10 powodów, dla których podróżujemy w parze (a nie w pojedynkę, czy w grupie)

Często, kiedy opowiadamy o naszych rowerowych wyprawach pada pytanie, dlaczego nie wybierzemy się na jakąś wyprawę większą gromadą albo czy w dwie osoby nie jest nudno, a może samemu byłoby prościej…

Wpisem tym rozwiejemy wszelkie wątpliwości, dlaczego liczba dwa jest doskonała w kwestii wycieczek i przedstawimy zalety podróżowania w parze. Wszystko to naszym subiektywnym okiem.

Zacznę od tego, że w naszym rozumieniu para to nikt inny jak my. Przez to, że jesteśmy parą nie tylko na wyprawach, nasz punkt widzenia może być trochę inny, ale sądzę, że wymienione niżej zalety dotyczą też par, które łączy nie życie a tylko rower.

  1. W parze jest raźniej, więc i nasz stan psychiczny ma się lepiej.

To największa zaleta podróży z drugą osobą. Znacznie pewniej czuje się człowiek, jak ma u boku partnera. Mniej czarnych myśli kłębi się w głowie w gorszych momentach i już sama świadomość, że jest ten ktoś pozwala ci lżej znosić kryzysy dnia codziennego na wyprawie.

P5011228 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

Powiecie, że w grupie jest tak samo. Ano nie do końca. Grupa ma nieco inną specyfikę i ogółem mniejsze są zażyłości między jej członkami. Bywają i grupy tzw. „z przypadku”, gdzie luźno związani ze sobą ludzie skrzyknęli się na wyjazd i tak naprawdę każdy z nich pilnuje własnego nosa. Raźniej jest, ale nie do końca czujesz się pewnie w takiej ekipie.

  1. Co za tym idzie, wzrasta motywacja

Nikt tak nie motywuje do szybszego pedałowania pod górkę, jak Twój przyjaciel wołający na ciebie z jej szczytu. Z poirytowania ciągłym poganianiem dostajesz większych skrzydeł niż po wypiciu podwójnego Redbulla. Sprawdza się w każdych warunkach. Polecam, Alicja. 🙂

  1. Jest znacznie bezpieczniej

Zwłaszcza w kwestii kradzieży. Najłatwiej okraść samotnego i zagubionego biedaka, który odszedł tylko kilka metrów od roweru  pstryknąć fotkę pięknemu widokowi. Dwie osoby to już dla złodzieja trudniejszy obiekt. Nie wspominając już o noclegach na dziko. Leżenie samemu w namiocie wzmaga nadmierne myślenie o niepotrzebnych rzeczach i czasem, w mniej dogodnych warunkach, wzbudza poczucie ciągłego niepokoju. Z zaufaną osobą u boku, wszystko wydaje się mniej groźne.

planeta-dzika_dsci0149-copy

  1. W parze podróżuje się szybko i sprawnie

Nie chodzi tu o żadne wyścigi, oczywiście. Bo rajdy rowerowe nie mają na celu nabijania kilometrów z wzrokiem wbitym w asfalt.  Jednak sprawne przemieszczanie się i posuwanie wyprawy naprzód jest dość istotne. W większej grupie zawsze będzie się podróżować wolniej. A jeśli trafimy na maruderów lub mających szybko napełniające się pęcherze, możemy przejechać nawet 20-30 km mniej niż w zgranym duecie.

  1. Mniej na twojej głowie

To proste. Jedziesz sam – dbasz o wszytko sam, jedziesz w większej grupie – masz wszystko w…. kieszeni, bo ktoś ogarnia życie za Ciebie, a nie o to w wyprawach chodzi. W duecie, przynajmniej naszym, istnieje podział obowiązków przed wyprawą, a w jej trakcie każdy ma swoje zadania, które możemy wykonywać równolegle, co znacznie usprawnia przebieg rajdu.

P5011263 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

  1. Jeśli coś się stanie, szanse na pomoc wzrastają o 100 procent.

Tu zaleta z kategorii sprawy poważne. Niestety wypadki chodzą po ludziach i nigdy nie wiadomo, co też może się przytrafić. Trzeźwe myślenie w wielu przypadkach pozwala uniknąć problemu, ale czasem nie mamy naprawdę wpływu na wydarzenia. Wtedy obecność drugiego człowieka może być kluczowa.

  1. Portfel mniej boli

Ta zaleta dotyczy również podróżowania w grupie: więcej uczestników, tańszy całkowity koszt wyjazdu. (chyba że wyfrajerujecie się na jakiś zorganizowany rajd all inclusive, gdzie będą wozić za was graty, wtedy cena wzrasta nie spada). Wydatki na takie sprzęty jak kuchenka, namiot, jedzenie dzielimy na pół. Nie ma porównania do kosztów podróży w pojedynkę.

planetadzika_dsci8861

  1. Ma się lepsze pomysły

Co dwie głowy, to nie jedna, jak mówią. Czasem jedno z nas wpadnie na pomysł, który drugiemu nie przemknąłby nawet przez myśl, a wart jest zastosowania. Wspólne planowanie wyprawy a potem rozwiązywanie problemów powstałych w jej trakcie jest znacznie bardziej owocne, niż samotne kombinowanie. Nie raz wspólnymi siłami uzyskiwaliśmy najlepsze rozwiązanie, które prawdopodobnie nie powstałoby, gdyby myślała nad nim jedna osoba.

  1. Jest z kim pogadać, wymienić spostrzeżenia, komentarze.

Ta zaleta nawiązuje do tych pierwszych, jednak chodzi tu przede wszystkim o aspekt socjalny. Po prostu fajnie jest czasem móc otworzyć do kogoś buzię, rzucić sucharem, skomentować złośliwie otaczającą cię rzeczywistość. Jeśli jesteś sam, wszystko zostawiasz dla siebie, w grupie zaś, zależy na kogo trafisz i jaka zażyłość łączy Cię z innymi uczestnikami. Nie wszystkie tematy mogą być akceptowalne. W duecie, taki jak nasz, nie ma tabu a ironia w uwagach do życia aż kipi.

