Islandia dzika. Górzysta Północ, czyli jak dotrzeć do Akureyri

 

Pobyt nad jeziorem Myvatn pozwolił nam nieco wypocząć i nacieszyć się rzadkim a cennym na tej wyprawie dobrem, za jakie uważać zaczęliśmy prysznic. Jednak nie mogliśmy zabawić na kempingu dłużej niż weekend więc w poniedziałek wczesnym rankiem w promieniach słońca opuściliśmy kemping w Vogar. Nie spodziewaliśmy  się jeszcze, że kolejne dwa dni przyniosą niespodziewane i nieczęste na Islandii upały. Wprawdzie odnosząc się do środkowoeuropejskiej skali ciepła powiedzielibyśmy, że było przyjemnie ciepło – temperatura nie przekraczała 28o C. Jednak dla Islandczyków nieprzystosowanych do podobnych zjawisk atmosferycznych oznaczało to początek różnego rodzaju problemów, o których na własnej skórze mieliśmy się przekonać.

P7252267 (©PLANETADZIKA)
Rowerowy mostek

Zanim to jednak nastąpiło pół dnia drogi od kempingu na naszej drodze pojawiła się kolejna naturalna atrakcja – wodospad Godafoss. Trudno powiedzieć, które miejsce zająłby w rankingu na najpiękniejszy wodospad Islandii, gdyż podobnie jak wcześniej mijane zrobił na nas wielkie wrażenie, jednocześnie zachowując swoją unikalność i niepowtarzalny urok. Upał narastał więc zatrzymaliśmy się przy wodospadzie na dłużej. Zjedliśmy na szybko upichcony na kuchence obiad i odsapnęliśmy w cieniu, którego na bezdrzewnej Islandii jest jak na lekarstwo.

P7252260 (©PLANETADZIKA)
Wodospad Godafoss

Kiedy ruszyliśmy w dalszą drogę szybko zauważyliśmy, ze asfalt pokrywający drogę nr 1, którą nadal podróżowaliśmy stał się dziwnie miękki i lepki – krótko mówiąc, zaczął topnieć pod wpływem wysokiej temperatury powietrza. Na nasze nieszczęście jego drobinki wbijały się w dętki, co utrudniało jazdę i podwyższało ryzyko złapania gumy.

Nie mogąc za wiele poradzić na nietypowe zjawisko, jechaliśmy powoli dalej po coraz bardziej pagórkowatym terenie. Z mapy wynikało, że niebawem czeka nas kolejna wspinaczka na górską przełęcz. Tym razem, zmęczeni już ponad dwutygodniową jazdą, woleliśmy uniknąć kolejnej przeprawy i szukaliśmy alternatywnej mniej górzystej drogi. Znalazła się jak na zawołanie, w dodatku wydłużała trasę tylko o kilkanaście kilometrów.

P7252285 (©PLANETADZIKA)
Droga zwana Fnjóskadalsvegur eystri (tak racja tego nie da się wymówić)

Droga zwana Fnjóskadalsvegur eystri (tak racja tego nie da się wymówić)  odbiegała od głównej „jedynki” i wiła się doliną niewielkiej rzeki, co nie tylko wypłaszczyło naszą trasę, ale i dostarczyło ładnych widoków. Zmierzch zastał nas na niej, więc zatrzymaliśmy się na nocleg  na malowniczej łące przy brzegu rzeki, a następnego ranka dojechaliśmy do wyjątkowej atrakcji wyspy. Tym razem nie naturalnej, a kulturowej.

P7262336 (©PLANETADZIKA)
Skansen domków torfowych w Laufás

W małej osadzie Laufas znajduje się skansen domków torfowych, które są oryginalną i unikatową formą zabudowy stosowaną na Islandii jeszcze w pierwszej połowie XX wieku. W skansenie można zwiedzić domki od wewnątrz i poznać elementy życia codziennego mieszkańców islandzkiej osady na przełomie XIX i XX wieku. Zobaczymy pokoje pastora, sypialnie i salon jak i pomieszczenia gospodarcze i rzemieślnicze. Obok skansenu znajdziemy mały kościółek służący lokalnej ludności do dnia dzisiejszego. Choć atrakcja do najtańszych nie należy, pieniądze wydane w ten sposób na pewno nie będą stracone i wzbogacimy naszą wiedzę o podstawy islandzkiej kultury ludowej.

P7262339 (©PLANETADZIKA)
Koścół w Laufás

Po spędzeniu poranka w skansenie ruszyliśmy w dalszą trasę. Niedaleko za muzeum nasza droga ponownie skrzyżowała się z główną jedynką i powoli, wtaczając się na liczne pagórki dojeżdżaliśmy do Akureyri. Co ciekawe, w linie prostej miasto leżało w odległości kilku kilometrów od naszej pozycji, jednak dzielił nas głęboko wpijający się w ląd fiord. Islandczycy nie przewidzieli żadnego mostu po drodze, więc dojazd do miasta ciągnął się kilkadziesiąt kilometrów, ciągnących się w nieskończoność ze względu na ciągle jeszcze panujące upały i coraz to dłuższe podjazdy.

P7262303 (©PLANETADZIKA)
Ta droga dłuuuuuuuuuuuga jest

Wczesnym popołudniem dojechaliśmy jednak do podnóży miasta i przejechaliśmy most łączący naszą stronę fiordu z tą na której zbudowano Akureyri.  Zmęczeni, postanowiliśmy nie zabawiać zbyt długo w mieście. Zrobiliśmy zakupy w Bonusie i odsapnęliśmy w cieniu na stacji benzynowej. jako że tego dnia przejechaliśmy dość ciężki kawałek trasy a w niedalekiej przyszłości czekały nas kolejne spore podjazdy zafundowaliśmy sobie nagrodę w postaci włoskich lodów. Wierzcie lub nie, ale były to najlepsze lody na świecie. Nic tak nie smakuje, jak słodka nagroda w podróży!

