8 porad, jak przetrwać kilkutygodniową wyprawę rowerową

Długie wyprawy rowerowe (a za takie uważam te trwające ponad tydzień) są nie tylko świetnym sposobem na aktywne spędzenie urlopu, ale również stanowią małą (lub czasem większą) szkołę przetrwania. Są oczywiście osoby, dla których perspektywa spędzenia kilkunastu dni na rowerowym siodełku i kręcenia dzień w dzień kilkudziesięciu kilometrów jest niczym kara za wszystkie grzechy świata. Czytelników identyfikujących się z tym stwierdzeniem rozczarujemy, bo to nie post dla nich. Jednak jeśli po głowie chodzi wam czasem myśl, by spakować graty i wybrać się na dłużej rowerem, ale macie także pełno obaw i znaków zapytania, zapraszamy do zapoznania się z poniższym mini poradnikiem, jak przetrwać na kilkutygodniowej wyprawie rowerowej. Może rozwieje się część waszych wątpliwości.

P7262433 (©PLANETADZIKA)

1. Solidne przygotowanie i zorganizowanie wyprawy

Wyprawa zaczyna się wiele miesięcy przed planowanym startem. Zaczyna się w twojej głowie i w twoim wygodnym fotelu. Pierwsze co musisz zrobić to z niego wstać i zacząć przygotowywać plan wyjazdu. Co to znaczy? A no to, że musisz poczytać o kraju/regionie, który chcesz odwiedzić, przygotować trasę rajdu, zaplanować kilometraż,  budżet, przewidzieć atrakcje i co niemiłego może się zdarzyć. Musisz też zadbać o sprzęt, przede wszystkim rower, ale i o siebie. Regularne treningi mile widziane, a tą zgrzewkę piwa, co czeka na ciebie w lodówce, powinieneś sprezentować przyjaciołom. Jeśli odpowiednio wcześniej wszystko dograsz, mniej rozczarowań spotka cię w trasie.

P6120241 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

2. Zrób zakupy przed wyjazdem

Brzmi trywialnie? Być może, jednak warto zaopatrzyć się w prowiant, zwłaszcza jeśli jedziemy za granicę. Nawet jeśli nie planujesz wypadu na dzikie pustkowia, lepiej część jedzenia zabrać z Polski. I nie jest to bynajmniej objaw rodzimego cebulactwa. Za granicą często jest drożej, a i nie zawsze znajdziesz wszytko, co przewidziałeś. Nie chcesz też przez dwa tygodnie jeść dzień w dzień zupki chińskie, bo tylko na to było cię stać w zagranicznym markecie.

P7040446 (©PLANETADZIKA)

3. Weź kogoś ze sobą.

Nie byle kogo. Kogoś zaufanego, z kim lubisz spędzać czas i kto cię nie zawiedzie, ani nie zamarudzi na śmierć. O zaletach podróży w parze pisaliśmy tu, więc nie będę się powtarzać.

P8032910 (©PLANETADZIKA)

4. Mierz siły na zamiary.

Niestety chcę nie zawsze znaczy mogę. Jeżeli dotąd nie jeździłeś za często i za daleko rowerem nie rzucaj się na rowerowy rajd po puszczy amazońskiej. Wybierz miejsce, któremu pod względem klimatu, przewyższeń na trasie i poziomu infrastruktury drogowej będziesz mógł sprostać. Warto skorzystać z relacji osób, które już dane miejsce odwiedziły.

5. Wyznacz kilometraż na każdy dzień.

Jeśli z góry założysz ile kilometrów będziesz robić podczas rajdu, znacznie łatwiej będzie ci tego dotrzymać. Znając swoje możliwości, limit czasowy i teren po którym będziesz się poruszać, bez trudu oszacujesz ile kilometrów przejedziesz. Najłatwiej ustalić stały kilometraż na każdy dzień wyprawy, o ile teren jest równy i warunki niezmienne. Jeśli jednego dnia czekają cię podjazdy, lepiej zmniejszyć ilość kilometrów, które nadrobisz, jak droga się wypłaszczy. 🙂

P7201703 (©PLANETADZIKA)

6. Wszystko jest w głowie.

A inaczej nazywa się to wytrwałość. Jeśli wcześniej nastawisz się na wielodniową jazdę i zaakceptujesz, że wiąże się z tym wyjście ze strefy komfortu, pokonywanie kolejnych kilometrów przyjdzie ci łatwiej. Przyjmij do wiadomości, że podjazdy i tak będą. Zawsze. Nawet jeśli twoja mega-aplikacja obliczyła liczbę maksymalnych przewyższeń na 2 metry. Będzie cię też bolało. W różnych miejscach. I nie będzie miękkiego łóżeczka. Jeśli to przełkniesz i się z tym pogodzisz, będzie okej.

P7181501 (©PLANETADZIKA)

7. Wyznaczaj sobie małe cele.

Będąc w trasie, jeśli czujesz, że motywacja spada, a siodełko wbija się coraz boleśniej w tyłek, wyznacz sobie mały cel, który osiągniesz zanim zrobisz przerwę. Na przykład: „wjadę na tę następną górkę i jak zjadę to odpocznę” lub „Jak dobiję do 40 km to zjem batonika”. Planowanie małych nagród za osiągnięcie małych celów motywują i pozwalają na sprawne prowadzenie rajdu.