P4020263 (©PLANETADZIKA)

  1. To najlepszy test, by poznać swojego partnera

I wreszcie ostatni, aczkolwiek nie mniej ważny argument. Podróże w duecie weryfikują wszytko. Nie dotyczy to tylko podróży w parach, które tworzą związek mniej lub bardziej formalny. Weryfikacji podlega również przyjaźń, czy ładnie mówiąc braterstwo. W życiu miejskim możesz nosić tysiące masek, na wyprawie, chcąc nie chcąc pokażesz swoją prawdziwą gębę, nawet jeśli to morda Bazyliszka. Ukryta kamera ci więcej nie powie.

Z tych oto powodów najchętniej podróżujemy we własnym towarzystwie. nie oznacza to, że nie lubimy wyjazdów grupowych, czy też nigdy nie zapuściliśmy się nigdzie w pojedynkę. Jednak po spróbowaniu różnych opcji, zgodnie twierdzimy, że nie ma to jak dograny duet. A wy jak lubicie podróżować? Co za tym przemawia?

Dzikie Podkarpacie, Mini Rajd Majowy. Dzień 3.

Ostatni nocleg naszej majówki do najcieplejszych nie należał. Obeszło się bez przymrozków ale nad ranem wiosenny chłód nie pozwolił o sobie zapomnieć. Wstaliśmy o 6 i szybko wskoczyliśmy w ciepłe polarki i zaczęliśmy zbierać nasz mini obóz, przy okazji mogąc się trochę rozgrzać.
P5011167 (©PLANETADZIKA)
Słońce tego dnia było po naszej stronie i od samego świtu przebijało się przez chmury. Niestety prom, przy którym się rozbiliśmy na nocleg dalej był nieczynny. Byliśmy już przygotowani na konieczność nadrabiania dwudziestu kilku kilometrów do najbliższego mostu, ale postanowiliśmy sprawdzić jeszcze prom w sąsiedniej wiosce.
I dobrze zrobiliśmy, bo szczęście się do nas uśmiechnęło. Prom w miejscowości Otfinów pracował już od 5 rano i za darmo przewiózł nas na drugi brzeg.
P5011179 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Zadowoleni postanowiliśmy uczcić nas mały sukces śniadaniem. Znaleźliśmy nawet miejsce piknikowe i gdyby nie problem z nowym palnikiem mielibyśmy wręcz śniadanie marzeń. Niestety musieliśmy się obejść smakiem kawy, bo nie udało nam się zagotować wody. Kanapki z dżemem i masłem czekoladowym były za to wyborne.
P5011185 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Ruszyliśmy dalej w stronę Niepołomic. Podobnie jak w minione dni mijaliśmy małe wioski. Trochę jakby ubyło drewnianych domków, a przybyło pól uprawnych – wprawdzie byliśmy już w Małopolsce to i krajobraz miał prawo się zmienić.
P5011202 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Bez przygód dojechaliśmy do naszej kolejnej przeprawy przez rzekę. Tym razem pokonywaliśmy Rabę a do dyspozycji mieliśmy okazałą kładkę pieszo rowerową.Przejazd nią uwieczniliśmy na filmie dostępnym na naszym fb.
P5011212 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
W najbliższej miejscowości, Mikluszowicach po pokonaniu Dunajca znaleźliśmy ciekawą atrakcję dedykowaną głównie dzieciom, chociaż i dorosłym przynieść może ona wiele radości. Był to rozbudowany plac manewrowy do nauki jazy rowerem po mieście z imitacją znaków drogowych, świateł, różnych skrzyżowań. Dla maluchów to świetny sposób by zrozumieć wcale nie proste zasady ruchu drogowego. Z drugiej strony, patrząc na niektórych kierowców, im też przydała by się wizyta w takim parku.
Pobawiliśmy się na mini uliczkach placu, a gdy zabawa nas znużyła ruszyliśmy dalej. Okazało się, że znajdujemy się u podnóża Puszczy Niepołomickiej. Czekało nas ok 20 km jazdy lasem. Droga, ku naszemu zdziwieniu wyłożona była asfaltem, więc jechało się bardzo przyjemnie.
P5011221 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Im bliżej byliśmy Niepołomic tym więcej spotykaliśmy turystów. W odcinku najbliżej miasta las przeżywał prawdziwe oblężenie. Nie do końca zadowoleni byliśmy z jazdy w tłumie więc obraliśmy kierunek na centrum, skracając nieco jazdę przez las. W Niepołomicach byliśmy nie po raz pierwszy, ale jak zawsze zrobiliśmy sobie zdjęcie przy pomniku Kazimierza Wielkiego, tuż obok pałacu.
P5011290 (©PLANETADZIKA)
Pora obiadowa zachęciła nas do dłuższego popasu w miasteczku i zjedliśmy obiad w restauracji na rynku. Doczekaliśmy się tez wyczekiwanej kawy!
Z pełnymi brzuchami ruszyliśmy dalej, w ostatni odcinek trasy, 35 km do Krakowa. Chcieliśmy przejechać go  wiślaną trasą rowerową, ale liczne remonty po drodze trochę zmieniły nam plany. Na wały wjechaliśmy dopiero przy Nowej Hucie. Ten ostatni fragment trasy upłynął nam w bardzo wesołej atmosferze, cieszyliśmy się długo nieobecnym słońcem i słuchaliśmy rowerowych piosenek z głośników telefonu.
P5011295 (©PLANETADZIKA)
Około 15 wjechaliśmy na nasze podwórko. Byliśmy zmęczeni ale bardzo zadowoleni z zakończonego z sukcesem rajdu. Mimo nie najlepszej pogody i chłodu zrealizowaliśmy nasz plan w 100 procentach. Pozostało nam wskoczyć pod prysznic i wyciągnąć się na kanapie z naszą stęsknioną kocicą. 🙂
P5011336 (©PLANETADZIKA)

Dzikie Podkarpacie, mini rajd majowy. Dzień 2.