P7262385 (©PLANETADZIKA)
Najlepsza nagroda dla wytrwałych cyklistów

 

Reklamy

Islandia dzika. Księżycowe pustkowia

Kiedy zdobywanie przełęczy Oxi zmieniło się we wspomnienie, nasze myśli zaprzątać zaczął dojazd nad największe islandzkie jezioro, Myvatn, gdzie planowaliśmy odpocząć i zażyć prysznica, którego od wyjechania z Djupivogur mieliśmy nie oglądać. Opuściliśmy Eglisstandir obładowani świeżymi zakupami i przejrzawszy dokładnie mapy regionu postanowiliśmy na moment jeszcze raz opuścić drogę nr 1, by ominąć kolejne spore podjazdy: za Elisstadir równolegle do krajówki przez ok 20 km ciągnęła się lokalna szutrowa droga, która nie tylko oszczędziła nam wspinaczki, ale i pozwoliła cieszyć oczy pięknym przełomem rzeki.

P7211808 (©PLANETADZIKA)

Niestety, gdy wróciliśmy na główną drogę, czekał nas jeszcze jeden duży podjazd, którego już nie sposób było okrążyć. Przez kolejne 5 km pokornie wpychaliśmy rowery pod górę, starając się zachować pogodę ducha. Przynajmniej pogoda była dla nas łaskawa. Słońce wprawdzie chowało się za gęstymi chmurami, ale wiał delikatny i ciepły wiatr, który znowu nam sprzyjał.

P7211826 (©PLANETADZIKA)

Kiedy odebraliśmy nagrodę za dzielną wspinaczkę w postaci zjazdu z górki, krajobraz do tej pory zielony i górzysty uległ znacznej zmianie. Był teraz raczej płaski, a z pagórkami zniknęły też rozległe łąki ustępując miejsca jałowym pustkowiom pokrytym piachem i kamieniami. Urozmaicały je czasem samotne szpiczaste pagóry, uformowane przez działający tu niegdyś lodowiec, które na myśl przywodziły śląskie chałdy, szare, nagie, nieprzyjazne.

P7211865 (©PLANETADZIKA)

Środkowo wschodnia część Islandii z pewnością nie należy do turystycznych zakątków, co nam było zdecydowani na rękę, gdyż liczba mijających nas samochodów drastycznie wręcz spadła a o innych sakwiarzach nie było mowy – momentami wydawało nam się, że jesteśmy jedynymi żywymi a nieskrzydlatymi istotami w promieniu kiludziesięciu kilometrów.

Mijał dzień a pustkowie wydawało się nie mieć końca. Zatrzymaliśmy się na nocleg w szczerym nigdzie osłonięci przed wiatrem ponurą chałdą. Mimo że okolica nie wyglądała przyjaźnie, a nam kończyla się woda podobał nam się ten, księżycowy, jak go sobie nazwaliśmy krajobraz. Było wyjątkowo cicho, sucho i spokojnie. Idealny klimat do nocnych kontemplacji.

P7211873 (©PLANETADZIKA)

Następnego dnia podjęliśmy decyzję, że zamiast gnać prosto nad Myvatn zrobimy mały skok w bok i podjedziemy pod wodospad Detifoss na rzece Jokulsa, największy pod względem przepływu wody wodospad w Europie. Zobaczenie tego cudu natury wiązało się z nadłożeniem ok. 26 km w jedną stronę, jednak jak się później przekonaliśmy, była to dobra decyzja a widoki, które zaoferował nam Detifoss będziemy trzymać w pamięci do końca życia.

P7221965 (©PLANETADZIKA)

Ogrom spadającej mętnej wody wręcz przytłaczał i budził respekt przed siłami natury. Trudno opisać słowami emocje, które towarzyszyły nam przy obserwowaniu tego przełomu rzeki, dlatego zostawiamy poniżej krótkie video, które choć w małym stopniu oddaje potęgę wodospadu.

Co ciekawe, kilkaset metrów od Detiffoss można podziwiać inny przełom Jokulsy, Selfoss, znacznie mniejszy, jednak interesujący ze względu na liczne ściany z których spada woda.

P7221982 (©PLANETADZIKA)

Oczarowani, wróciliśmy spowrotem w trasę, wracając do skrzyżowania, gdzie zdecydowaliśmy się odbić z głównej drogi. Od tego miejsca zostało nam już tylko 20 km do Myvatn, które zważywszy na nasze duże zmęczenie i coraz wyższe temperatury powietrza zdawały się ciągnąć w nieskończoność.

P7232021 (©PLANETADZIKA)

Zaraz przed wjazdem do miejscowości Reyjkahlid, leżącej u stóp wielkiego jeziora, na turystów czeka osobliwa atrakcja w postaci błotnych gejzerów i fumaroli, które wydzialają z siebie zapach nie zachęcający do dłuższej wizyty. Nie mniej warto zatrzymać się w tym miejscu przypomnającym pustynię i zobaczyć mniej znaną stronę natury, którą nasi przodkowie nazwaliby iście diabelską.

P7232025 (©PLANETADZIKA)

Kiedy już dość mieliśmy siarkowodorowego zapachu, pozostało nam pokonanie ostatniego pagórka, by z pędem wiatru wjechać do przyjeziornej osady i tam spędzić zaczynający się właśnie weekend.

 

Islandia Dzika. Wschodnie krańce

Pożegnawszy się z lodowcem Skaftafel, wjechaliśmy w mniej turystyczną część Islandii i szybko pedałowaliśmy na wschód. Szybko, gdyż prognozy pogody przewidywały obfite opady w odstępie niecałych dwóch dni, a my nauczeni przygodami z okolic Vik, nie chcieliśmy ponownie przemoknąć. W planach mieliśmy więc przeczekanie deszczu na kolejnym kempingu oddalonym od kempingu pod lodowcem, gdzie się zatrzymaliśmy poprzednio o równe 240 km. Rachunek był prosty: aby dotrzeć tam przed ulewą musimy przejechać każdego dnia po 120 km. Dzięki dwudniowemu odpoczynkowi przy lodowcu odzyskaliśmy trochę energii. Co więcej, wiało nadal w plecy, więc parliśmy dość sprawnie do przodu.