8. Olej rzeczy, na które nie masz wpływu.

Zła pogoda? Brak prysznica już 4 dzień? Pole namiotowe droższe niż myślałeś? Trudno. Nic z tym nie zrobisz. Z optymizmem podchodź do otaczającej cię rzeczywistości i staraj się obrócić bieg rzeczy na swoją korzyść. Brzmi jak z lekcji jakiegoś life coacha? Może i tak, ale i bez tego wiadomo że kto nie walczy ten przegrywa. Sam pisałeś się na rowerowy rajd, więc i złą pogodę i niewygodę i nadprogramowe wydatki przewidziałeś (zgodnie z punktami 1 i 6). Pozytywne nastawienie to połowa sukcesu.

P7312705 (©PLANETADZIKA)

Jeśli tu dobrnęliście, to pewnie nasuwa się wam na myśl refleksja, że tak naprawdę przetrwanie długiego rajdu to w znacznej większości (80%) odpowiednie nastawienie a w małej części (20%) materialne czy fizyczne przygotowania. Wszystko jest w głowie!

Reklamy

Konkurs „Dzikie podróże Dzika”

W dniach 17 – 25 sierpnia organizujemy na naszej stronie fb konkurs dla fanów naszego profilu.
Poniżej publikujemy regulamin konkursu.

konkurs planetadzika
POSTANOWIENIA OGÓLNE
1. Konkurs organizowany jest pod nazwą „dzikie podróże Dzika”
2. Organizatorem konkursu i fundatorem nagród są Administratorzy fanpage’u Planeta Dzika działającego na serwisie społecznościowym Facebook.com
3. Konkurs odbywa się w terminie 17-25 sierpnia 2017.

WARUNKI I ZASADY UCZESTNICTWA W KONKURSIE
1. Uczestnikiem konkursu może być każda pełnoletnia osoba fizyczna, która:
– jest obywatelem Rzeczpospolitej Polskiej
– posiada konto na serwisie społecznościowym Facebook.com
2. Aby wziąć udział w konkursie należy spełnić następujące warunki:
– napisać pod postem konkursowym komentarz, będący odpowiedzią na pytanie: W jakie miejsce świata powinien udać się Dzik Bernard w następną podróż? Odpowiedź należy krótko uzasadnić.
– Polubić post konkursowy.
3. Komentarz należy napisać w języku polskim z zachowaniem zasad pisowni i ortografii. Komentarze zawierające treści wulgarne lub obraźliwe będą natychmiast usuwane, a użytkownik zablokowany przez Administratora.
4. Spośród opublikowanych komentarzy Organizator wybierze najciekawszą i najbardziej oryginalną jego zdaniem odpowiedź, która zostanie nagrodzona.
5. Konkurs nie zostanie rozstrzygnięty, jeśli liczba uczestników będzie mniejsza niż 10.

NAGRODY
1. Nagrodami w konkursie są:
Koszulka w wybranym przez zwycięzcę rozmiarze oraz gadżet rowerowy niespodzianka.
2. Zwycięzca zostanie powiadomiony o wygranej na fanpage’u Planeta Dzika.

POSTANOWIENIA KOŃCOWE
1. Wszelkie wątpliwości dotyczące Zasad Konkursu, postanowień Regulaminu i jego interpretacji rozstrzyga Organizator.
2. Organizator jest uprawniony do zmiany postanowień niniejszego Regulaminu.

 

ISLANDIA PRZYGOTOWANIA DO WYPRAWY CZ. 3

Przygotowania do dużej wyprawy rowerowej to również mini wyprawy testowe, na których testujemy nowy sprzęt, jego przydatność i wydajność oraz staramy się przewidzieć możliwe awarie i z góry obmyśleć, jak sobie z nimi radzić. Ostatnio umieściliśmy pierwszy nasz filmik o rozpalaniu kuchenki wielopaliwowej, tym razem idziemy kolejny krok naprzód i zamieszczamy mini poradnik jak go czyścić.

Nie zapominajcie nas polubić na Fb! Mamy również konto na Instagramie, @Planetadzika, gdzie publikujemy nasze najlepsze zdjęcia z tras.

Dzikie Podkarpacie, Mini Rajd Majowy. Dzień 3.

