoby)
  • Liczba kupionych butelek wody mineralnej: 1
  • Liczba straconych kg masy ciała: ok. 10 kg/osoba
  • Ilość zużytego paliwa do palnika: 1,5 l
  • Liczba mijanych owiec i baranów: niepoliczalna

Tak w największym skrócie można opisać naszą wyprawę. Dane liczbowe nie oddają jednak ducha przygody, więc obiecujemy, że szybko rozpoczniemy nowy cykl na blogu i opiszemy wam po kolei różne regiony Islandii oraz powspominamy nasze i Dzika perypetie. Będzie też trochę praktycznych porad, rzut oka na kulturę i społeczność islandzką i oczywiście bardzo dużo zdjęć z trasy! 🙂
Do przeczytania, miłośnicy Dzika

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Islandia – Przygotowania do wyprawy, cz. 4

Od miesiąca prowadzimy intensywne przygotowania do naszej wyprawy dookoła Islandii, na którą wyruszamy już za niecały tydzień.
Oprócz rowerowych treningów, o których już pisaliśmy w tym poście  oraz testowania nowego sprzętu zajmowaliśmy się szczegółowym planowaniem trasy, wyznaczaniem postojów oraz przygotowywaniem i uzupełnieniem sprzętu, a także robieniem zapasów żywności.
Trzytygodniowy rajd rowerowy to duże przedsięwzięcie logistyczne i wymaga dobrego przemyślenia różnych wariantów w bardzo różnych kwestiach: od pogody  przez plan posiłków po planowanie transportu z lotniska.
Poniżej kilka nowych ujęć z naszych przygotowań.

P7040446 (©PLANETADZIKA)P6120241 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)OI000053 (©PLANETADZIKA)P6290437 (©PLANETADZIKA)

 

10 powodów, dla których podróżujemy w parze (a nie w pojedynkę, czy w grupie)

Często, kiedy opowiadamy o naszych rowerowych wyprawach pada pytanie, dlaczego nie wybierzemy się na jakąś wyprawę większą gromadą albo czy w dwie osoby nie jest nudno, a może samemu byłoby prościej…

Wpisem tym rozwiejemy wszelkie wątpliwości, dlaczego liczba dwa jest doskonała w kwestii wycieczek i przedstawimy zalety podróżowania w parze. Wszystko to naszym subiektywnym okiem.

Zacznę od tego, że w naszym rozumieniu para to nikt inny jak my. Przez to, że jesteśmy parą nie tylko na wyprawach, nasz punkt widzenia może być trochę inny, ale sądzę, że wymienione niżej zalety dotyczą też par, które łączy nie życie a tylko rower.

  1. W parze jest raźniej, więc i nasz stan psychiczny ma się lepiej.

To największa zaleta podróży z drugą osobą. Znacznie pewniej czuje się człowiek, jak ma u boku partnera. Mniej czarnych myśli kłębi się w głowie w gorszych momentach i już sama świadomość, że jest ten ktoś pozwala ci lżej znosić kryzysy dnia codziennego na wyprawie.

P5011228 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

Powiecie, że w grupie jest tak samo. Ano nie do końca. Grupa ma nieco inną specyfikę i ogółem mniejsze są zażyłości między jej członkami. Bywają i grupy tzw. „z przypadku”, gdzie luźno związani ze sobą ludzie skrzyknęli się na wyjazd i tak naprawdę każdy z nich pilnuje własnego nosa. Raźniej jest, ale nie do końca czujesz się pewnie w takiej ekipie.