P7181501 (©PLANETADZIKA)

Krajobraz był pagórkowaty, im dalej na wschód tym więcej pokonywaliśmy wzniesień. Momentami droga przypominała szlaczek z zeszytu pierwszoklasisty. Kiedy już wtoczyliśmy się na górkę i liczyliśmy na chwilę ulgi, którą mógłby przynieść z niej zjazd, szybko przekonywaliśmy się, że za chwilę znów musimy wdrapywać się na kolejny pagórek.

P7181534 (©PLANETADZIKA)

Jedyną większą miejscowością, którą mijaliśmy po drodze było Hofn, jednak nie zawitaliśmy w jego progach. Zatrzymaliśmy się jedynie na stacji benzynowej przed wjazdem do osady, by się odświeżyć. Trafiliśmy tam w porze drugiego śniadania i w zamiast płacić za skorzystanie z WC, kupiliśmy jajka ugotowane na twardo, które stały się podstawą naszego posiłku i jednocześnie kulinarnym hitem dnia, gdyż w trasie nieczęsto mogliśmy pozwolić sobie na tego typu rarytasy.

Niedaleko od Hofn czekała nas przeprawa przez jedyny na tej wyprawie tunel. Ciągnął się około kilometra i choć był dobre oświetlony bardzo stresował mnie przejazd przez ten odcinek a głowę zaprzątały mi czarne myśli, których nawet uspokajający głos Bartka nie mógł przegonić. Oczywiście przejechaliśmy tunel bez szwanku, choć droga przezeń wiła się uporczywie pod górę.

P7181493 (©PLANETADZIKA)

U jego wylotu czekała nas mała niespodzianka, którą roboczo można by nazwać „road artem”. Na skale tuż przy szosie, ktoś umieścił duże drewniane krzesło pomalowane jaskrawą czerwoną farbą. Siedzący na nim mógł podziwiać panoramę rozległych łąk w dole doliny. Odsapnęliśmy przy tej niecodziennej formie sztuki, by niedługo potem ruszyć dalej na spotkanie z nowymi pagórkami.

P7181517 (©PLANETADZIKA)

Drugiego dnia od wyjazdu spod lodowca pogoda nieco się popsuła. Wiało mocniej, od strony morza, momentami moczył nas kapuśniaczek. Prognozy zaczęły się sprawdzać, co nas motywowało do dalszego pedałowania, mimo że zmęczenie zaczęło dawać się we znaki. Jechaliśmy małymi fiordami, co oznaczało, że pagórkom nie było końca. Pod koniec bardzo zwolniliśmy, walcząc z obolałym ciałem i wzmagającym się wiatrem. W zamian za wytrwałość i dotrzymanie obranego raz planu otrzymaliśmy nagrodę (może zafundowaną przez same islandzkie elfy?).

P7181569 (©PLANETADZIKA)

Tuż przed metą, czyli kempingiem we wiosce Djúpivogur, odkryliśmy dzikie jacuzzi z gorącą (bardzo) termalną wodą. Jako że jestem urodzonym wodołazem nie zastanawiałam się ani sekundy i w moment wyskoczyłam z ciuchów i już moczyłam obolałe mięśnie w cieplutkim hot-pocie. Bartek był bardziej zachowawczy i nie zdecydował się dołączyć do kąpieli. Potem żałował, a ja śmiało mogę przyznać, że kąpiel w tym jacuzzi była jedną z najwspanialszych chwil całego rajdu. Trudno było mi wyjść z wanny i zmusić się do przejechania ostatnich 4 km (bo tyle brakowało nami do dojazdu do miasteczka Djúpivogur). Innego wyjścia nie miałam, więc szybko ubrałam się i w kilka minut dotarliśmy do naszego celu. Trafiliśmy do kameralnego, bardzo sympatycznego kempingu, gdzie ogrzaliśmy się w ładnie urządzonej świetlicy i zjedliśmy porządny ciepły posiłek. Zapowiadany deszcz się nie zjawiał, jednak postanowiliśmy i tak zostać na noc w miasteczku k(tóre nota bene mogłoby śmiało konkurować o tytuł osady na końcu świata) i zregenerować siły przed czekającym nas najtrudniejszym odcinkiem całej trasy: przeprawą przez górską przełęcz Oxi.

P7191587 (©PLANETADZIKA)
Djúpivogur to rybacka osada położona na fiordach wschodnich.

Islandia dzika, Południe cz 2. Przez lodową krainę

Islandia nie bez powodu nazywana jest krainą lodu, a powodem tym nie jest bynajmniej jej położenie geograficzne i długa sroga zima, choć czynniki te z pewnością potwierdzają trafność nazwy. Przypisanie do Islandii atrybutu lodu wiąże się z lodowcem Vatnajökull, drugim co do wielkości w Europie, a trzecim na świecie. Zajmuje on powierzchnię 8100 km2 i mieści się w obrębie Parku Narodowego Skaftafell, który mieliśmy okazję zwiedzić.

P7161243 (©PLANETADZIKA)

Zanim jednak dotarliśmy pod jęzory lodowca i własnymi zmysłami doświadczyliśmy jego piękna, przejeżdżaliśmy przez dalszą część południowego wybrzeża, silnie naznaczoną niegdysiejszą obecnością lodowca. Po deszczowych dniach w końcu uśmiechnęło się do nas słońce, a wiatr silnie powiał w plecy, dosłownie dodając nam skrzydeł do jazdy. Niedaleko od Vik, które opuściliśmy po nocy spędzonej na kempingu, przy samej drodze można zobaczyć tzw. Miasteczko Elfów. Jest to całkiem spora połać ziemi usiana niezliczoną ilością niewielkich stożkowych konstrukcji z kamieni. Wedle lokalnej tradycji są to domki zamieszkiwane przez islandzkie elfy, te same które prosiliśmy o lepszą pogodę i które najwyraźniej nas posłuchały.