Ostatni nocleg naszej majówki do najcieplejszych nie należał. Obeszło się bez przymrozków ale nad ranem wiosenny chłód nie pozwolił o sobie zapomnieć. Wstaliśmy o 6 i szybko wskoczyliśmy w ciepłe polarki i zaczęliśmy zbierać nasz mini obóz, przy okazji mogąc się trochę rozgrzać.
P5011167 (©PLANETADZIKA)
Słońce tego dnia było po naszej stronie i od samego świtu przebijało się przez chmury. Niestety prom, przy którym się rozbiliśmy na nocleg dalej był nieczynny. Byliśmy już przygotowani na konieczność nadrabiania dwudziestu kilku kilometrów do najbliższego mostu, ale postanowiliśmy sprawdzić jeszcze prom w sąsiedniej wiosce.
I dobrze zrobiliśmy, bo szczęście się do nas uśmiechnęło. Prom w miejscowości Otfinów pracował już od 5 rano i za darmo przewiózł nas na drugi brzeg.
P5011179 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Zadowoleni postanowiliśmy uczcić nas mały sukces śniadaniem. Znaleźliśmy nawet miejsce piknikowe i gdyby nie problem z nowym palnikiem mielibyśmy wręcz śniadanie marzeń. Niestety musieliśmy się obejść smakiem kawy, bo nie udało nam się zagotować wody. Kanapki z dżemem i masłem czekoladowym były za to wyborne.
P5011185 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Ruszyliśmy dalej w stronę Niepołomic. Podobnie jak w minione dni mijaliśmy małe wioski. Trochę jakby ubyło drewnianych domków, a przybyło pól uprawnych – wprawdzie byliśmy już w Małopolsce to i krajobraz miał prawo się zmienić.
P5011202 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Bez przygód dojechaliśmy do naszej kolejnej przeprawy przez rzekę. Tym razem pokonywaliśmy Rabę a do dyspozycji mieliśmy okazałą kładkę pieszo rowerową.Przejazd nią uwieczniliśmy na filmie dostępnym na naszym fb.
P5011212 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
W najbliższej miejscowości, Mikluszowicach po pokonaniu Dunajca znaleźliśmy ciekawą atrakcję dedykowaną głównie dzieciom, chociaż i dorosłym przynieść może ona wiele radości. Był to rozbudowany plac manewrowy do nauki jazy rowerem po mieście z imitacją znaków drogowych, świateł, różnych skrzyżowań. Dla maluchów to świetny sposób by zrozumieć wcale nie proste zasady ruchu drogowego. Z drugiej strony, patrząc na niektórych kierowców, im też przydała by się wizyta w takim parku.
Pobawiliśmy się na mini uliczkach placu, a gdy zabawa nas znużyła ruszyliśmy dalej. Okazało się, że znajdujemy się u podnóża Puszczy Niepołomickiej. Czekało nas ok 20 km jazdy lasem. Droga, ku naszemu zdziwieniu wyłożona była asfaltem, więc jechało się bardzo przyjemnie.
P5011221 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Im bliżej byliśmy Niepołomic tym więcej spotykaliśmy turystów. W odcinku najbliżej miasta las przeżywał prawdziwe oblężenie. Nie do końca zadowoleni byliśmy z jazdy w tłumie więc obraliśmy kierunek na centrum, skracając nieco jazdę przez las. W Niepołomicach byliśmy nie po raz pierwszy, ale jak zawsze zrobiliśmy sobie zdjęcie przy pomniku Kazimierza Wielkiego, tuż obok pałacu.
P5011290 (©PLANETADZIKA)
Pora obiadowa zachęciła nas do dłuższego popasu w miasteczku i zjedliśmy obiad w restauracji na rynku. Doczekaliśmy się tez wyczekiwanej kawy!
Z pełnymi brzuchami ruszyliśmy dalej, w ostatni odcinek trasy, 35 km do Krakowa. Chcieliśmy przejechać go  wiślaną trasą rowerową, ale liczne remonty po drodze trochę zmieniły nam plany. Na wały wjechaliśmy dopiero przy Nowej Hucie. Ten ostatni fragment trasy upłynął nam w bardzo wesołej atmosferze, cieszyliśmy się długo nieobecnym słońcem i słuchaliśmy rowerowych piosenek z głośników telefonu.
P5011295 (©PLANETADZIKA)
Około 15 wjechaliśmy na nasze podwórko. Byliśmy zmęczeni ale bardzo zadowoleni z zakończonego z sukcesem rajdu. Mimo nie najlepszej pogody i chłodu zrealizowaliśmy nasz plan w 100 procentach. Pozostało nam wskoczyć pod prysznic i wyciągnąć się na kanapie z naszą stęsknioną kocicą. 🙂
P5011336 (©PLANETADZIKA)

Dzikie Podkarpacie, mini rajd majowy. Dzień 2.