W podróży rowerowej organizowanej w sezonie wiosenno-letnim rzadko zdarzają się takie poranki, kiedy możesz do woli wylegiwać się w ciepłym posłaniu, a potem niespiesznie wypić kawę zagryzając kanapką z dżemem. Zwykle pobudka następuje po pierwsze nie w łóżku, a w namiocie, po drugie w godzinach wczesnych, tzn. razem ze słońcem (w wyjątkowo zimne dni nawet chwilę  przed nim). Śniadanie schodzi na drugi plan, bo twoja głowa zaprzątnięta jest myśleniem, w zależności od pory roku albo: jakby się tu skutecznie ogrzać i przestać się trząść, albo: bogowie wszechświata, dlaczego tu jest taka sauna?
Nocowanie w hostelach połączone z brakiem konieczności wczesnego wstawania ma swoje niewątpliwe zalety i z nich mogliśmy skorzystać o poranku drugiego dnia rajdu.
Naszym pierwszorzędnym planem było zwiedzenie skansenu w Kolbuszowej, który otwierał się dopiero o 10.00. Z tego właśnie powodu zafundowaliśmy sobie długi leniwy poranek uwieńczony kawą wypitą z filiżanki.
P4300956 (©PLANETADZIKA)
Skłamałabym, gdybym stwierdziła, że nie byliśmy wypoczęci.
Równo o 10.00 stanęliśmy pod bramą skansenu. Tym razem nie byliśmy ani jedynymi ani pierwszymi gośćmi. Coś podobnego! 😉 Lokalna atrakcja cieszyła się dużym zainteresowaniem.
P4301007 (©PLANETADZIKA)
Skansen wsi polskiej pod wieloma względami przerósł nasze oczekiwania. Pierwszym z nich były jego rozmiary. Przesadą nie będzie nazwanie go XIX wieczną wioską, z pełną ówczesną infrastrukturą. Nie zabrakło w niej kościoła szkoły, spichlerza, młyna, a nawet karczmy. Wszystkie obiekty były autentyczne i pochodziły z różnych podkarpackich wiosek.
P4300992 (©PLANETADZIKA)
Zwiedzający mieli okazję zaglądnięcia do środka chłopskich chat, przydomowych zagród i poczuć klimat dawnej wsi. Co więcej, turyści mogą również dowiedzieć się nieco o typowych rzemieślnikach wiejskich. Nie brak w skansenie warsztatu kowala, szewca a nawet twórcy drewnianych zabawek. Urokowi wiosce dodawały przydrożne kapliczki rozstawione przy wytyczonych ścieżkach jak i kwitnące drzewa owocowe.
P4301031 (©PLANETADZIKA)
Zwiedzanie wioski bardzo nas wciągnęło i dwie godziny zleciały niepostrzeżenie. Daliśmy się ponieść klimatowi osady wzmacnianemu jeszcze przez świetną narrację audioprzewodnika. Kiedy opuściliśmy skansen wybiło południe. Nie mieliśmy już czasu do stracenia, bo czekało nas ok 90 km do przejechania. Trasa przedstawiała się następująco: Kolbuszowa – Przecław – Radomyśl Wielki – Dąbrowa Tarnowska – Zalipie.
P4300964 (©PLANETADZIKA)
Pełni sił wskoczyliśmy na rowery i szybko nabijaliśmy na licznik kolejne kilometry. Pierwszy przystanek zrobiliśmy w celu gastronomicznym w Przecławiu. Skusił nas piękny park okalający mały pałacyk. Chociaż elegancki i odnowiony, pałac sprawiał wrażenie opustoszałego, w parku też kręciły się pojedyncze osoby, choć miejsce wręcz zachęcało do weekendowych spacerów. Ulokowaliśmy się na parkowej ławce i przygotowaliśmy szybki obiad. Goniący czas nie pozwolił nam na kuchenne wariacje i zadowoliliśmy się daniami instant i warzywami.
P4301081 (©PLANETADZIKA)

W porównaniu z wczorajszym dniem ten był ciepły i nawet słońce zechciało na na chwilę uraczyć. Droga mijała lekko, ponownie przejeżdżaliśmy przez małe wioski, ale również przez leśne trakty i polne drogi. Momentami droga w lesie przypominała piaskownicę i nasze ciężkie rowery z trudem radziły sobie na miękkim podłożu. Na szczęście piaszczyste odcinki były krótkie a jazda lasem mimo wszystko sprawiała dużo radości.

P4301091 (©PLANETADZIKA)
Dzięki dobrym warunkom pogodowo-drogowym w ekspresowym tempie dojechaliśmy do celu tego odcinka trasy, czyli do Zalipia. Wioska ta słynie z malowanych  w kwieciste wzory chat oraz wyposażenia domowego. jest to unikalne zjawisko, które początki swoje ma w XIX wieku. Do dziś w Zalipiu i okolicach można znaleźć kilkadziesiąt domów ozdobionych malowidłami. Można również odwiedzić muzeum poświęcone malarce, Felicji Curyłowej, jednej z pierwszych zalipiańskich malarek.
My niestety musieliśmy zadowolić się zobaczeniem malowideł z zewnątrz, bo dojechaliśmy do Zalipia już po zamknięciu muzeum. I tak było warto.
P4301140 (©PLANETADZIKA)

Dzień zbliżał się ku końcowi. postanowiliśmy spróbować przeprawić się przez Dunajec na drugą stronę, jak wiodła nasza trasa. Mostu w okolicy nie było i liczyliśmy na prom. Niestety obfite opady w ostatnich dniach unieruchomiły wszystkie lokalne promy.