P7150891 (©PLANETADZIKA)

Jadąc dalej na zachód w stronę lodowca zobaczyliśmy olbrzymie, prawie niekończące się tereny pokryte dawno zastygłą lawą, porośniętą grubą warstwą specjalnego gatunku mchu, zwanego porostem islandzkim. Jest to bardzo gęsty i niezwykle miękki mech, który swoją strukturą przypomina wygodny materac. Nie ma w tym stwierdzeniu ani krztyny przesady – islandzki mech jest tak miękki i elastyczny, że gdy tylko wypróbowaliśmy jego właściwości, mieliśmy duże problemy z ponownym wskoczeniem na rowery i kontynuowaniem jazdy.

P7150898 (©PLANETADZIKA)

Zachęciła nas do tego kolejna atrakcja przyrodnicza czekająca niedaleko od naszej drogi. Był to malowniczy kanion rzeki xxx, meandrującej przez wysokie skały. Podziwiać go można zarówno z poziomu rzeki jak i z góry, wspinając się na łagodne zbocze i zyskując dzięki temu podwójną perspektywę.

P7150969 (©PLANETADZIKA)

Gdy nacieszyliśmy się widokami i wróciliśmy z powrotem na „jedynkę” krajobraz ponownie się zmienił. Zniknęły pola lawowe, a ich miejsce zajęły nieużytki i puste, niczym nieporośnięte przestrzenie. Wiatr dął przeraźliwie, na nasze szczęście prosto w plecy, dzięki czemu nie tylko nam nie utrudniał jazdy, a dzięki jego wsparciu szybciej mogliśmy opuścić niegościnne tereny. A dalej czekał na nas już tylko lodowiec. Dotarliśmy do jego stóp wieczorem piątego dnia jazdy, więc na nocleg zatrzymaliśmy się na kempingu na granicy parku Narodowego (więcej na temat kempingów możecie przeczytać w tym poście), a eksplorację terenu zostawiliśmy na następny dzień.

P7161178 (©PLANETADZIKA)

Poznawanie parku Skaftafell rozpoczęliśmy od spaceru do podnóży lodowca, gdzie jego jęzor wpływał do niewielkiego jeziorka, w którym kry pobłyskiwały . Widok tej potężnej masy lodu i kamieni robi wrażenie i powoduje że człowiek czuje się bardzo mały i kruchy.

P7161158 (©PLANETADZIKA)

Po przerwie na obiad postanowiliśmy zobaczyć lodowiec z góry i wspiąć się na pobliskie wzgórza. W drodze na punkt widokowy zawędrowaliśmy jeszcze pod piękny wodospad Svartifoss, który wyglądem przypomina klawisze fortepianu. Dotarłszy do celu nie zawiedliśmy się – z tej strony lodowiec prezentował się jeszcze bardziej okazale. Trudno było oderwać od niego wzrok, a usta otwarte w niemym zdumieniu za nic nie chciały się zamknąć. Napiszę, że widok był oszałamiający, choć słowo do w niewielkim stopniu oddaje piękno natury, jakie tam widzieliśmy.

P7161242 (©PLANETADZIKA)

Zmęczeni całodzienną wędrówką wróciliśmy na pole namiotowe, przed oczyma ciągle mając lodowcowy krajobraz. Z resztą nie pożegnaliśmy się z nim jeszcze na dobre, bo przez cały następny dzień, kiedy znów wsiedliśmy na rowery, by dalej zmierzać na wschód, mieliśmy okazję podziwiać laguny lodowcowe. Były to niewielkie jeziorka utworzone przez lodowiec, po których pływały piękne błękitne kry. Dla turystów zorganizowano tam nawet możliwość przepłynięcia wody łodzią, by w ten sposób odkryć oblicze islandzkiej przyrody. My się nie zdecydowaliśmy na tę opcję, po pierwsze ze względu na wysoką cenę atrakcji, a po drugie wydawała się nam ona za bardzo komercyjna. Za to mieliśmy okazję pospacerować po czarnej plaży sąsiadującej z laguną. Plaża ta czarna jest nie tylko z nazwy. Faktycznie piasek ją tworzący ma grafitową barwę, zachowując przy tym konsystencję i miękkość znanego nam z wakacyjnych kurortów jasnego piasku.

P7171357 (©PLANETADZIKA)

Czarna plaża jest miejscem, w którym większość masowych wycieczek autokarowych kończy bieg i zawraca do Reykjaviku. Za lagunami czekał już mniej przyjazny i uboższy w atrakcje teren, bardziej pagórkowaty i wietrzny. Dla nas jednak był to dopiero początek przygody i z ciekawością wyjechaliśmy poza najbardziej turystyczną część Islandii. Cel niezmiennie mieliśmy jeden: objechać Islandię, więc kierunek też pozostał jeden: na wschód.

P7171399 (©PLANETADZIKA)

Islandia Dzika. Południe cz.1.

Poza Złotym Kręgiem, o którym pisaliśmy ostatnio, jednym z najpopularniejszych regionów Islandii pośród turystów zarówno tych rowerowych jak i samochodowych jest południowe wybrzeże. Ci, którzy nie zdecydują się na wycieczkę po całej wyspie wybierają zwykle właśnie południe za cel swojej podróży. Powodów popularności południa jest co najmniej kilka: bogactwo atrakcji naturalnych, niewielka odległość od Reykjaviku, płaskawy teren i rozwinięta baza turystyczna. Jednak z drugiej strony, na południu pogoda jest bardzo zmienna i znacznie bardziej deszczowa niż w innych regionach Islandii. Przygotować się więc trzeba na zwiedzanie w pelerynce przeciwdeszczowej.