W podróży rowerowej organizowanej w sezonie wiosenno-letnim rzadko zdarzają się takie poranki, kiedy możesz do woli wylegiwać się w ciepłym posłaniu, a potem niespiesznie wypić kawę zagryzając kanapką z dżemem. Zwykle pobudka następuje po pierwsze nie w łóżku, a w namiocie, po drugie w godzinach wczesnych, tzn. razem ze słońcem (w wyjątkowo zimne dni nawet chwilę  przed nim). Śniadanie schodzi na drugi plan, bo twoja głowa zaprzątnięta jest myśleniem, w zależności od pory roku albo: jakby się tu skutecznie ogrzać i przestać się trząść, albo: bogowie wszechświata, dlaczego tu jest taka sauna?
Nocowanie w hostelach połączone z brakiem konieczności wczesnego wstawania ma swoje niewątpliwe zalety i z nich mogliśmy skorzystać o poranku drugiego dnia rajdu.
Naszym pierwszorzędnym planem było zwiedzenie skansenu w Kolbuszowej, który otwierał się dopiero o 10.00. Z tego właśnie powodu zafundowaliśmy sobie długi leniwy poranek uwieńczony kawą wypitą z filiżanki.
P4300956 (©PLANETADZIKA)
Skłamałabym, gdybym stwierdziła, że nie byliśmy wypoczęci.
Równo o 10.00 stanęliśmy pod bramą skansenu. Tym razem nie byliśmy ani jedynymi ani pierwszymi gośćmi. Coś podobnego! 😉 Lokalna atrakcja cieszyła się dużym zainteresowaniem.
P4301007 (©PLANETADZIKA)
Skansen wsi polskiej pod wieloma względami przerósł nasze oczekiwania. Pierwszym z nich były jego rozmiary. Przesadą nie będzie nazwanie go XIX wieczną wioską, z pełną ówczesną infrastrukturą. Nie zabrakło w niej kościoła szkoły, spichlerza, młyna, a nawet karczmy. Wszystkie obiekty były autentyczne i pochodziły z różnych podkarpackich wiosek.
P4300992 (©PLANETADZIKA)
Zwiedzający mieli okazję zaglądnięcia do środka chłopskich chat, przydomowych zagród i poczuć klimat dawnej wsi. Co więcej, turyści mogą również dowiedzieć się nieco o typowych rzemieślnikach wiejskich. Nie brak w skansenie warsztatu kowala, szewca a nawet twórcy drewnianych zabawek. Urokowi wiosce dodawały przydrożne kapliczki rozstawione przy wytyczonych ścieżkach jak i kwitnące drzewa owocowe.
P4301031 (©PLANETADZIKA)
Zwiedzanie wioski bardzo nas wciągnęło i dwie godziny zleciały niepostrzeżenie. Daliśmy się ponieść klimatowi osady wzmacnianemu jeszcze przez świetną narrację audioprzewodnika. Kiedy opuściliśmy skansen wybiło południe. Nie mieliśmy już czasu do stracenia, bo czekało nas ok 90 km do przejechania. Trasa przedstawiała się następująco: Kolbuszowa – Przecław – Radomyśl Wielki – Dąbrowa Tarnowska – Zalipie.
P4300964 (©PLANETADZIKA)
Pełni sił wskoczyliśmy na rowery i szybko nabijaliśmy na licznik kolejne kilometry. Pierwszy przystanek zrobiliśmy w celu gastronomicznym w Przecławiu. Skusił nas piękny park okalający mały pałacyk. Chociaż elegancki i odnowiony, pałac sprawiał wrażenie opustoszałego, w parku też kręciły się pojedyncze osoby, choć miejsce wręcz zachęcało do weekendowych spacerów. Ulokowaliśmy się na parkowej ławce i przygotowaliśmy szybki obiad. Goniący czas nie pozwolił nam na kuchenne wariacje i zadowoliliśmy się daniami instant i warzywami.
P4301081 (©PLANETADZIKA)

W porównaniu z wczorajszym dniem ten był ciepły i nawet słońce zechciało na na chwilę uraczyć. Droga mijała lekko, ponownie przejeżdżaliśmy przez małe wioski, ale również przez leśne trakty i polne drogi. Momentami droga w lesie przypominała piaskownicę i nasze ciężkie rowery z trudem radziły sobie na miękkim podłożu. Na szczęście piaszczyste odcinki były krótkie a jazda lasem mimo wszystko sprawiała dużo radości.

P4301091 (©PLANETADZIKA)
Dzięki dobrym warunkom pogodowo-drogowym w ekspresowym tempie dojechaliśmy do celu tego odcinka trasy, czyli do Zalipia. Wioska ta słynie z malowanych  w kwieciste wzory chat oraz wyposażenia domowego. jest to unikalne zjawisko, które początki swoje ma w XIX wieku. Do dziś w Zalipiu i okolicach można znaleźć kilkadziesiąt domów ozdobionych malowidłami. Można również odwiedzić muzeum poświęcone malarce, Felicji Curyłowej, jednej z pierwszych zalipiańskich malarek.
My niestety musieliśmy zadowolić się zobaczeniem malowideł z zewnątrz, bo dojechaliśmy do Zalipia już po zamknięciu muzeum. I tak było warto.
P4301140 (©PLANETADZIKA)

Dzień zbliżał się ku końcowi. postanowiliśmy spróbować przeprawić się przez Dunajec na drugą stronę, jak wiodła nasza trasa. Mostu w okolicy nie było i liczyliśmy na prom. Niestety obfite opady w ostatnich dniach unieruchomiły wszystkie lokalne promy.

P4301159 (©PLANETADZIKA)

Nie mieliśmy innego wyjścia, jak poczekać do jutra i zobaczyć co nowego dzień przyniesie. Mieliśmy dwa wyjścia: albo nadrobić 25 km do najbliższego mostu, albo otrzymać od losu trochę szczęścia i trafić na kursujący prom.
Opcja druga oczywiście interesowała nas bardziej. Prognozy pogody nie przewidywały opadów, więc szansa na powrót kursów promu była coraz większa. Rozbiliśmy namiot na wale w pobliżu promu i szybko wbiliśmy się w śpiwory.
Wieczór był chłodny ale przymrozek nam nie groził. Dobrze, że nasz namiot trzyma ciepło. Jakoś do rana wytrzymamy.

P4301033 (©PLANETADZIKA)

Dzikie Podkarpacie, mini rajd majowy, dzień 1.

Wstaliśmy wypoczęci i odetchnęliśmy z ulgą, kiedy po wyjrzeniu za okno zobaczyliśmy suche chodniki.

P4290662 (©PLANETADZIKA)

Sprawnie zebraliśmy rzeczy i zjedliśmy śniadanie. Prawo Murphy’ego jednak zadziałało i kiedy wsiadaliśmy na rowery zaczęło mrzeć. I w takim drobnym kapuśniaczku opuściliśmy Jarosław. Kiedy miasto znikło za nami w tyle  przestało siąpić. Z nową energią ruszyliśmy podrzędnymi drożynami w stronę Łańcuta. Niespełna dziesięć kilometrów za startem na naszej drodze pojawił się opuszczony mini dworek. Uśmiechnęliśmy się na myśl o urbexie, ale ostatecznie zwiedziliśmy obiekt tylko z zewnątrz.