P4301159 (©PLANETADZIKA)

Nie mieliśmy innego wyjścia, jak poczekać do jutra i zobaczyć co nowego dzień przyniesie. Mieliśmy dwa wyjścia: albo nadrobić 25 km do najbliższego mostu, albo otrzymać od losu trochę szczęścia i trafić na kursujący prom.
Opcja druga oczywiście interesowała nas bardziej. Prognozy pogody nie przewidywały opadów, więc szansa na powrót kursów promu była coraz większa. Rozbiliśmy namiot na wale w pobliżu promu i szybko wbiliśmy się w śpiwory.
Wieczór był chłodny ale przymrozek nam nie groził. Dobrze, że nasz namiot trzyma ciepło. Jakoś do rana wytrzymamy.

P4301033 (©PLANETADZIKA)

Dzikie Podkarpacie, mini rajd majowy, dzień 1.

Wstaliśmy wypoczęci i odetchnęliśmy z ulgą, kiedy po wyjrzeniu za okno zobaczyliśmy suche chodniki.

P4290662 (©PLANETADZIKA)

Sprawnie zebraliśmy rzeczy i zjedliśmy śniadanie. Prawo Murphy’ego jednak zadziałało i kiedy wsiadaliśmy na rowery zaczęło mrzeć. I w takim drobnym kapuśniaczku opuściliśmy Jarosław. Kiedy miasto znikło za nami w tyle  przestało siąpić. Z nową energią ruszyliśmy podrzędnymi drożynami w stronę Łańcuta. Niespełna dziesięć kilometrów za startem na naszej drodze pojawił się opuszczony mini dworek. Uśmiechnęliśmy się na myśl o urbexie, ale ostatecznie zwiedziliśmy obiekt tylko z zewnątrz.

P4290682 (©PLANETADZIKA)

Wróciliśmy na trasę. Przemierzaliśmy małe wioski, o których nikt nigdy nie słyszał i pewnie nie usłyszy. Mijaliśmy drewniane domki, niektóre dawno opuszczone, niektóre nadal dające schronienie istnieniom ludzkim, przejeżdżaliśmy obok dzikich sadów, kwitnących i cieszących oko białymi kwiatami, uciekaliśmy przed wiejskimi kundlami i wypatrywaliśmy bocianów. Było chłodno i pochmurno, ale dzikie proste piękno okolicy pozwalało zapominać o drobnych niedogodnościach.

P4290730 (©PLANETADZIKA)

P4290745 (©PLANETADZIKA)

Przed południem wjechaliśmy do Markowej, gdzie przywitał nas postmodernistyczny gmach całkowicie kontrastujący z dotychczasowym krajobrazem. Jak się okazało był to budynek muzeum poświęconego Polakom ratującym Żydów podczas wojny. Obok muzeum widniał drogowskaz prowadzący do skansenu polskiej wsi. Chwilę zastanowiliśmy się, który obiekt zwiedzić, gdyż czas nie pozwolił na zatrzymanie się tu na dłużej. Padło na skansen jako bardziej odpowiadający profilowi naszej wycieczki.

P4290762 (©PLANETADZIKA)

W bramie przywitała nas miła dziewczyna, która obiecała mieć oko na nasze rowery, kiedy mieliśmy zwiedzać muzeum. Skansen nie był duży, ograniczał się do jednej zagrody w której można było zobaczyć dwie chłopskie chaty z pełnym wyposażeniem, stodołę, młyn i obejście. Urokowi temu miejscu dodawał fakt, że wszystkie sprzęty i obiekty były autentyczne, to znaczy pochodzące z gospodarstw wiejskich z przełomu XIX i XX wieku. Bardzo podobało nam się takie przedstawienie życia chłopów.

P4290794 (©PLANETADZIKA)

Kiedy zakończyliśmy wizytę w skansenie zamieniliśmy jeszcze kilka słów z bileterką. Jako, że pora obiadowa trwała w najlepsze, zapytaliśmy o możliwość zjedzenia posiłku na terenie skansenu. Dziewczyna zgodziła się, byśmy usiedli w altanie nieopodal i zaoferowała nam herbatę. Przyjęliśmy jej miły gest i podgrzaliśmy sobie fasolkę po bretońsku. Chociaż napełniliśmy żołądki, chłód dalej nam doskwierał. Zmarznięci, szybko po posiłku wskoczyliśmy na rowery, by rozgrzać nieco zastałe mięśnie. W ten sposób migiem dotarliśmy do Łańcuta. ilość turystów trochę mnie przeraziła, ale ostatecznie bez wielkiej zwłoki bezpiecznie zaparkowaliśmy rowery przy kasach biletowych i wykupiliśmy wstęp na zwiedzanie komnat reprezentacyjnych.

P4290855 (©PLANETADZIKA)

Było co oglądać! Kto Łańcut zwiedził, wie o czym piszę, a tym, którzy jeszcze nie dotarli w te zakamarki Podkarpacia nie chcę za bardzo spoilować atrakcji czekających w komnatach rodziny Potockich. Nie mniej, napomknę, że urządzenie pokoi, meble, akcesoria, wszystko to jest oryginalnie zachowane i w żaden sposób nie zostało zrekonstruowane, co niestety w polskich muzeach jest standardem.

Po godzinie spędzonej w rezydencji magnackiej i duchowej uczcie w duchu humanizmu trudno było wsiąść ponownie na rowery. Nie mogliśmy jednak za długo marudzić, bo czekało nas jeszcze 40 km drogi.

P4290679 (©PLANETADZIKA)

Od Łańcuta jechaliśmy kilkanaście kilometrów szlakiem Green Velo. Wspomnienia z zeszłorocznego Rajdu same nasuwały się na myśl. Mijaliśmy kolejne wioski, kolejne drewniane chatki i kwitnące jabłonki. Minęliśmy Rzeszów, nie wjeżdżając do miasta. Niedaleko przed metą czekała nas mała atrakcja w postaci wiszącej kładki pieszo-rowerowej nad Wisłokiem, którą przyszło nam pokonać. Przejazd takim wąskim wiszącym mostem to całkiem ciekawa sprawa.