  1. Co za tym idzie, wzrasta motywacja

Nikt tak nie motywuje do szybszego pedałowania pod górkę, jak Twój przyjaciel wołający na ciebie z jej szczytu. Z poirytowania ciągłym poganianiem dostajesz większych skrzydeł niż po wypiciu podwójnego Redbulla. Sprawdza się w każdych warunkach. Polecam, Alicja. 🙂

  1. Jest znacznie bezpieczniej

Zwłaszcza w kwestii kradzieży. Najłatwiej okraść samotnego i zagubionego biedaka, który odszedł tylko kilka metrów od roweru  pstryknąć fotkę pięknemu widokowi. Dwie osoby to już dla złodzieja trudniejszy obiekt. Nie wspominając już o noclegach na dziko. Leżenie samemu w namiocie wzmaga nadmierne myślenie o niepotrzebnych rzeczach i czasem, w mniej dogodnych warunkach, wzbudza poczucie ciągłego niepokoju. Z zaufaną osobą u boku, wszystko wydaje się mniej groźne.

planeta-dzika_dsci0149-copy

  1. W parze podróżuje się szybko i sprawnie

Nie chodzi tu o żadne wyścigi, oczywiście. Bo rajdy rowerowe nie mają na celu nabijania kilometrów z wzrokiem wbitym w asfalt.  Jednak sprawne przemieszczanie się i posuwanie wyprawy naprzód jest dość istotne. W większej grupie zawsze będzie się podróżować wolniej. A jeśli trafimy na maruderów lub mających szybko napełniające się pęcherze, możemy przejechać nawet 20-30 km mniej niż w zgranym duecie.

  1. Mniej na twojej głowie

To proste. Jedziesz sam – dbasz o wszytko sam, jedziesz w większej grupie – masz wszystko w…. kieszeni, bo ktoś ogarnia życie za Ciebie, a nie o to w wyprawach chodzi. W duecie, przynajmniej naszym, istnieje podział obowiązków przed wyprawą, a w jej trakcie każdy ma swoje zadania, które możemy wykonywać równolegle, co znacznie usprawnia przebieg rajdu.

P5011263 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

  1. Jeśli coś się stanie, szanse na pomoc wzrastają o 100 procent.

Tu zaleta z kategorii sprawy poważne. Niestety wypadki chodzą po ludziach i nigdy nie wiadomo, co też może się przytrafić. Trzeźwe myślenie w wielu przypadkach pozwala uniknąć problemu, ale czasem nie mamy naprawdę wpływu na wydarzenia. Wtedy obecność drugiego człowieka może być kluczowa.

  1. Portfel mniej boli

Ta zaleta dotyczy również podróżowania w grupie: więcej uczestników, tańszy całkowity koszt wyjazdu. (chyba że wyfrajerujecie się na jakiś zorganizowany rajd all inclusive, gdzie będą wozić za was graty, wtedy cena wzrasta nie spada). Wydatki na takie sprzęty jak kuchenka, namiot, jedzenie dzielimy na pół. Nie ma porównania do kosztów podróży w pojedynkę.

planetadzika_dsci8861

  1. Ma się lepsze pomysły

Co dwie głowy, to nie jedna, jak mówią. Czasem jedno z nas wpadnie na pomysł, który drugiemu nie przemknąłby nawet przez myśl, a wart jest zastosowania. Wspólne planowanie wyprawy a potem rozwiązywanie problemów powstałych w jej trakcie jest znacznie bardziej owocne, niż samotne kombinowanie. Nie raz wspólnymi siłami uzyskiwaliśmy najlepsze rozwiązanie, które prawdopodobnie nie powstałoby, gdyby myślała nad nim jedna osoba.

  1. Jest z kim pogadać, wymienić spostrzeżenia, komentarze.

Ta zaleta nawiązuje do tych pierwszych, jednak chodzi tu przede wszystkim o aspekt socjalny. Po prostu fajnie jest czasem móc otworzyć do kogoś buzię, rzucić sucharem, skomentować złośliwie otaczającą cię rzeczywistość. Jeśli jesteś sam, wszystko zostawiasz dla siebie, w grupie zaś, zależy na kogo trafisz i jaka zażyłość łączy Cię z innymi uczestnikami. Nie wszystkie tematy mogą być akceptowalne. W duecie, taki jak nasz, nie ma tabu a ironia w uwagach do życia aż kipi.