P4290682 (©PLANETADZIKA)

Wróciliśmy na trasę. Przemierzaliśmy małe wioski, o których nikt nigdy nie słyszał i pewnie nie usłyszy. Mijaliśmy drewniane domki, niektóre dawno opuszczone, niektóre nadal dające schronienie istnieniom ludzkim, przejeżdżaliśmy obok dzikich sadów, kwitnących i cieszących oko białymi kwiatami, uciekaliśmy przed wiejskimi kundlami i wypatrywaliśmy bocianów. Było chłodno i pochmurno, ale dzikie proste piękno okolicy pozwalało zapominać o drobnych niedogodnościach.

P4290730 (©PLANETADZIKA)

P4290745 (©PLANETADZIKA)

Przed południem wjechaliśmy do Markowej, gdzie przywitał nas postmodernistyczny gmach całkowicie kontrastujący z dotychczasowym krajobrazem. Jak się okazało był to budynek muzeum poświęconego Polakom ratującym Żydów podczas wojny. Obok muzeum widniał drogowskaz prowadzący do skansenu polskiej wsi. Chwilę zastanowiliśmy się, który obiekt zwiedzić, gdyż czas nie pozwolił na zatrzymanie się tu na dłużej. Padło na skansen jako bardziej odpowiadający profilowi naszej wycieczki.

P4290762 (©PLANETADZIKA)

W bramie przywitała nas miła dziewczyna, która obiecała mieć oko na nasze rowery, kiedy mieliśmy zwiedzać muzeum. Skansen nie był duży, ograniczał się do jednej zagrody w której można było zobaczyć dwie chłopskie chaty z pełnym wyposażeniem, stodołę, młyn i obejście. Urokowi temu miejscu dodawał fakt, że wszystkie sprzęty i obiekty były autentyczne, to znaczy pochodzące z gospodarstw wiejskich z przełomu XIX i XX wieku. Bardzo podobało nam się takie przedstawienie życia chłopów.

P4290794 (©PLANETADZIKA)

Kiedy zakończyliśmy wizytę w skansenie zamieniliśmy jeszcze kilka słów z bileterką. Jako, że pora obiadowa trwała w najlepsze, zapytaliśmy o możliwość zjedzenia posiłku na terenie skansenu. Dziewczyna zgodziła się, byśmy usiedli w altanie nieopodal i zaoferowała nam herbatę. Przyjęliśmy jej miły gest i podgrzaliśmy sobie fasolkę po bretońsku. Chociaż napełniliśmy żołądki, chłód dalej nam doskwierał. Zmarznięci, szybko po posiłku wskoczyliśmy na rowery, by rozgrzać nieco zastałe mięśnie. W ten sposób migiem dotarliśmy do Łańcuta. ilość turystów trochę mnie przeraziła, ale ostatecznie bez wielkiej zwłoki bezpiecznie zaparkowaliśmy rowery przy kasach biletowych i wykupiliśmy wstęp na zwiedzanie komnat reprezentacyjnych.

P4290855 (©PLANETADZIKA)

Było co oglądać! Kto Łańcut zwiedził, wie o czym piszę, a tym, którzy jeszcze nie dotarli w te zakamarki Podkarpacia nie chcę za bardzo spoilować atrakcji czekających w komnatach rodziny Potockich. Nie mniej, napomknę, że urządzenie pokoi, meble, akcesoria, wszystko to jest oryginalnie zachowane i w żaden sposób nie zostało zrekonstruowane, co niestety w polskich muzeach jest standardem.

Po godzinie spędzonej w rezydencji magnackiej i duchowej uczcie w duchu humanizmu trudno było wsiąść ponownie na rowery. Nie mogliśmy jednak za długo marudzić, bo czekało nas jeszcze 40 km drogi.

P4290679 (©PLANETADZIKA)

Od Łańcuta jechaliśmy kilkanaście kilometrów szlakiem Green Velo. Wspomnienia z zeszłorocznego Rajdu same nasuwały się na myśl. Mijaliśmy kolejne wioski, kolejne drewniane chatki i kwitnące jabłonki. Minęliśmy Rzeszów, nie wjeżdżając do miasta. Niedaleko przed metą czekała nas mała atrakcja w postaci wiszącej kładki pieszo-rowerowej nad Wisłokiem, którą przyszło nam pokonać. Przejazd takim wąskim wiszącym mostem to całkiem ciekawa sprawa.

P4290927 (©PLANETADZIKA)

Wczesnym wieczorem dotarliśmy do Kolbuszowej. Trochę nas tego dnia wywiało, więc postanowiliśmy przenocować pod dachem. Znaleźliśmy motel z niedrogimi pokojami. Zameldowaliśmy się i przed położeniem się do spania poszliśmy na pizzę. Po całym dniu jazdy w chłodzie taka pizza wydawała się najwspanialszym rarytasem i spałaszowaliśmy swoje porcje do ostatniego okruszka. Zmęczenie dawało się we znaki i po powrocie do pokoju zasnęliśmy bardzo szybko.

P4290936 (©PLANETADZIKA)

Dzikie Podkarpacie, mini rajd majowy. Dzień 0.

Chociaż oficjalnie rajd rozpoczęliśmy w Jarosławiu, tak naprawdę przygoda zaczęła się wieczór wcześniej w Krakowie. I od tego momentu zaczniemy naszą opowieść.