P7130734 (©PLANETADZIKA)

Jedną z ważniejszych atrakcji, oddaloną  kilkadziesiąt kilometrów od Złotego Kręgu jest Wodospad Seljalandsfoss, który podziwiać można z wielu różnych perspektyw, nawet od tyłu, dzięki ścieżce poprowadzonej za strumień spadającej wody. Trzeba jednak pamiętać, by idąc pod wodospad zabrać nieprzemakalne ubranie, bo nawet przy łagodnym wietrze bryza rozpryskuje się na wszystkie strony, więc okrążenie wodospadu może skończyć się całkowitym przemoczeniem ubrania. Seljalandsfoss może nie jest tak okazały jak Gulfoss, jednak jego ciekawe ułożenie i możliwość spojrzenia na spadającą wodę z innej strony przyczyniają się do jego rosnącej popularności.

P7130735 (©PLANETADZIKA)

My do wodospadu dojechaliśmy popołudniu trzeciego dnia wyprawy. Deszcz postanowił dać nam chwilę oddechu i nawet przesuszyliśmy trochę mokre ubrania. Nabraliśmy wiatru w skrzydła, czy może bardziej w koła i bez trudu pokonaliśmy 100 km. Pod koniec dnia zboczyliśmy trochę z głównej drogi, by szutrową, bardzo dziurawą drogą dojechać do niepozornego parkingu pośród wzgórz. Dla niewtajemniczonych osób miejsce to wygląda bardzo osobliwie – po co ktoś miałby organizować parking w środku nigdzie, z dala od turystycznych atrakcji? My jednak doskonale wiedzieliśmy, że to punkt postoju dla osób podróżujących samochodem, z którego prowadzi ścieżka do nieprzewodnikowej atrakcji, lecz już coraz bardziej rozpowszechnionej – dzikiego górskiego basenu.

P7130799 (©PLANETADZIKA)

P7130794 (©PLANETADZIKA)

Pozostawiliśmy na parkingu rowery i krętą górską ścieżką podeszliśmy do ukrytego w dolinie basenu (Link do filmiku). Woda w nim pochodziła z termalnych źródeł, więc jej temperatura niezależnie od pogody i pory roku była bardzo przyjemna dla ciała. Skorzystaliśmy z przebieralni postawionych przy basenie (choć stan w jakim pozostawili je nasi poprzednicy dawał wiele do życzenie i niestety równie wiele mówił o poziomie turystów którzy do niego doprowadzili) i wskoczyliśmy w stroje kąpielowe.  Już po chwili grzaliśmy się w ciepłej wodzie i podziwialiśmy górski krajobraz. Trudno było wyjść z przyjemnej wody, ale zbliżający się zmierzch pomógł nam podjąć decyzję. Wróciliśmy po rowery i przenocowaliśmy nieopodal dolinki z basenem.

P7130804 (©PLANETADZIKA)

Niestety kolejny dzień nie był dla nas tak udany. Deszcz o nas nie zapomina i postanowił towarzyszyć nam znowu trochę. tym razem był jednak znacznie silniejszy niż podczas zwiedzania Złotego Kręgu i dogadał się z wiatrem, który wiał uparcie z boku, spowalniając jazdę i przenikając nasze ciała do szpiku kości. Walczyliśmy jak tylko mogliśmy z islandzką pogodą ale w końcu poddaliśmy się w tej nierównej walce i przejechawszy w ulewie niecałe 40 km zatrzymaliśmy się w Vik, najbliższej nam miejscowości oferującej nocleg pod dachem.

P7140818 (©PLANETADZIKA)

Niestety wszystkie hotele były przepełnione i pozostało nam przeczekanie deszczu na kempingu, który na szczęście posiadał zadaszoną i ogrzewaną świetlicę, gdzie mogliśmy obeschnąć. Z ulgą przyjęliśmy ten nieplanowany postój w Vik, chociaż żałowaliśmy, że z powodu fatalnej pogody nie możemy w najmniejszym stopniu skorzystać z atrakcji, jakie oferują okolice tego miasteczka. W planach mieliśmy zwiedzenie plaży Kirkjufjara z urokliwą latarnią i okazałym łukiem bazaltowym oraz wraku samolotu, który dawno temu rozbił się u południowych wybrzeży Islandii, a dziś jego szkielet stanowi atrakcję dla miłośników alternatywnej turystyki. Niestety żaden z tych planów nie został zrealizowany, a czas spędzony w Vik i Myrdal poświęciliśmy na suszenie ubrań oraz odpoczynek przy lekturze w kempingowej świetlicy. Cały czas nie traciliśmy wiary, że pogoda w końcu zacznie nam sprzyjać. Prognozy na następne dni tylko naszą wiarę umacniały.

P7150838 (©PLANETADZIKA)

Islandia. Wyprawa dzika. Złoty Krąg

Według przewodników i mądrości internetowych, tak zwany Golden Circle (Złoty Krąg)  to najpiękniejszy region na Islandii, obfitujący w największe turystyczne perełki. Nawet jeśli przyjeżdżasz na północną wyspę tylko na chwilę, nie możesz pominąć wycieczki w to miejsce – to tak, jakby pojechać do Paryża i nie zobaczyć wieży Eiffla, albo ominąć Koloseum w Rzymie.

Mimo dobrej reklemy, Według naszych kryteriów Złoty Krąg nie był największą atrakcją wyprawy, choć trudno się nie zgodzić, że odwiedzenie głównych punktów tego regionu wywołuje efekt „wow” i przez kilka minut trudno zamknąć usta z wrażenia.