P4020263 (©PLANETADZIKA)

  1. To najlepszy test, by poznać swojego partnera

I wreszcie ostatni, aczkolwiek nie mniej ważny argument. Podróże w duecie weryfikują wszytko. Nie dotyczy to tylko podróży w parach, które tworzą związek mniej lub bardziej formalny. Weryfikacji podlega również przyjaźń, czy ładnie mówiąc braterstwo. W życiu miejskim możesz nosić tysiące masek, na wyprawie, chcąc nie chcąc pokażesz swoją prawdziwą gębę, nawet jeśli to morda Bazyliszka. Ukryta kamera ci więcej nie powie.

Z tych oto powodów najchętniej podróżujemy we własnym towarzystwie. nie oznacza to, że nie lubimy wyjazdów grupowych, czy też nigdy nie zapuściliśmy się nigdzie w pojedynkę. Jednak po spróbowaniu różnych opcji, zgodnie twierdzimy, że nie ma to jak dograny duet. A wy jak lubicie podróżować? Co za tym przemawia?

ISLANDIA PRZYGOTOWANIA DO WYPRAWY CZ. 3

Przygotowania do dużej wyprawy rowerowej to również mini wyprawy testowe, na których testujemy nowy sprzęt, jego przydatność i wydajność oraz staramy się przewidzieć możliwe awarie i z góry obmyśleć, jak sobie z nimi radzić. Ostatnio umieściliśmy pierwszy nasz filmik o rozpalaniu kuchenki wielopaliwowej, tym razem idziemy kolejny krok naprzód i zamieszczamy mini poradnik jak go czyścić.

Nie zapominajcie nas polubić na Fb! Mamy również konto na Instagramie, @Planetadzika, gdzie publikujemy nasze najlepsze zdjęcia z tras.

Dzikie Podkarpacie, Mini Rajd Majowy. Dzień 3.