P4290927 (©PLANETADZIKA)

Wczesnym wieczorem dotarliśmy do Kolbuszowej. Trochę nas tego dnia wywiało, więc postanowiliśmy przenocować pod dachem. Znaleźliśmy motel z niedrogimi pokojami. Zameldowaliśmy się i przed położeniem się do spania poszliśmy na pizzę. Po całym dniu jazdy w chłodzie taka pizza wydawała się najwspanialszym rarytasem i spałaszowaliśmy swoje porcje do ostatniego okruszka. Zmęczenie dawało się we znaki i po powrocie do pokoju zasnęliśmy bardzo szybko.

P4290936 (©PLANETADZIKA)

Dzikie Podkarpacie, mini rajd majowy. Dzień 0.

Chociaż oficjalnie rajd rozpoczęliśmy w Jarosławiu, tak naprawdę przygoda zaczęła się wieczór wcześniej w Krakowie. I od tego momentu zaczniemy naszą opowieść.

P4270659 (©PLANETADZIKA)
Graty spakowane w sakwy i przygotowane do drogi

Ostatnie dni deszcz przedstawiał swoje wszelkie możliwe kreacje. Od siekącego kapuśniaczka, przez powoli kapiące lecz ciężkie krople prowokujące pytanie, czy to już trzeba rozkładać parasol, czy może jeszcze chwilka, aż po wściekle siekąca ulewę odbierającą wszelką nadzieję.

Ta ostatnia odsłona pana na D. Zaprezentowała się nam w piątkowy wieczór, kiedy to z całym wyprawowym dobytkiem upchniętym w sakwach Crosso, wybieraliśmy się na dworzec PKP.

20170428_175347

Spakowani i zapięci na ostatni guzik (a w zasadzie zatrzask) już rano zabraliśmy nasze sakwy i tak obładowani pojechaliśmy do pracy, wywołując tym niemałe poruszenie u współpracowników. Po odklepaniu ośmiu godzin w biurze, mając sporo czasu do odjazdu pociągu, usiedliśmy w pobliskiej restauracji i z coraz bardziej rzednącymi minami zerkaliśmy na tańczących  po drugiej stronie okna deszcz i wiatr. Wiedzieliśmy jednak, że poddanie się na starcie jest dla lamusów i zebrawszy resztki pozytywnej energii, nieco wspomożonej ciepłym posiłkiem, wsiedliśmy na rowery dołączając się do mokrego deszczowego tańca na ulicy i podjechaliśmy na stację. Na dworu czekała nas kolejna niemiła niespodzianka. Pociąg ze Szczecina do Przemyśla (czyli ten nasz) opóźniony był o około 25 minut. Nie tak źle, pomyśleliśmy i znaleźliśmy sobie kątek na peronie, gdzie mogliśmy schronić się przed hulającą parą atmosferycznych tancerzy.

20170428_172016
W pełnej gotowości czekamy na pociąg.

Chłód przenikał jednak nas do kości, więc aby jakoś wspomóc się w oczekiwaniu na pociąg, postanowiłam kupić nam po herbacie z cytryną. Zostawiłam Bartka z naszymi pojazdami i ruszyłam w czeluści przydworcowego pasażu handlowo-usługowego, jak to się ładnie teraz zwie.

Przedarcie się przez hordy podróżujących było nie lada wyzwaniem. Kolejnym, ani trochę łatwiejszym od poprzedniego było znalezienie kawiarni, która serwuje herbatę za kwotę jednocyfrową. Udało się. 10 minut stania w międzynarodowej kolejce i mogłam wrócić na peron z ciepłymi napojami.

Tam niestety okazało się, że pociąg zwiększył opóźnienie do minut 40. Staliśmy więc z papierowymi kubkami w ręku i próbowaliśmy pocieszyć się ich zawartością.

Po ciągnących się jak wieczność kilkudziesięciu minutach pociąg wtoczył się na stację. Sprawnie wpakowaliśmy się z całym sprzętem i po raz chyba pierwszy w naszych pociągowo-rowerowych wojażach mogliśmy docenić rowerowe udogodnienia. Przedsionek naszego wagonu mieścił 6 wieszaków na rowery, które w dodatku nie utrudniały pasażerom przejścia. Wynalazek na miarę PKP.

20170428_212112

Droga minęła szybko. Po niecałych trzech godzinach wysiedliśmy w dobrze nam już znanym z Rajdu Wschodniego Jarosławiu. Ku naszej uldze, tu nie padało a powietrze było suche i cieplejsze. Zadowoleni, ruszyliśmy w poszukiwaniu schroniska młodzieżowego, gdzie zaplanowaliśmy nocleg.

Nie szukaliśmy długo. Budynek znajdował się dwie przecznice od dworca. Schronisko świeciło pustkami, prawdopodobnie byliśmy jedynymi gośćmi. Panowie struże i recepcjoniści w jednym leniwie wypisali kartę zameldowania i wskazali nam pokój. Przypomniały mi się czasy wycieczek szkolnych. Łóżka ustawione w rządku, wielka szafa pod ścianą i umywalka… Tylko jakoś brakowało dziecięcych śmiechów i pisków. Zmęczeni położyliśmy się szybko, by nabrać sił na kolejny dzień. Jeszcze przed zaśnięciem wyjrzałam za okno – deszcz chyba postanowił nam towarzyszyć, bo na chodniku malowały się mokre plamy drobnej mżawki.  A co tam, bez deszczu, czy z nim, damy radę!

20170428_180706
Licznik wyzerowany. Czas nabijać kilometry!

Dziki Kraków, cz. 15., Krakowskie rubieże

Tym razem nie prezentujemy żadnego obiektu na urbexowej mapie Krakowa. Dziś przewrotnie chcemy pokazać, że bez wyszukiwania specjalnych miejsc do eksploracji też można odnaleźć w Krakowie odrobinę dzikości. Wystarczy wsiąść na rower i odwiedzić odleglejsze dzielnice miasta.

