Islandia Dzika. Południe cz.1.

Poza Złotym Kręgiem, o którym pisaliśmy ostatnio, jednym z najpopularniejszych regionów Islandii pośród turystów zarówno tych rowerowych jak i samochodowych jest południowe wybrzeże. Ci, którzy nie zdecydują się na wycieczkę po całej wyspie wybierają zwykle właśnie południe za cel swojej podróży. Powodów popularności południa jest co najmniej kilka: bogactwo atrakcji naturalnych, niewielka odległość od Reykjaviku, płaskawy teren i rozwinięta baza turystyczna. Jednak z drugiej strony, na południu pogoda jest bardzo zmienna i znacznie bardziej deszczowa niż w innych regionach Islandii. Przygotować się więc trzeba na zwiedzanie w pelerynce przeciwdeszczowej.

P7130734 (©PLANETADZIKA)

Jedną z ważniejszych atrakcji, oddaloną  kilkadziesiąt kilometrów od Złotego Kręgu jest Wodospad Seljalandsfoss, który podziwiać można z wielu różnych perspektyw, nawet od tyłu, dzięki ścieżce poprowadzonej za strumień spadającej wody. Trzeba jednak pamiętać, by idąc pod wodospad zabrać nieprzemakalne ubranie, bo nawet przy łagodnym wietrze bryza rozpryskuje się na wszystkie strony, więc okrążenie wodospadu może skończyć się całkowitym przemoczeniem ubrania. Seljalandsfoss może nie jest tak okazały jak Gulfoss, jednak jego ciekawe ułożenie i możliwość spojrzenia na spadającą wodę z innej strony przyczyniają się do jego rosnącej popularności.

P7130735 (©PLANETADZIKA)

My do wodospadu dojechaliśmy popołudniu trzeciego dnia wyprawy. Deszcz postanowił dać nam chwilę oddechu i nawet przesuszyliśmy trochę mokre ubrania. Nabraliśmy wiatru w skrzydła, czy może bardziej w koła i bez trudu pokonaliśmy 100 km. Pod koniec dnia zboczyliśmy trochę z głównej drogi, by szutrową, bardzo dziurawą drogą dojechać do niepozornego parkingu pośród wzgórz. Dla niewtajemniczonych osób miejsce to wygląda bardzo osobliwie – po co ktoś miałby organizować parking w środku nigdzie, z dala od turystycznych atrakcji? My jednak doskonale wiedzieliśmy, że to punkt postoju dla osób podróżujących samochodem, z którego prowadzi ścieżka do nieprzewodnikowej atrakcji, lecz już coraz bardziej rozpowszechnionej – dzikiego górskiego basenu.

P7130799 (©PLANETADZIKA)

P7130794 (©PLANETADZIKA)

Pozostawiliśmy na parkingu rowery i krętą górską ścieżką podeszliśmy do ukrytego w dolinie basenu (Link do filmiku). Woda w nim pochodziła z termalnych źródeł, więc jej temperatura niezależnie od pogody i pory roku była bardzo przyjemna dla ciała. Skorzystaliśmy z przebieralni postawionych przy basenie (choć stan w jakim pozostawili je nasi poprzednicy dawał wiele do życzenie i niestety równie wiele mówił o poziomie turystów którzy do niego doprowadzili) i wskoczyliśmy w stroje kąpielowe.  Już po chwili grzaliśmy się w ciepłej wodzie i podziwialiśmy górski krajobraz. Trudno było wyjść z przyjemnej wody, ale zbliżający się zmierzch pomógł nam podjąć decyzję. Wróciliśmy po rowery i przenocowaliśmy nieopodal dolinki z basenem.

P7130804 (©PLANETADZIKA)

Niestety kolejny dzień nie był dla nas tak udany. Deszcz o nas nie zapomina i postanowił towarzyszyć nam znowu trochę. tym razem był jednak znacznie silniejszy niż podczas zwiedzania Złotego Kręgu i dogadał się z wiatrem, który wiał uparcie z boku, spowalniając jazdę i przenikając nasze ciała do szpiku kości. Walczyliśmy jak tylko mogliśmy z islandzką pogodą ale w końcu poddaliśmy się w tej nierównej walce i przejechawszy w ulewie niecałe 40 km zatrzymaliśmy się w Vik, najbliższej nam miejscowości oferującej nocleg pod dachem.