Ostatni nocleg naszej majówki do najcieplejszych nie należał. Obeszło się bez przymrozków ale nad ranem wiosenny chłód nie pozwolił o sobie zapomnieć. Wstaliśmy o 6 i szybko wskoczyliśmy w ciepłe polarki i zaczęliśmy zbierać nasz mini obóz, przy okazji mogąc się trochę rozgrzać.
P5011167 (©PLANETADZIKA)
Słońce tego dnia było po naszej stronie i od samego świtu przebijało się przez chmury. Niestety prom, przy którym się rozbiliśmy na nocleg dalej był nieczynny. Byliśmy już przygotowani na konieczność nadrabiania dwudziestu kilku kilometrów do najbliższego mostu, ale postanowiliśmy sprawdzić jeszcze prom w sąsiedniej wiosce.
I dobrze zrobiliśmy, bo szczęście się do nas uśmiechnęło. Prom w miejscowości Otfinów pracował już od 5 rano i za darmo przewiózł nas na drugi brzeg.
P5011179 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Zadowoleni postanowiliśmy uczcić nas mały sukces śniadaniem. Znaleźliśmy nawet miejsce piknikowe i gdyby nie problem z nowym palnikiem mielibyśmy wręcz śniadanie marzeń. Niestety musieliśmy się obejść smakiem kawy, bo nie udało nam się zagotować wody. Kanapki z dżemem i masłem czekoladowym były za to wyborne.
P5011185 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Ruszyliśmy dalej w stronę Niepołomic. Podobnie jak w minione dni mijaliśmy małe wioski. Trochę jakby ubyło drewnianych domków, a przybyło pól uprawnych – wprawdzie byliśmy już w Małopolsce to i krajobraz miał prawo się zmienić.
P5011202 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Bez przygód dojechaliśmy do naszej kolejnej przeprawy przez rzekę. Tym razem pokonywaliśmy Rabę a do dyspozycji mieliśmy okazałą kładkę pieszo rowerową.Przejazd nią uwieczniliśmy na filmie dostępnym na naszym fb.
P5011212 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
W najbliższej miejscowości, Mikluszowicach po pokonaniu Dunajca znaleźliśmy ciekawą atrakcję dedykowaną głównie dzieciom, chociaż i dorosłym przynieść może ona wiele radości. Był to rozbudowany plac manewrowy do nauki jazy rowerem po mieście z imitacją znaków drogowych, świateł, różnych skrzyżowań. Dla maluchów to świetny sposób by zrozumieć wcale nie proste zasady ruchu drogowego. Z drugiej strony, patrząc na niektórych kierowców, im też przydała by się wizyta w takim parku.
Pobawiliśmy się na mini uliczkach placu, a gdy zabawa nas znużyła ruszyliśmy dalej. Okazało się, że znajdujemy się u podnóża Puszczy Niepołomickiej. Czekało nas ok 20 km jazdy lasem. Droga, ku naszemu zdziwieniu wyłożona była asfaltem, więc jechało się bardzo przyjemnie.
P5011221 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Im bliżej byliśmy Niepołomic tym więcej spotykaliśmy turystów. W odcinku najbliżej miasta las przeżywał prawdziwe oblężenie. Nie do końca zadowoleni byliśmy z jazdy w tłumie więc obraliśmy kierunek na centrum, skracając nieco jazdę przez las. W Niepołomicach byliśmy nie po raz pierwszy, ale jak zawsze zrobiliśmy sobie zdjęcie przy pomniku Kazimierza Wielkiego, tuż obok pałacu.
P5011290 (©PLANETADZIKA)
Pora obiadowa zachęciła nas do dłuższego popasu w miasteczku i zjedliśmy obiad w restauracji na rynku. Doczekaliśmy się tez wyczekiwanej kawy!
Z pełnymi brzuchami ruszyliśmy dalej, w ostatni odcinek trasy, 35 km do Krakowa. Chcieliśmy przejechać go  wiślaną trasą rowerową, ale liczne remonty po drodze trochę zmieniły nam plany. Na wały wjechaliśmy dopiero przy Nowej Hucie. Ten ostatni fragment trasy upłynął nam w bardzo wesołej atmosferze, cieszyliśmy się długo nieobecnym słońcem i słuchaliśmy rowerowych piosenek z głośników telefonu.
P5011295 (©PLANETADZIKA)
Około 15 wjechaliśmy na nasze podwórko. Byliśmy zmęczeni ale bardzo zadowoleni z zakończonego z sukcesem rajdu. Mimo nie najlepszej pogody i chłodu zrealizowaliśmy nasz plan w 100 procentach. Pozostało nam wskoczyć pod prysznic i wyciągnąć się na kanapie z naszą stęsknioną kocicą. 🙂
P5011336 (©PLANETADZIKA)

Dzikie Podkarpacie, mini rajd majowy. Dzień 2.