P4270659 (©PLANETADZIKA)
Graty spakowane w sakwy i przygotowane do drogi

Ostatnie dni deszcz przedstawiał swoje wszelkie możliwe kreacje. Od siekącego kapuśniaczka, przez powoli kapiące lecz ciężkie krople prowokujące pytanie, czy to już trzeba rozkładać parasol, czy może jeszcze chwilka, aż po wściekle siekąca ulewę odbierającą wszelką nadzieję.

Ta ostatnia odsłona pana na D. Zaprezentowała się nam w piątkowy wieczór, kiedy to z całym wyprawowym dobytkiem upchniętym w sakwach Crosso, wybieraliśmy się na dworzec PKP.

20170428_175347

Spakowani i zapięci na ostatni guzik (a w zasadzie zatrzask) już rano zabraliśmy nasze sakwy i tak obładowani pojechaliśmy do pracy, wywołując tym niemałe poruszenie u współpracowników. Po odklepaniu ośmiu godzin w biurze, mając sporo czasu do odjazdu pociągu, usiedliśmy w pobliskiej restauracji i z coraz bardziej rzednącymi minami zerkaliśmy na tańczących  po drugiej stronie okna deszcz i wiatr. Wiedzieliśmy jednak, że poddanie się na starcie jest dla lamusów i zebrawszy resztki pozytywnej energii, nieco wspomożonej ciepłym posiłkiem, wsiedliśmy na rowery dołączając się do mokrego deszczowego tańca na ulicy i podjechaliśmy na stację. Na dworu czekała nas kolejna niemiła niespodzianka. Pociąg ze Szczecina do Przemyśla (czyli ten nasz) opóźniony był o około 25 minut. Nie tak źle, pomyśleliśmy i znaleźliśmy sobie kątek na peronie, gdzie mogliśmy schronić się przed hulającą parą atmosferycznych tancerzy.

20170428_172016
W pełnej gotowości czekamy na pociąg.

Chłód przenikał jednak nas do kości, więc aby jakoś wspomóc się w oczekiwaniu na pociąg, postanowiłam kupić nam po herbacie z cytryną. Zostawiłam Bartka z naszymi pojazdami i ruszyłam w czeluści przydworcowego pasażu handlowo-usługowego, jak to się ładnie teraz zwie.

Przedarcie się przez hordy podróżujących było nie lada wyzwaniem. Kolejnym, ani trochę łatwiejszym od poprzedniego było znalezienie kawiarni, która serwuje herbatę za kwotę jednocyfrową. Udało się. 10 minut stania w międzynarodowej kolejce i mogłam wrócić na peron z ciepłymi napojami.

Tam niestety okazało się, że pociąg zwiększył opóźnienie do minut 40. Staliśmy więc z papierowymi kubkami w ręku i próbowaliśmy pocieszyć się ich zawartością.

Po ciągnących się jak wieczność kilkudziesięciu minutach pociąg wtoczył się na stację. Sprawnie wpakowaliśmy się z całym sprzętem i po raz chyba pierwszy w naszych pociągowo-rowerowych wojażach mogliśmy docenić rowerowe udogodnienia. Przedsionek naszego wagonu mieścił 6 wieszaków na rowery, które w dodatku nie utrudniały pasażerom przejścia. Wynalazek na miarę PKP.

20170428_212112

Droga minęła szybko. Po niecałych trzech godzinach wysiedliśmy w dobrze nam już znanym z Rajdu Wschodniego Jarosławiu. Ku naszej uldze, tu nie padało a powietrze było suche i cieplejsze. Zadowoleni, ruszyliśmy w poszukiwaniu schroniska młodzieżowego, gdzie zaplanowaliśmy nocleg.

Nie szukaliśmy długo. Budynek znajdował się dwie przecznice od dworca. Schronisko świeciło pustkami, prawdopodobnie byliśmy jedynymi gośćmi. Panowie struże i recepcjoniści w jednym leniwie wypisali kartę zameldowania i wskazali nam pokój. Przypomniały mi się czasy wycieczek szkolnych. Łóżka ustawione w rządku, wielka szafa pod ścianą i umywalka… Tylko jakoś brakowało dziecięcych śmiechów i pisków. Zmęczeni położyliśmy się szybko, by nabrać sił na kolejny dzień. Jeszcze przed zaśnięciem wyjrzałam za okno – deszcz chyba postanowił nam towarzyszyć, bo na chodniku malowały się mokre plamy drobnej mżawki.  A co tam, bez deszczu, czy z nim, damy radę!

20170428_180706
Licznik wyzerowany. Czas nabijać kilometry!

Dziki Kraków, cz. 15., Krakowskie rubieże

Tym razem nie prezentujemy żadnego obiektu na urbexowej mapie Krakowa. Dziś przewrotnie chcemy pokazać, że bez wyszukiwania specjalnych miejsc do eksploracji też można odnaleźć w Krakowie odrobinę dzikości. Wystarczy wsiąść na rower i odwiedzić odleglejsze dzielnice miasta.