P7110537 (©PLANETADZIKA)

Popularność Złotego Kręgu wynika przede wszystkim z jego położenia nieopodal Reykjaviku. Wystarczy wyjechać kilkadziesiąt kilometrów za miasto, by móc podziwiać pierwsze cuda natury. Jeśli podróżujemy samochodem, zwiedzenie trzech topowych atrakcji Islandii zamknie się w jednodniowej wycieczce ze stolicy, bez konieczności wstawania bladym świtem. Podróżnikom rowerowym, takim jak my, zwiedzenie Golden Circle zajmie nieco więcej czasu. Dla przykładu, my w tej okolicy spędziliśmy dwa dni. Pierwszy, późno rozpoczęty, ze względu na konieczność zaopatrzenia się w dyskoncie, który z nieznanych nam przyczyn otwierany jest dopiero o godzinie 11.00, upłynął nam na wyjeździe z miasta i dotarciu do pierwszego „must be” Złotego Kręgu, czyli Doliny Ryftowej, otwierającej park narodowy Þingvellir.

Miejsce niesamowite, gdyż znajduje się na styku płyt kontynentalnych euroazjatyckiej i północnoamerykańskiej. Jak można sobie wyobrazić, teren ten wykazuje dużą aktywność sejsmiczną, a krajobraz poprzecinany jest licznymi bruzdami i wąwozami. Największym z nich jest wąwóz Almannagjá, którym można się przespacerować obserwując piękną rzeźbę terenu.

P7110559 (©PLANETADZIKA)

Nieopodal wąwozu znajduje się największe na wyspie jezioro Þingvallavat, prawdziwy raj dla wędkarzy. Mieliśmy okazję podziwiać jego piękną szatę jadąc wzdłuż jego linii brzegowej. Zostawiając je niedaleko za plecami rozbiliśmy się na pierwszy nocleg w trasie. Znaleźliśmy urokliwą polankę nad rzeką, już poza obszarem chronionym i tam spędziliśmy pogodną noc.

P7110533 (©PLANETADZIKA)

Niestety ranek kazał zapomnieć o dobrej pogodzie dnia poprzedniego. Obudził nas rzęsisty deszcz i w jego towarzystwie przyszło nam zaliczać kolejne atrakcje Złotego Kręgu. Całkowicie przemoczeni dojechaliśmy do największego w Islandii gejzeru wodnego Stokkur, otoczonego gorącymi strumykami i innymi, starszymi już nie plującymi gejzerami. Co kilka minut Stokkur wystrzeliwał z siebie 20 metrową fontannę gorącej wody, co robiło niemałe wrażenie i pozwalało na chwilę zapomnieć o fatalnej aurze.

P7120594 (©PLANETADZIKA)

Kiedy już raz zobaczy się wybuchający gejzer, nie bardzo chce się wracać i ruszać w dalszą drogę. Mimo zimna, wiatru i siekącego deszczu staliśmy jak kamienne posągi czekając na kolejne wybuchy. Dopiero po długich minutach gapienia się w gejzer, pozwoliliśmy wygrać rozsądkowi i wsiedliśmy na rowery.

P7120601 (©PLANETADZIKA)

Nasz niedosyt piękna islandzkiej przyrody został bardzo szybko zaspokojony, gdyż po godzinie pedałowania (niestety głównie pod górę) dotarliśmy pod kolejny hit Złotego Kręgu, wodospad Gulfoss. Nie będzie zaskoczeniem, jeśli sprecyzuję, że po islandzku jego nazwę tłumaczy się jako Złoty Wodospad, wszak skoro krąg jest złoty to i wodospad musi być niczego sobie.

P7120615 (©PLANETADZIKA)

 I był. Składający się z dwóch, prostopadle do siebie położonych kaskad, przełamywał rzekę Hvitę i ściągał do siebie rzesze turystów. Dzięki wytyczonym ścieżkom zobaczyć można go było z różnych perspektyw, podchodząc pod kaskadę, bądź wdrapując się na wyższe kondygnacje i patrząc na ten cud natury z góry.

Gdyby nie nieustępliwy deszcz pewnie zostalibyśmy przy Godafoss dłużej, jednak warunki tego dnia dyktowała pogoda, która kazała nam ponownie zbierać się, pozostawiający tylko cień nadziei, iż  dzięki temu uciekniemy w końcu przed chmurą.

P7120644 (©PLANETADZIKA)

Nasze nadzieje jednak nie zostały spełnione, przynajmniej nie tego dnia. Trochę zmartwieni postanowiliśmy zwrócić się o wsparcie do islandzkich Elfów, które wedle podań mieszkańców zamieszkują dzikie ostępy wysypy i wpływają na losy odwiedzających ich krainę. Nie są bogami, nie są też ludźmi; to tajemnicze istoty, które trudno spotkać osobiście, w które trzeba po prostu uwierzyć. Jeśli chce się zyskać ich przychylność warto zbudować im mały domek z kamieni. Trud to żaden, a przecież lepiej mieć po swojej stronie tak potężne istoty. Zwłaszcza jeśli jest się przemoczonym cyklistą, którego czeka kolejne 20 dni przygody. Tak więc każdy z nas zbudował swój domek dla Elfów i wyjechaliśmy ze Złotego Kręgu, ciągnąc za sobą deszczowe chmury. Nastroje mieliśmy jednak nie najgorsze, podsycane świeżym wspomnieniem odwiedzonych atrakcji. A to był dopiero  początek przygody.

P7120640 (©PLANETADZIKA)

 

8 porad, jak przetrwać kilkutygodniową wyprawę rowerową

Długie wyprawy rowerowe (a za takie uważam te trwające ponad tydzień) są nie tylko świetnym sposobem na aktywne spędzenie urlopu, ale również stanowią małą (lub czasem większą) szkołę przetrwania. Są oczywiście osoby, dla których perspektywa spędzenia kilkunastu dni na rowerowym siodełku i kręcenia dzień w dzień kilkudziesięciu kilometrów jest niczym kara za wszystkie grzechy świata. Czytelników identyfikujących się z tym stwierdzeniem rozczarujemy, bo to nie post dla nich. Jednak jeśli po głowie chodzi wam czasem myśl, by spakować graty i wybrać się na dłużej rowerem, ale macie także pełno obaw i znaków zapytania, zapraszamy do zapoznania się z poniższym mini poradnikiem, jak przetrwać na kilkutygodniowej wyprawie rowerowej. Może rozwieje się część waszych wątpliwości.