W podróży rowerowej organizowanej w sezonie wiosenno-letnim rzadko zdarzają się takie poranki, kiedy możesz do woli wylegiwać się w ciepłym posłaniu, a potem niespiesznie wypić kawę zagryzając kanapką z dżemem. Zwykle pobudka następuje po pierwsze nie w łóżku, a w namiocie, po drugie w godzinach wczesnych, tzn. razem ze słońcem (w wyjątkowo zimne dni nawet chwilę  przed nim). Śniadanie schodzi na drugi plan, bo twoja głowa zaprzątnięta jest myśleniem, w zależności od pory roku albo: jakby się tu skutecznie ogrzać i przestać się trząść, albo: bogowie wszechświata, dlaczego tu jest taka sauna?
Nocowanie w hostelach połączone z brakiem konieczności wczesnego wstawania ma swoje niewątpliwe zalety i z nich mogliśmy skorzystać o poranku drugiego dnia rajdu.
Naszym pierwszorzędnym planem było zwiedzenie skansenu w Kolbuszowej, który otwierał się dopiero o 10.00. Z tego właśnie powodu zafundowaliśmy sobie długi leniwy poranek uwieńczony kawą wypitą z filiżanki.
P4300956 (©PLANETADZIKA)
Skłamałabym, gdybym stwierdziła, że nie byliśmy wypoczęci.
Równo o 10.00 stanęliśmy pod bramą skansenu. Tym razem nie byliśmy ani jedynymi ani pierwszymi gośćmi. Coś podobnego! 😉 Lokalna atrakcja cieszyła się dużym zainteresowaniem.
P4301007 (©PLANETADZIKA)
Skansen wsi polskiej pod wieloma względami przerósł nasze oczekiwania. Pierwszym z nich były jego rozmiary. Przesadą nie będzie nazwanie go XIX wieczną wioską, z pełną ówczesną infrastrukturą. Nie zabrakło w niej kościoła szkoły, spichlerza, młyna, a nawet karczmy. Wszystkie obiekty były autentyczne i pochodziły z różnych podkarpackich wiosek.
P4300992 (©PLANETADZIKA)
Zwiedzający mieli okazję zaglądnięcia do środka chłopskich chat, przydomowych zagród i poczuć klimat dawnej wsi. Co więcej, turyści mogą również dowiedzieć się nieco o typowych rzemieślnikach wiejskich. Nie brak w skansenie warsztatu kowala, szewca a nawet twórcy drewnianych zabawek. Urokowi wiosce dodawały przydrożne kapliczki rozstawione przy wytyczonych ścieżkach jak i kwitnące drzewa owocowe.
P4301031 (©PLANETADZIKA)
Zwiedzanie wioski bardzo nas wciągnęło i dwie godziny zleciały niepostrzeżenie. Daliśmy się ponieść klimatowi osady wzmacnianemu jeszcze przez świetną narrację audioprzewodnika. Kiedy opuściliśmy skansen wybiło południe. Nie mieliśmy już czasu do stracenia, bo czekało nas ok 90 km do przejechania. Trasa przedstawiała się następująco: Kolbuszowa – Przecław – Radomyśl Wielki – Dąbrowa Tarnowska – Zalipie.
P4300964 (©PLANETADZIKA)
Pełni sił wskoczyliśmy na rowery i szybko nabijaliśmy na licznik kolejne kilometry. Pierwszy przystanek zrobiliśmy w celu gastronomicznym w Przecławiu. Skusił nas piękny park okalający mały pałacyk. Chociaż elegancki i odnowiony, pałac sprawiał wrażenie opustoszałego, w parku też kręciły się pojedyncze osoby, choć miejsce wręcz zachęcało do weekendowych spacerów. Ulokowaliśmy się na parkowej ławce i przygotowaliśmy szybki obiad. Goniący czas nie pozwolił nam na kuchenne wariacje i zadowoliliśmy się daniami instant i warzywami.
P4301081 (©PLANETADZIKA)

W porównaniu z wczorajszym dniem ten był ciepły i nawet słońce zechciało na na chwilę uraczyć. Droga mijała lekko, ponownie przejeżdżaliśmy przez małe wioski, ale również przez leśne trakty i polne drogi. Momentami droga w lesie przypominała piaskownicę i nasze ciężkie rowery z trudem radziły sobie na miękkim podłożu. Na szczęście piaszczyste odcinki były krótkie a jazda lasem mimo wszystko sprawiała dużo radości.

P4301091 (©PLANETADZIKA)
Dzięki dobrym warunkom pogodowo-drogowym w ekspresowym tempie dojechaliśmy do celu tego odcinka trasy, czyli do Zalipia. Wioska ta słynie z malowanych  w kwieciste wzory chat oraz wyposażenia domowego. jest to unikalne zjawisko, które początki swoje ma w XIX wieku. Do dziś w Zalipiu i okolicach można znaleźć kilkadziesiąt domów ozdobionych malowidłami. Można również odwiedzić muzeum poświęcone malarce, Felicji Curyłowej, jednej z pierwszych zalipiańskich malarek.
My niestety musieliśmy zadowolić się zobaczeniem malowideł z zewnątrz, bo dojechaliśmy do Zalipia już po zamknięciu muzeum. I tak było warto.
P4301140 (©PLANETADZIKA)

Dzień zbliżał się ku końcowi. postanowiliśmy spróbować przeprawić się przez Dunajec na drugą stronę, jak wiodła nasza trasa. Mostu w okolicy nie było i liczyliśmy na prom. Niestety obfite opady w ostatnich dniach unieruchomiły wszystkie lokalne promy.