P4020233 (©PLANETADZIKA)
Dla nas, osób mieszkających w południowo zachodnich terenach Krakowa wycieczka na nową Hutę wydaje się być wyprawą do innego miasta (pewnie mieszkańcy tej dzielnicy mówią to samo wybierając się na nasz, przydomowy wręcz, Zakrzówek). Huta jest daleko, jednak Kraków nie kończy się na Placu Centralnym, bynajmniej! Jego granice sięgają za Kombinat, co powoduje, że chcąc wybrać się na wschodnią granicę miasta, kiedy mieszka się przy Ruczaju, trzeba przygotować prawie całodzienną wycieczkę. Postanowiliśmy zobaczyć, jak daleko na wschód rozciągnęło się nasze miasto i dwa tygodnie temu przejechaliśmy się na krakowskie rubieże.

P4020296 (©PLANETADZIKA)

Nasza wycieczka liczyła sobie 60 km i bogata była w iście niekrakowskie (przynajmniej w odniesieniu do ogólno przyjętych standardów) krajobrazy. Dojazd do Huty, wygodny ze względu na nieprzerwaną ścieżkę rowerową nie był dla nas nowością. Ale gdy zdecydowaliśmy się zrobić pętelkę wokół Kombinatu, zaczęło robić się ciekawie i…. całkiem dziko.

P4020252 (©PLANETADZIKA)

Tereny w okół budynków huty są, trudno się dziwić, wyludniałe a ich charakter daleki jest od miejskiego. To jakby zderzenie bardzo industrialnego krajobrazu z obrazem wiejskich pól uprawnych. Z jednej strony patrzysz na gigantyczny obszar przemysłowy podczas gdy z drugiej rozciągają się pola a na ich miedzach szeleszczą wierzby. Łatwo zapomnieć, że ciągle jest się w Krakowie.

P4020253 (©PLANETADZIKA)

Najciekawszą atrakcją naszej wycieczki był przejazd tunelem pod torami kolejowymi w Ruszczy. To chyba jeden z dłuższych tuneli w mieście i, co ciekawe, składa się z dwóch części. Przejazd rowerem przez taki tunel to niezła frajda.

P4020270 (2) (©PLANETADZIKA)

P4020264 (©PLANETADZIKA)
Ciasteczka owsiane to świetny pomysł na posiłek w trasie.

W drodze powrotnej, zanim znów wjechaliśmy w miejskie tereny Nowej Huty, przejechaliśmy przez dawne wioski, dziś wchodzące w skład Krakowa, na których czas płynie wolniej i pewne rzeczy nie uległy zmianie. Po raz kolejny musieliśmy sobie powtarzać, że ciągle jesteśmy w Krakowie.

P4020291 (©PLANETADZIKA)

Tak dumając nad dzikimi rubieżami Krakowa dojechaliśmy do Placu Centralnego gdzie wypiliśmy zwycięską puszkę Coca-Coli i znaną ścieżką rowerową podążyliśmy do domu.

 

Dziki Kraków cz. 14., Kawerna Wielkanoc

Jako że za chwilę Wielkanoc i nastrój zrobił się bardzo świąteczny, my tez postanowiliśmy nawiązać do tych świąt w dzisiejszym poście. Będzie bowiem o kawernie, która nosi nazwę nie inną niż Wielkanoc. I bynajmniej nie jest to nazwa wymyślona przez nas. Dlaczego akurat „Wielkanoc”? Na to pytanie nie znamy odpowiedzi, ale nie przypadkowo postanowiliśmy opublikować relację z wizyty tam akurat dzień przed świętami. Klimat musi być 🙂

Dzisiejszy post jest jakoby kontynuacją przedostatniej relacji z eksploracji, którą odbyliśmy w towarzystwie Karoliny i Bartka. Jak i poprzednio, tak i w tym poście znajdziecie zdjęcia autorstwa Karoliny. Po więcej zapraszam na jej bloga.

P3250093 (©PLANETADZIKA)

Podczas wspomnianej wycieczki, oprócz fortu Winnica, o którym możecie przeczytać tutaj, zwiedziliśmy jeszcze dwie okoliczne kawerny, nieco podobne do tych odwiedzonych przez nas z początkiem marca (o których też już pisaliśmy).

Kawerny kręcą nas bardzo, co pewnie stali czytelnicy byli w stanie zauważyć. Jednak te odwiedzone tym razem miały w sobie coś niesamowitego.

DSC_3606 (©PLANETADZIKA)

Pierwsza znajdowała się w 5 minut drogi rowerem od Winnicy. Gdyby nie namiary GPS z pewnością byśmy ją minęli, nawet się nie obracając.Ulokowana była dokładnie pod kapliczką w niewielkim pagórku. Główne wejście było zamknięte na kłódkę, ale szczęśliwie znaleźliśmy inne, które stało otworem, z jednym dość sporym utrudnieniem, Aby dostać się do środka musieliśmy ześlizgnąć się po stromej ścianie, uważając przy tym by nie zahaczyć o wystające korzenie drzewa.
P3250067 (©PLANETADZIKA)
Trochę się nagimnastykowaliśmy, ale w końcu wszyscy zeszliśmy do środka. Kawerna składała się z jednej ogromnej sali, a w jej drugim końcu znaleźliśmy główne zamknięte drzwi. Prawa część korytarza została zasypana gruzem.
Rozejrzeliśmy się po pomieszczeniu, uwieczniliśmy je na fotografiach i podjęliśmy kolejną niełatwą próbę wydostania się tym razem na zewnątrz. Kiedy wszyscy już bezpiecznie wróciliśmy na górę, zachęceni klimatem dopiero co odwiedzonej kawerny, ruszyliśmy kolejnej, tytułowej Wielkanocy.
P3250070 (©PLANETADZIKA)
Znalezienie obiektu nie należało do najłatwiejszych zadań. Chwilę musieliśmy pokręcić się po zalesionym wzgórzu do którego doprowadził nas GPS zanim odkryliśmy jedno z wejść do kawerny. Tym razem wystarczyło się tylko schylić i już byliśmy w środku. Przywitał nas długi korytarz, na którego ścianach spały ćmy. Kawerna okazała się ogromna, większa niż mogliśmy przypuszczać.
P3250098 (©PLANETADZIKA)
Szybko odkryliśmy że przez obiekt biegnie więcej niż jeden korytarz, a ścieżki wiją się raz w prawo raz w lewo, krzyżują się ze sobą – krótko mówiąc tworzą labirynt, w którym łatwo się zgubić. Błądząc po korytarzach odkryliśmy jeszcze inne 3 wejścia do kazamatów, które jednak były słabo dostępne z zewnątrz. Natknęliśmy się również na nietoperza (który nota bene, był już prezentowany w ostatnim poście) i czmychnęliśmy przed pająkiem. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz poczuliśmy się, jakbyśmy wrócili z nieco innego świata. Ogarnęło nas ciepło a oczy dłuższą chwilę przyzwyczajały się do dziennego światła.