P7262433 (©PLANETADZIKA)

1. Solidne przygotowanie i zorganizowanie wyprawy

Wyprawa zaczyna się wiele miesięcy przed planowanym startem. Zaczyna się w twojej głowie i w twoim wygodnym fotelu. Pierwsze co musisz zrobić to z niego wstać i zacząć przygotowywać plan wyjazdu. Co to znaczy? A no to, że musisz poczytać o kraju/regionie, który chcesz odwiedzić, przygotować trasę rajdu, zaplanować kilometraż,  budżet, przewidzieć atrakcje i co niemiłego może się zdarzyć. Musisz też zadbać o sprzęt, przede wszystkim rower, ale i o siebie. Regularne treningi mile widziane, a tą zgrzewkę piwa, co czeka na ciebie w lodówce, powinieneś sprezentować przyjaciołom. Jeśli odpowiednio wcześniej wszystko dograsz, mniej rozczarowań spotka cię w trasie.

P6120241 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

2. Zrób zakupy przed wyjazdem

Brzmi trywialnie? Być może, jednak warto zaopatrzyć się w prowiant, zwłaszcza jeśli jedziemy za granicę. Nawet jeśli nie planujesz wypadu na dzikie pustkowia, lepiej część jedzenia zabrać z Polski. I nie jest to bynajmniej objaw rodzimego cebulactwa. Za granicą często jest drożej, a i nie zawsze znajdziesz wszytko, co przewidziałeś. Nie chcesz też przez dwa tygodnie jeść dzień w dzień zupki chińskie, bo tylko na to było cię stać w zagranicznym markecie.

P7040446 (©PLANETADZIKA)

3. Weź kogoś ze sobą.

Nie byle kogo. Kogoś zaufanego, z kim lubisz spędzać czas i kto cię nie zawiedzie, ani nie zamarudzi na śmierć. O zaletach podróży w parze pisaliśmy tu, więc nie będę się powtarzać.

P8032910 (©PLANETADZIKA)

4. Mierz siły na zamiary.

Niestety chcę nie zawsze znaczy mogę. Jeżeli dotąd nie jeździłeś za często i za daleko rowerem nie rzucaj się na rowerowy rajd po puszczy amazońskiej. Wybierz miejsce, któremu pod względem klimatu, przewyższeń na trasie i poziomu infrastruktury drogowej będziesz mógł sprostać. Warto skorzystać z relacji osób, które już dane miejsce odwiedziły.

5. Wyznacz kilometraż na każdy dzień.

Jeśli z góry założysz ile kilometrów będziesz robić podczas rajdu, znacznie łatwiej będzie ci tego dotrzymać. Znając swoje możliwości, limit czasowy i teren po którym będziesz się poruszać, bez trudu oszacujesz ile kilometrów przejedziesz. Najłatwiej ustalić stały kilometraż na każdy dzień wyprawy, o ile teren jest równy i warunki niezmienne. Jeśli jednego dnia czekają cię podjazdy, lepiej zmniejszyć ilość kilometrów, które nadrobisz, jak droga się wypłaszczy. 🙂

P7201703 (©PLANETADZIKA)

6. Wszystko jest w głowie.

A inaczej nazywa się to wytrwałość. Jeśli wcześniej nastawisz się na wielodniową jazdę i zaakceptujesz, że wiąże się z tym wyjście ze strefy komfortu, pokonywanie kolejnych kilometrów przyjdzie ci łatwiej. Przyjmij do wiadomości, że podjazdy i tak będą. Zawsze. Nawet jeśli twoja mega-aplikacja obliczyła liczbę maksymalnych przewyższeń na 2 metry. Będzie cię też bolało. W różnych miejscach. I nie będzie miękkiego łóżeczka. Jeśli to przełkniesz i się z tym pogodzisz, będzie okej.

P7181501 (©PLANETADZIKA)

7. Wyznaczaj sobie małe cele.

Będąc w trasie, jeśli czujesz, że motywacja spada, a siodełko wbija się coraz boleśniej w tyłek, wyznacz sobie mały cel, który osiągniesz zanim zrobisz przerwę. Na przykład: „wjadę na tę następną górkę i jak zjadę to odpocznę” lub „Jak dobiję do 40 km to zjem batonika”. Planowanie małych nagród za osiągnięcie małych celów motywują i pozwalają na sprawne prowadzenie rajdu.

8. Olej rzeczy, na które nie masz wpływu.

Zła pogoda? Brak prysznica już 4 dzień? Pole namiotowe droższe niż myślałeś? Trudno. Nic z tym nie zrobisz. Z optymizmem podchodź do otaczającej cię rzeczywistości i staraj się obrócić bieg rzeczy na swoją korzyść. Brzmi jak z lekcji jakiegoś life coacha? Może i tak, ale i bez tego wiadomo że kto nie walczy ten przegrywa. Sam pisałeś się na rowerowy rajd, więc i złą pogodę i niewygodę i nadprogramowe wydatki przewidziałeś (zgodnie z punktami 1 i 6). Pozytywne nastawienie to połowa sukcesu.

P7312705 (©PLANETADZIKA)

Jeśli tu dobrnęliście, to pewnie nasuwa się wam na myśl refleksja, że tak naprawdę przetrwanie długiego rajdu to w znacznej większości (80%) odpowiednie nastawienie a w małej części (20%) materialne czy fizyczne przygotowania. Wszystko jest w głowie!