P4301159 (©PLANETADZIKA)

Nie mieliśmy innego wyjścia, jak poczekać do jutra i zobaczyć co nowego dzień przyniesie. Mieliśmy dwa wyjścia: albo nadrobić 25 km do najbliższego mostu, albo otrzymać od losu trochę szczęścia i trafić na kursujący prom.
Opcja druga oczywiście interesowała nas bardziej. Prognozy pogody nie przewidywały opadów, więc szansa na powrót kursów promu była coraz większa. Rozbiliśmy namiot na wale w pobliżu promu i szybko wbiliśmy się w śpiwory.
Wieczór był chłodny ale przymrozek nam nie groził. Dobrze, że nasz namiot trzyma ciepło. Jakoś do rana wytrzymamy.

P4301033 (©PLANETADZIKA)

Dzikie Podkarpacie, mini rajd majowy, dzień 1.

Wstaliśmy wypoczęci i odetchnęliśmy z ulgą, kiedy po wyjrzeniu za okno zobaczyliśmy suche chodniki.

P4290662 (©PLANETADZIKA)

Sprawnie zebraliśmy rzeczy i zjedliśmy śniadanie. Prawo Murphy’ego jednak zadziałało i kiedy wsiadaliśmy na rowery zaczęło mrzeć. I w takim drobnym kapuśniaczku opuściliśmy Jarosław. Kiedy miasto znikło za nami w tyle  przestało siąpić. Z nową energią ruszyliśmy podrzędnymi drożynami w stronę Łańcuta. Niespełna dziesięć kilometrów za startem na naszej drodze pojawił się opuszczony mini dworek. Uśmiechnęliśmy się na myśl o urbexie, ale ostatecznie zwiedziliśmy obiekt tylko z zewnątrz.

P4290682 (©PLANETADZIKA)

Wróciliśmy na trasę. Przemierzaliśmy małe wioski, o których nikt nigdy nie słyszał i pewnie nie usłyszy. Mijaliśmy drewniane domki, niektóre dawno opuszczone, niektóre nadal dające schronienie istnieniom ludzkim, przejeżdżaliśmy obok dzikich sadów, kwitnących i cieszących oko białymi kwiatami, uciekaliśmy przed wiejskimi kundlami i wypatrywaliśmy bocianów. Było chłodno i pochmurno, ale dzikie proste piękno okolicy pozwalało zapominać o drobnych niedogodnościach.

P4290730 (©PLANETADZIKA)

P4290745 (©PLANETADZIKA)

Przed południem wjechaliśmy do Markowej, gdzie przywitał nas postmodernistyczny gmach całkowicie kontrastujący z dotychczasowym krajobrazem. Jak się okazało był to budynek muzeum poświęconego Polakom ratującym Żydów podczas wojny. Obok muzeum widniał drogowskaz prowadzący do skansenu polskiej wsi. Chwilę zastanowiliśmy się, który obiekt zwiedzić, gdyż czas nie pozwolił na zatrzymanie się tu na dłużej. Padło na skansen jako bardziej odpowiadający profilowi naszej wycieczki.

P4290762 (©PLANETADZIKA)

W bramie przywitała nas miła dziewczyna, która obiecała mieć oko na nasze rowery, kiedy mieliśmy zwiedzać muzeum. Skansen nie był duży, ograniczał się do jednej zagrody w której można było zobaczyć dwie chłopskie chaty z pełnym wyposażeniem, stodołę, młyn i obejście. Urokowi temu miejscu dodawał fakt, że wszystkie sprzęty i obiekty były autentyczne, to znaczy pochodzące z gospodarstw wiejskich z przełomu XIX i XX wieku. Bardzo podobało nam się takie przedstawienie życia chłopów.