P4020233 (©PLANETADZIKA)
Dla nas, osób mieszkających w południowo zachodnich terenach Krakowa wycieczka na nową Hutę wydaje się być wyprawą do innego miasta (pewnie mieszkańcy tej dzielnicy mówią to samo wybierając się na nasz, przydomowy wręcz, Zakrzówek). Huta jest daleko, jednak Kraków nie kończy się na Placu Centralnym, bynajmniej! Jego granice sięgają za Kombinat, co powoduje, że chcąc wybrać się na wschodnią granicę miasta, kiedy mieszka się przy Ruczaju, trzeba przygotować prawie całodzienną wycieczkę. Postanowiliśmy zobaczyć, jak daleko na wschód rozciągnęło się nasze miasto i dwa tygodnie temu przejechaliśmy się na krakowskie rubieże.

P4020296 (©PLANETADZIKA)

Nasza wycieczka liczyła sobie 60 km i bogata była w iście niekrakowskie (przynajmniej w odniesieniu do ogólno przyjętych standardów) krajobrazy. Dojazd do Huty, wygodny ze względu na nieprzerwaną ścieżkę rowerową nie był dla nas nowością. Ale gdy zdecydowaliśmy się zrobić pętelkę wokół Kombinatu, zaczęło robić się ciekawie i…. całkiem dziko.

P4020252 (©PLANETADZIKA)

Tereny w okół budynków huty są, trudno się dziwić, wyludniałe a ich charakter daleki jest od miejskiego. To jakby zderzenie bardzo industrialnego krajobrazu z obrazem wiejskich pól uprawnych. Z jednej strony patrzysz na gigantyczny obszar przemysłowy podczas gdy z drugiej rozciągają się pola a na ich miedzach szeleszczą wierzby. Łatwo zapomnieć, że ciągle jest się w Krakowie.

P4020253 (©PLANETADZIKA)

Najciekawszą atrakcją naszej wycieczki był przejazd tunelem pod torami kolejowymi w Ruszczy. To chyba jeden z dłuższych tuneli w mieście i, co ciekawe, składa się z dwóch części. Przejazd rowerem przez taki tunel to niezła frajda.

P4020270 (2) (©PLANETADZIKA)

P4020264 (©PLANETADZIKA)
Ciasteczka owsiane to świetny pomysł na posiłek w trasie.

W drodze powrotnej, zanim znów wjechaliśmy w miejskie tereny Nowej Huty, przejechaliśmy przez dawne wioski, dziś wchodzące w skład Krakowa, na których czas płynie wolniej i pewne rzeczy nie uległy zmianie. Po raz kolejny musieliśmy sobie powtarzać, że ciągle jesteśmy w Krakowie.

P4020291 (©PLANETADZIKA)

Tak dumając nad dzikimi rubieżami Krakowa dojechaliśmy do Placu Centralnego gdzie wypiliśmy zwycięską puszkę Coca-Coli i znaną ścieżką rowerową podążyliśmy do domu.

 

Dziki Kraków, cz. 13., Zwierzęta

Wiosna rozgościła się u nas na dobre: Zakwitły drzewa, powoli zazieleniają się parki, dni są już długie i coraz rzadziej o poranku witają nas przymrozki. Sprzyja to częstszym wycieczkom rowerowym i odkrywaniu nowych miejsc.

I chociaż w ostatnim czasie odwiedziliśmy kolejne ciekawe zapomniane obiekty tym razem chcemy spojrzeć na nieco inną stronę eksploracji. Choć celem naszych wypraw są opuszczone twory rąk ludzkich, to nieodłącznym elementem zwiedzania jest przyroda. W kontraście z zapuszczonymi dziełami człowieka, natura wydaje się być jeszcze piękniejsza, ale nie ma litości dla żadnych dóbr cywilizacji i gdy tylko człowiek postanowi je porzucić, ona drapieżnie  zgarnia dla siebie wszystko co pozostawił, a co niegdyś przecież było  w gruncie rzeczy jej.

Kiedy już natura poczuje się pewnie na gruncie odebranym  człowiekowi, tworzy tam swojego rodzaju nowy ekosystem. Najpierw zadamawiają się rośliny a później na opuszczone obiekty wkraczają zwierzęta.
I o nich będzie dzisiejszy wpis. Chcemy pokazać wam, jakie zwierzaki można spotkać, zapuszczając się w porzucone przez człowieka miejsca. Wbrew pozorom obiekty te nie są całkowicie opuszczone, bo zamieszkują je bardzo różne gatunki zwierząt. Wystarczy odrobina uważności i łut szczęścia by zobaczyć je podczas zwiedzania.
Najczęstszymi bywalcami opuszczonych miejsc są przedstawiciele gromady owadów oraz mięczaków (zwykle w postaci ślimaków). Nie trzeba wiele by w zaciemnionych zakamarkach opuszczonej chaty spotkać pająka czy ćmę, albo też winniczka pasącego się w podmokłym forcie.
P3250124 (©PLANETADZIKA)
© PLANETA DZIKA_DSCI9740 (Copy)
P3250109 (©PLANETADZIKA)
Czasem  w takich miejscach zdarzy się spotkać niecodziennych mieszkańców, takich jak motyle, które przypadkiem zawitały do zapomnianych ruin.
©PLANETADZIKA_DSCI0944
Wilgotne miejsca to nie tylko domena ślimaków, ale i płazów. Żaby i ropuchy często spotkać można w zaroślach nieopodal zbiorników wodnych. My mieliśmy przyjemność z Panią  Ropuchą w jednym z krakowskich fortów.
P3250043 (©PLANETADZIKA)
Strychy, piwnice, schrony – tego typu miejsca przyciągają jak magnes nas, eksploratorów, ale i nietoperze, które w opuszczonych obiektach zimują, gdyż mają tam i odpowiednią temperaturę i święty spokój.
P3250106 (©PLANETADZIKA)
Większe ssaki są rzadkością podczas wizyty w opuszczonych miejscach, chyba że mamy na myśli psy pilnujące niektórych posesji. 🙂 Jeśli zapuścimy się w bardziej leśne tereny możemy liczyć na spotkanie z leśną zwierzyną, choć oczywiście szczęścia musimy mieć więcej niż Antarktyda lodu. My, nawet jeśli kilka razy wystraszyliśmy drzemiącego w polu bażanta, to nigdy nie mieliśmy dosyć refleksu, by uwiecznić jego ucieczkę na zdjęciu. Za to udało nam się pewnego razu uchwycić zająca, przemykającego przez park pałacowy. Jakość zdjęcia tragiczna, za co przepraszamy, ale w takich chwilach łapie się za pierwszą rzecz robiącą zdjęcia, w tym wypadku było to telefon z małą ilością megapixeli.
20160614_185829
Na koniec zostawiliśmy coś nad wyraz osobliwego, zwierzaka, którego chyba nikt nie spodziewałby się w środku opuszczonego domu. Nie mniej, w czasie eksploracji opuszczonych miejsc może zdarzyć się wiele, jeśli nie wszystko. I tak, raz natknęliśmy się na…. owce, które swoją obecnością na pięterku porzuconego domu wprawiły nas w osłupienie. Dowód poniżej.
DSCI2037 (©PLANETADZIKA)
Jak widzicie urbex może mieć też inną twarz, tę bardziej zwierzęcą. Jeśli wy spotkaliście jakieś ciekawe zwierzaki podczas waszych eksploracji, piszcie, chętnie dowiemy się, kto jeszcze pomieszkuje w opuszczonych obiektach!