Konkurs „Dzikie podróże Dzika”

W dniach 17 – 25 sierpnia organizujemy na naszej stronie fb konkurs dla fanów naszego profilu.
Poniżej publikujemy regulamin konkursu.

konkurs planetadzika
POSTANOWIENIA OGÓLNE
1. Konkurs organizowany jest pod nazwą „dzikie podróże Dzika”
2. Organizatorem konkursu i fundatorem nagród są Administratorzy fanpage’u Planeta Dzika działającego na serwisie społecznościowym Facebook.com
3. Konkurs odbywa się w terminie 17-25 sierpnia 2017.

WARUNKI I ZASADY UCZESTNICTWA W KONKURSIE
1. Uczestnikiem konkursu może być każda pełnoletnia osoba fizyczna, która:
– jest obywatelem Rzeczpospolitej Polskiej
– posiada konto na serwisie społecznościowym Facebook.com
2. Aby wziąć udział w konkursie należy spełnić następujące warunki:
– napisać pod postem konkursowym komentarz, będący odpowiedzią na pytanie: W jakie miejsce świata powinien udać się Dzik Bernard w następną podróż? Odpowiedź należy krótko uzasadnić.
– Polubić post konkursowy.
3. Komentarz należy napisać w języku polskim z zachowaniem zasad pisowni i ortografii. Komentarze zawierające treści wulgarne lub obraźliwe będą natychmiast usuwane, a użytkownik zablokowany przez Administratora.
4. Spośród opublikowanych komentarzy Organizator wybierze najciekawszą i najbardziej oryginalną jego zdaniem odpowiedź, która zostanie nagrodzona.
5. Konkurs nie zostanie rozstrzygnięty, jeśli liczba uczestników będzie mniejsza niż 10.

NAGRODY
1. Nagrodami w konkursie są:
Koszulka w wybranym przez zwycięzcę rozmiarze oraz gadżet rowerowy niespodzianka.
2. Zwycięzca zostanie powiadomiony o wygranej na fanpage’u Planeta Dzika.

POSTANOWIENIA KOŃCOWE
1. Wszelkie wątpliwości dotyczące Zasad Konkursu, postanowień Regulaminu i jego interpretacji rozstrzyga Organizator.
2. Organizator jest uprawniony do zmiany postanowień niniejszego Regulaminu.

 

Islandia, wyprawa dzika. Statystyki

Uff! I oto jesteśmy z powrotem! Po ponad trzech tygodniach spędzonych na rowerach, mknąc islandzką „jedynką”, smagani wiatrem, pieczeni słońcem lub dręczeni deszczem, powróciliśmy do Krakowa do szarej codzienności. Ale z jakim bagażem wspomnień i doświadczeń! Ale spokojnie. Na relację z wyprawy przyjdzie jeszcze pora, a na dobry początek (i by wam zaostrzyć apetyt na opowieść) chcemy podzielić się garścią statystyk dotyczących różnych aspektów rajdu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
No to zaczynamy:

  • Liczba przejechanych kilometrów rowerem: 1684 km
  • Liczba przejechanych kilometrów autobusem: 0 km
  • Średni kilometraż dzienny: 80 km/dzień
  • Najdłuższy dystans dzienny: 153 km/dzień
  • Najkrótszy dystans dzienny: 42 km/dzień
  • Średnia prędkość: 17km/h
  • Największa osiągnięta prędkość: 63km/h
  • Najwyższe przewyższenie: od 0 m.n.p.m do 532 m.n.p.m
  • Największe nachylenie drogi: 17%
  • Liczba przebitych dętek: 1
  • Najniższa temperatura powietrza: ok. 5 st C
  • Najwyższa temperatura powietrza: ok. 28 st C
  • Liczba dni deszczowych (deszcz powyżej 2mm, trwający dłużej niż godzinę):2
  • Liczba noclegów na kempingach: 10
  • Liczba noclegów „na dziko”: 15
  • Zapas zabranego jedzenia na starcie: 20-21 kg
  • Liczba zjedzonych konserw mięsnych: 0
  • Liczba wypitych piw: 14 (na dwie osoby)
  • Liczba kupionych butelek wody mineralnej: 1
  • Liczba straconych kg masy ciała: ok. 10 kg/osoba
  • Ilość zużytego paliwa do palnika: 1,5 l
  • Liczba mijanych owiec i baranów: niepoliczalna

Tak w największym skrócie można opisać naszą wyprawę. Dane liczbowe nie oddają jednak ducha przygody, więc obiecujemy, że szybko rozpoczniemy nowy cykl na blogu i opiszemy wam po kolei różne regiony Islandii oraz powspominamy nasze i Dzika perypetie. Będzie też trochę praktycznych porad, rzut oka na kulturę i społeczność islandzką i oczywiście bardzo dużo zdjęć z trasy! 🙂
Do przeczytania, miłośnicy Dzika

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Islandia – Przygotowania do wyprawy, cz. 4

Od miesiąca prowadzimy intensywne przygotowania do naszej wyprawy dookoła Islandii, na którą wyruszamy już za niecały tydzień.
Oprócz rowerowych treningów, o których już pisaliśmy w tym poście  oraz testowania nowego sprzętu zajmowaliśmy się szczegółowym planowaniem trasy, wyznaczaniem postojów oraz przygotowywaniem i uzupełnieniem sprzętu, a także robieniem zapasów żywności.
Trzytygodniowy rajd rowerowy to duże przedsięwzięcie logistyczne i wymaga dobrego przemyślenia różnych wariantów w bardzo różnych kwestiach: od pogody  przez plan posiłków po planowanie transportu z lotniska.
Poniżej kilka nowych ujęć z naszych przygotowań.

P7040446 (©PLANETADZIKA)P6120241 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)OI000053 (©PLANETADZIKA)P6290437 (©PLANETADZIKA)