P4290794 (©PLANETADZIKA)

Kiedy zakończyliśmy wizytę w skansenie zamieniliśmy jeszcze kilka słów z bileterką. Jako, że pora obiadowa trwała w najlepsze, zapytaliśmy o możliwość zjedzenia posiłku na terenie skansenu. Dziewczyna zgodziła się, byśmy usiedli w altanie nieopodal i zaoferowała nam herbatę. Przyjęliśmy jej miły gest i podgrzaliśmy sobie fasolkę po bretońsku. Chociaż napełniliśmy żołądki, chłód dalej nam doskwierał. Zmarznięci, szybko po posiłku wskoczyliśmy na rowery, by rozgrzać nieco zastałe mięśnie. W ten sposób migiem dotarliśmy do Łańcuta. ilość turystów trochę mnie przeraziła, ale ostatecznie bez wielkiej zwłoki bezpiecznie zaparkowaliśmy rowery przy kasach biletowych i wykupiliśmy wstęp na zwiedzanie komnat reprezentacyjnych.

P4290855 (©PLANETADZIKA)

Było co oglądać! Kto Łańcut zwiedził, wie o czym piszę, a tym, którzy jeszcze nie dotarli w te zakamarki Podkarpacia nie chcę za bardzo spoilować atrakcji czekających w komnatach rodziny Potockich. Nie mniej, napomknę, że urządzenie pokoi, meble, akcesoria, wszystko to jest oryginalnie zachowane i w żaden sposób nie zostało zrekonstruowane, co niestety w polskich muzeach jest standardem.

Po godzinie spędzonej w rezydencji magnackiej i duchowej uczcie w duchu humanizmu trudno było wsiąść ponownie na rowery. Nie mogliśmy jednak za długo marudzić, bo czekało nas jeszcze 40 km drogi.

P4290679 (©PLANETADZIKA)

Od Łańcuta jechaliśmy kilkanaście kilometrów szlakiem Green Velo. Wspomnienia z zeszłorocznego Rajdu same nasuwały się na myśl. Mijaliśmy kolejne wioski, kolejne drewniane chatki i kwitnące jabłonki. Minęliśmy Rzeszów, nie wjeżdżając do miasta. Niedaleko przed metą czekała nas mała atrakcja w postaci wiszącej kładki pieszo-rowerowej nad Wisłokiem, którą przyszło nam pokonać. Przejazd takim wąskim wiszącym mostem to całkiem ciekawa sprawa.

P4290927 (©PLANETADZIKA)

Wczesnym wieczorem dotarliśmy do Kolbuszowej. Trochę nas tego dnia wywiało, więc postanowiliśmy przenocować pod dachem. Znaleźliśmy motel z niedrogimi pokojami. Zameldowaliśmy się i przed położeniem się do spania poszliśmy na pizzę. Po całym dniu jazdy w chłodzie taka pizza wydawała się najwspanialszym rarytasem i spałaszowaliśmy swoje porcje do ostatniego okruszka. Zmęczenie dawało się we znaki i po powrocie do pokoju zasnęliśmy bardzo szybko.

P4290936 (©PLANETADZIKA)

Dzikie Podkarpacie, mini rajd majowy. Dzień 0.

Chociaż oficjalnie rajd rozpoczęliśmy w Jarosławiu, tak naprawdę przygoda zaczęła się wieczór wcześniej w Krakowie. I od tego momentu zaczniemy naszą opowieść.

P4270659 (©PLANETADZIKA)
Graty spakowane w sakwy i przygotowane do drogi

Ostatnie dni deszcz przedstawiał swoje wszelkie możliwe kreacje. Od siekącego kapuśniaczka, przez powoli kapiące lecz ciężkie krople prowokujące pytanie, czy to już trzeba rozkładać parasol, czy może jeszcze chwilka, aż po wściekle siekąca ulewę odbierającą wszelką nadzieję.

Ta ostatnia odsłona pana na D. Zaprezentowała się nam w piątkowy wieczór, kiedy to z całym wyprawowym dobytkiem upchniętym w sakwach Crosso, wybieraliśmy się na dworzec PKP.