P3250096 (©PLANETADZIKA)

Wizyta w Wielkanocy zrobiła na nas duże wrażenie. Były to największe (i najbardziej kręte) kazamaty, które zwiedziliśmy do tej pory. Być może towarzystwo Karoliny i Bartka dodało nam pozytywnej energii, ale wspomnienia z tej eksploracji należą do naszych ulubionych.

Wesołych świąt, drodzy Czytelnicy! Odpocznijcie i spędzicie te święta w sposób bliski waszemu sercu! 🙂

Dziki Kraków cz.12, Fort 53 a

Twierdza Kraków to temat rzeka, który ciągle jeszcze nie został dostatecznie wyłożony. Dla nas, laików ale i fascynatów tego dziewiętnastowiecznego tworu, Twierdza Kraków to idealne obiekty do zwiedzania i zarazem dobry materiał na posty. Ostatnimi czasy odwiedziliśmy kolejny fort należący do Twierdzy i chcemy podzielić się z wami wrażeniami z wycieczki.
DSC_3600 (©PLANETADZIKA)
Być może ktoś z Czytelników zauważył, że ostatnio kręcimy się po południowo-zachodnich zakamarkach Krakowa. Tym razem będzie podobnie, a prezentowanym obiektem jest fort pomocniczy 53 a Winnica.
Ta eksploracja była jednak nieco inna niż poprzednie. Zwykle zwiedzamy tylko w dwójkę (czasem pakując do plecaka Dzika), niczym nieodłączni Flip i Flap 😉 Jednak tym razem mieliśmy przyjemność zwiedzić fort razem z naszymi znajomymi, również sympatykami urbexu, Karoliną I Bartkiem.
Napomknę, że Karolina jest fotografką i prowadzi, jak my, swoją internetową stronę. Dzięki jej uprzejmości, w fotorelacji z wycieczki wykorzystaliśmy kilka zdjęć jej autorstwa.
DSC_3554 (©PLANETADZIKA)

Na fort, jak to u nas bywa, dotarliśmy na rowerach. Pozostawiwszy je w bezpiecznym miejscu bez trudu przeszliśmy przez bramę wjazdową, na której wisiała standardowe dla fortu ostrzeżenie „Wstęp wzbroniony”. Niewzruszeni komunikatem, minęliśmy dawno porzucony i doszczętnie ogołocony samochód wojskowy.

P3250005 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

Po chwili byliśmy już przy forcie, który na samym wstępie zrobił na nas duże wrażenie. Tym, co od razu przykuło uwagę i co bardzo rzadko zachowało się w fortach, była fosa i przerzucona przez nią kładka, umożliwiająca dojście do budynków fortu.

DSC_3573 (©PLANETADZIKA)
Fort, jako że pełnił funkcję pomocniczą, był stosunkowo niewielki. Wszelkie możliwe otwory, potencjalnie umożliwiające wejście do jego środka były skrupulatnie połatane, nie mówiąc o żelaznych drzwiach zamkniętych na cztery spusty. Tak więc szansy na zwiedzenie obiektu od środka nie mieliśmy i musieliśmy zadowolić się obejściem budynku z zewnątrz. Weszliśmy też na dach i odkryliśmy kopuły strzelnicze, unikatowe w obiektach Twierdzy Kraków.
P3250028 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Na koniec męska część naszego zespołu zdecydowała się zejść w głąb fosy, co nie było proste i wymagało zejścia się po stromym zboczu. Na dole niestety też nie znaleźli przejścia do wewnętrznych budynków, mogli natomiast spojrzeć na fortyfikacje z innej, niższej perspektywy.
P3250048 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Fort Winnica w naszej opinii to jeden z najciekawszych obiektów Twierdzy Kraków. Wzrok przykuwa nie tylko ogromna fosa, świetnie zachowana, ale i kompleks budynków, którego ząb  czasu, ani ludzkie chamstwo nie skrzywdziły.
Choć dla eksploratorów to przykre, kiedy nie można zwiedzić obiektu od wewnątrz, jednak w gruncie rzeczy, dobrze że o fort ktoś dba i nie pozwala, by wpadł w ręce niepowołanych osób.
P3250006 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

Dziki Kraków, cz.11, Wojskowe Kazamaty cd.

Wycieczka o której pisaliśmy ostatnio, owocna była nie tylko w odkrycie kazamatów opisanych  w tym poście. Idąc dalej tropem powojskowych magazynów natknęliśmy się na bardzo podobny, aczkolwiek znacznie większy obiekt wykuty w skale nad opuszczonym kamieniołomem. Podczas gdy kazamaty z poprzedniego odcinka obejmowały jedno, góra trzy pomieszczenia, tak odkryte kawerny nad kamieniołomem tworzyły kompleks wielu pomieszczeń połączony licznymi korytarzami. Wchodząc do środka z jednej strony byliśmy w stanie dotrzeć na drugą stronę skały. Oczywiście drogą podziemną.