Dziki Kraków cz.12, Fort 53 a

Twierdza Kraków to temat rzeka, który ciągle jeszcze nie został dostatecznie wyłożony. Dla nas, laików ale i fascynatów tego dziewiętnastowiecznego tworu, Twierdza Kraków to idealne obiekty do zwiedzania i zarazem dobry materiał na posty. Ostatnimi czasy odwiedziliśmy kolejny fort należący do Twierdzy i chcemy podzielić się z wami wrażeniami z wycieczki.
DSC_3600 (©PLANETADZIKA)
Być może ktoś z Czytelników zauważył, że ostatnio kręcimy się po południowo-zachodnich zakamarkach Krakowa. Tym razem będzie podobnie, a prezentowanym obiektem jest fort pomocniczy 53 a Winnica.
Ta eksploracja była jednak nieco inna niż poprzednie. Zwykle zwiedzamy tylko w dwójkę (czasem pakując do plecaka Dzika), niczym nieodłączni Flip i Flap 😉 Jednak tym razem mieliśmy przyjemność zwiedzić fort razem z naszymi znajomymi, również sympatykami urbexu, Karoliną I Bartkiem.
Napomknę, że Karolina jest fotografką i prowadzi, jak my, swoją internetową stronę. Dzięki jej uprzejmości, w fotorelacji z wycieczki wykorzystaliśmy kilka zdjęć jej autorstwa.
DSC_3554 (©PLANETADZIKA)

Na fort, jak to u nas bywa, dotarliśmy na rowerach. Pozostawiwszy je w bezpiecznym miejscu bez trudu przeszliśmy przez bramę wjazdową, na której wisiała standardowe dla fortu ostrzeżenie „Wstęp wzbroniony”. Niewzruszeni komunikatem, minęliśmy dawno porzucony i doszczętnie ogołocony samochód wojskowy.

P3250005 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

Po chwili byliśmy już przy forcie, który na samym wstępie zrobił na nas duże wrażenie. Tym, co od razu przykuło uwagę i co bardzo rzadko zachowało się w fortach, była fosa i przerzucona przez nią kładka, umożliwiająca dojście do budynków fortu.

DSC_3573 (©PLANETADZIKA)
Fort, jako że pełnił funkcję pomocniczą, był stosunkowo niewielki. Wszelkie możliwe otwory, potencjalnie umożliwiające wejście do jego środka były skrupulatnie połatane, nie mówiąc o żelaznych drzwiach zamkniętych na cztery spusty. Tak więc szansy na zwiedzenie obiektu od środka nie mieliśmy i musieliśmy zadowolić się obejściem budynku z zewnątrz. Weszliśmy też na dach i odkryliśmy kopuły strzelnicze, unikatowe w obiektach Twierdzy Kraków.
P3250028 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Na koniec męska część naszego zespołu zdecydowała się zejść w głąb fosy, co nie było proste i wymagało zejścia się po stromym zboczu. Na dole niestety też nie znaleźli przejścia do wewnętrznych budynków, mogli natomiast spojrzeć na fortyfikacje z innej, niższej perspektywy.
P3250048 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Fort Winnica w naszej opinii to jeden z najciekawszych obiektów Twierdzy Kraków. Wzrok przykuwa nie tylko ogromna fosa, świetnie zachowana, ale i kompleks budynków, którego ząb  czasu, ani ludzkie chamstwo nie skrzywdziły.
Choć dla eksploratorów to przykre, kiedy nie można zwiedzić obiektu od wewnątrz, jednak w gruncie rzeczy, dobrze że o fort ktoś dba i nie pozwala, by wpadł w ręce niepowołanych osób.
P3250006 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)