20170428_175347

Spakowani i zapięci na ostatni guzik (a w zasadzie zatrzask) już rano zabraliśmy nasze sakwy i tak obładowani pojechaliśmy do pracy, wywołując tym niemałe poruszenie u współpracowników. Po odklepaniu ośmiu godzin w biurze, mając sporo czasu do odjazdu pociągu, usiedliśmy w pobliskiej restauracji i z coraz bardziej rzednącymi minami zerkaliśmy na tańczących  po drugiej stronie okna deszcz i wiatr. Wiedzieliśmy jednak, że poddanie się na starcie jest dla lamusów i zebrawszy resztki pozytywnej energii, nieco wspomożonej ciepłym posiłkiem, wsiedliśmy na rowery dołączając się do mokrego deszczowego tańca na ulicy i podjechaliśmy na stację. Na dworu czekała nas kolejna niemiła niespodzianka. Pociąg ze Szczecina do Przemyśla (czyli ten nasz) opóźniony był o około 25 minut. Nie tak źle, pomyśleliśmy i znaleźliśmy sobie kątek na peronie, gdzie mogliśmy schronić się przed hulającą parą atmosferycznych tancerzy.

20170428_172016
W pełnej gotowości czekamy na pociąg.

Chłód przenikał jednak nas do kości, więc aby jakoś wspomóc się w oczekiwaniu na pociąg, postanowiłam kupić nam po herbacie z cytryną. Zostawiłam Bartka z naszymi pojazdami i ruszyłam w czeluści przydworcowego pasażu handlowo-usługowego, jak to się ładnie teraz zwie.

Przedarcie się przez hordy podróżujących było nie lada wyzwaniem. Kolejnym, ani trochę łatwiejszym od poprzedniego było znalezienie kawiarni, która serwuje herbatę za kwotę jednocyfrową. Udało się. 10 minut stania w międzynarodowej kolejce i mogłam wrócić na peron z ciepłymi napojami.

Tam niestety okazało się, że pociąg zwiększył opóźnienie do minut 40. Staliśmy więc z papierowymi kubkami w ręku i próbowaliśmy pocieszyć się ich zawartością.

Po ciągnących się jak wieczność kilkudziesięciu minutach pociąg wtoczył się na stację. Sprawnie wpakowaliśmy się z całym sprzętem i po raz chyba pierwszy w naszych pociągowo-rowerowych wojażach mogliśmy docenić rowerowe udogodnienia. Przedsionek naszego wagonu mieścił 6 wieszaków na rowery, które w dodatku nie utrudniały pasażerom przejścia. Wynalazek na miarę PKP.

20170428_212112

Droga minęła szybko. Po niecałych trzech godzinach wysiedliśmy w dobrze nam już znanym z Rajdu Wschodniego Jarosławiu. Ku naszej uldze, tu nie padało a powietrze było suche i cieplejsze. Zadowoleni, ruszyliśmy w poszukiwaniu schroniska młodzieżowego, gdzie zaplanowaliśmy nocleg.

Nie szukaliśmy długo. Budynek znajdował się dwie przecznice od dworca. Schronisko świeciło pustkami, prawdopodobnie byliśmy jedynymi gośćmi. Panowie struże i recepcjoniści w jednym leniwie wypisali kartę zameldowania i wskazali nam pokój. Przypomniały mi się czasy wycieczek szkolnych. Łóżka ustawione w rządku, wielka szafa pod ścianą i umywalka… Tylko jakoś brakowało dziecięcych śmiechów i pisków. Zmęczeni położyliśmy się szybko, by nabrać sił na kolejny dzień. Jeszcze przed zaśnięciem wyjrzałam za okno – deszcz chyba postanowił nam towarzyszyć, bo na chodniku malowały się mokre plamy drobnej mżawki.  A co tam, bez deszczu, czy z nim, damy radę!

20170428_180706
Licznik wyzerowany. Czas nabijać kilometry!