DSCI3075 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

DSCI3027 (©PLANETADZIKA)
Kawerny zwiedzaliśmy dobra godzinę. Pogoda nam sprzyjała i wpadające do komnat przez otwory światło tworzyło tajemniczą aurę, idealną do fotografii, którą nawet nasz stary aparat był skłonny zaakceptować.
DSCI3048 (©PLANETADZIKA)

DSCI3034 (©PLANETADZIKA)

W jednym z głębiej ukrytych pomieszczeń znaleźliśmy jakąś tablicę pamiątkową . Inskrypcje niestety zostały wykonane na przeźroczystym tle, co w połączeniu z brakiem światła utrudniało ich odczytanie. Próba zabrania ich do domu w postaci zdjęcia również spaliła na panewce… W rezultacie nie dowiedzieliśmy się, co lub kogo upamiętniała szklana tabliczka.

DSCI3046 (©PLANETADZIKA)

Wszystkie pomieszczenia oczywiście świeciły pustkami, gdzieniegdzie znajdywaliśmy tylko ślady zabaw naszych poprzedników w postaci wypalonych świeczek i wycinanek z papieru. Ktoś musiał mieć niezłą imprezę… Brak jakiegokolwiek wyposażenia nie ujmował miejscu ani trochę świetnego klimatu. Ogrom korytarzy i pomieszczeń i świadomość jak wielką pracę włożono by powstały, wręcz zapierał dech.

DSCI3051 (©PLANETADZIKA)
Po eksploracji kawern pospacerowaliśmy po ścianach kamieniołomu znajdując ruiny kolejnego z fortów Twierdzy Kraków (nazwy celowo nie podajemy). Niewiele z niego zostało, do tego stopnia, że bez wglądu w materiały źródłowe trudno było określić jego kształt i wielkość.
DSCI3059 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)
Na tak lichy dziś stan fortu w dużym stopniu wpłynęła decyzja podjęta w latach 50′ o jego rozbiórce na rzecz pozyskania cegieł do odbudowania zniszczonej wojną Warszawy. Wysadzono wówczas większośc budynków fortecznych, ale uzyskanych materiałów budowlanych ostatecznie nie wykorzystano, a fort pozostawiono samemu sobie. Nie możemy już cieszyć się jego zwiedzeniem, za to ze wzgórza na którym niegdyś stał rozciąga się piękna panorama na Kraków, co warte jest wspinaczki w to miejsce, zwłaszcza w pogodne dni.
DSCI3062 (©PLANETADZIKA)

Dziki Kraków cz. 10., Wojskowe kazamaty

Po bardzo gorących dla nas (choć chłodnych za oknem) kilku dniach, związanych ze slajdowiskiem w Bonobo i wizytą w Off Radio Kraków wracamy do was z bardzo świeżą relacją z kolejnego nieznanego zakątka Krakowa.

Nie bez powodu określam ten wpis jako „bardzo świeży”, gdyż dzisiejszą miejscówkę odkryliśmy raptem dwa tygodnie temu, a z wrażeń z jej zwiedzania nawet dzisiaj do końca jeszcze nie ochłonęliśmy.

DSCI3018 (©PLANETADZIKA)
Korzystając z ciepłego i słonecznego weekendu wybraliśmy się na eksplorację naszego nowego terenu zamieszkania. Z początkiem marca zdarzyło nam się przeprowadzić, więc stwierdziliśmy, że najwyższy czas poznać bliżej nowe okolice.
Nasza wycieczka okazała się owocna nie tylko w zapoznanie się z topografią dzielnicy, ale również i przede wszystkim, odkryliśmy kapitalne opuszczone obiekty Twierdzy Kraków.
DSCI2958 (©PLANETADZIKA)
Tym razem nie był to fort, a wykute w skale kazamaty służące jako magazyny amunicyjne obecnie bardziej przypominające jaskinie, z wąskimi korytarzami i obszernymi komnatami. (Czym były tajemnicze pomieszczenia wyryte w wapiennej skale dowiedzieliśmy się już po powrocie dzięki konsultacji z naszym wujkiem Googlosławem)
Na trasie napotkaliśmy cztery tego typu magazyny. Trzy z nich składały się tylko z jednego pomieszczenia i prowadzącego doń krótkiego korytarza. Natomiast jeden obiekt był większy i krył w sobie aż trzy sale i znacznie dłuższej sieci korytarzy.
DSCI2996 (©PLANETADZIKA)
Uroku obiektom dodawał kompletny brak oświetlenia, piwniczny chłód i lekko zwietrzały zapach. Bez latarki wejście do korytarzy byłoby niemożliwe, egipskie ciemności panujące wewnątrz uniemożliwiają zwiedzanie nieprzygotowanym na to przypadkowym turystom.
My na szczęście ubezpieczyliśmy się w latarki i chociaż nasz aparat nie przepada za pracą w ciemnościach udało nam się pstryknąć kilka zdjęć, które uwydatniają tajemniczy klimat skalnych magazynów.
DSCI2975 (©PLANETADZIKA)
Niestety, ku naszemu oburzeniu w jednym z pomieszczeń, co ciekawe znaczenie oddalonym od wyjścia odkryliśmy mało chwalebny akt dokonany przez człowieka (z pewnością nierozumnego). W ostatniej komnacie prawie potknęliśmy się o wielkie wory wyładowane śmieciami. Komentarz tutaj jest zbędny, aczkolwiek po raz kolejny otrzymaliśmy dowód na to, że głupota ludzka granic nie zna i chyba nigdy nie pozna.
DSCI3008 (©PLANETADZIKA)

Aby nie kończyć tak gorzką myślą dodam, że podczas owej weekendowej wycieczki znaleźliśmy jeszcze kilka innych równie fascynujących obiektów, o których opowiemy w najbliższych odcinkach.
Do przeczytania!

DSCI2962 (©PLANETADZIKA)