P7140818 (©PLANETADZIKA)

Niestety wszystkie hotele były przepełnione i pozostało nam przeczekanie deszczu na kempingu, który na szczęście posiadał zadaszoną i ogrzewaną świetlicę, gdzie mogliśmy obeschnąć. Z ulgą przyjęliśmy ten nieplanowany postój w Vik, chociaż żałowaliśmy, że z powodu fatalnej pogody nie możemy w najmniejszym stopniu skorzystać z atrakcji, jakie oferują okolice tego miasteczka. W planach mieliśmy zwiedzenie plaży Kirkjufjara z urokliwą latarnią i okazałym łukiem bazaltowym oraz wraku samolotu, który dawno temu rozbił się u południowych wybrzeży Islandii, a dziś jego szkielet stanowi atrakcję dla miłośników alternatywnej turystyki. Niestety żaden z tych planów nie został zrealizowany, a czas spędzony w Vik i Myrdal poświęciliśmy na suszenie ubrań oraz odpoczynek przy lekturze w kempingowej świetlicy. Cały czas nie traciliśmy wiary, że pogoda w końcu zacznie nam sprzyjać. Prognozy na następne dni tylko naszą wiarę umacniały.

P7150838 (©PLANETADZIKA)

Reklamy

Islandia. Wyprawa dzika. Złoty Krąg

Według przewodników i mądrości internetowych, tak zwany Golden Circle (Złoty Krąg)  to najpiękniejszy region na Islandii, obfitujący w największe turystyczne perełki. Nawet jeśli przyjeżdżasz na północną wyspę tylko na chwilę, nie możesz pominąć wycieczki w to miejsce – to tak, jakby pojechać do Paryża i nie zobaczyć wieży Eiffla, albo ominąć Koloseum w Rzymie.

Mimo dobrej reklemy, Według naszych kryteriów Złoty Krąg nie był największą atrakcją wyprawy, choć trudno się nie zgodzić, że odwiedzenie głównych punktów tego regionu wywołuje efekt „wow” i przez kilka minut trudno zamknąć usta z wrażenia.

P7110537 (©PLANETADZIKA)

Popularność Złotego Kręgu wynika przede wszystkim z jego położenia nieopodal Reykjaviku. Wystarczy wyjechać kilkadziesiąt kilometrów za miasto, by móc podziwiać pierwsze cuda natury. Jeśli podróżujemy samochodem, zwiedzenie trzech topowych atrakcji Islandii zamknie się w jednodniowej wycieczce ze stolicy, bez konieczności wstawania bladym świtem. Podróżnikom rowerowym, takim jak my, zwiedzenie Golden Circle zajmie nieco więcej czasu. Dla przykładu, my w tej okolicy spędziliśmy dwa dni. Pierwszy, późno rozpoczęty, ze względu na konieczność zaopatrzenia się w dyskoncie, który z nieznanych nam przyczyn otwierany jest dopiero o godzinie 11.00, upłynął nam na wyjeździe z miasta i dotarciu do pierwszego „must be” Złotego Kręgu, czyli Doliny Ryftowej, otwierającej park narodowy Þingvellir.

Miejsce niesamowite, gdyż znajduje się na styku płyt kontynentalnych euroazjatyckiej i północnoamerykańskiej. Jak można sobie wyobrazić, teren ten wykazuje dużą aktywność sejsmiczną, a krajobraz poprzecinany jest licznymi bruzdami i wąwozami. Największym z nich jest wąwóz Almannagjá, którym można się przespacerować obserwując piękną rzeźbę terenu.

P7110559 (©PLANETADZIKA)

Nieopodal wąwozu znajduje się największe na wyspie jezioro Þingvallavat, prawdziwy raj dla wędkarzy. Mieliśmy okazję podziwiać jego piękną szatę jadąc wzdłuż jego linii brzegowej. Zostawiając je niedaleko za plecami rozbiliśmy się na pierwszy nocleg w trasie. Znaleźliśmy urokliwą polankę nad rzeką, już poza obszarem chronionym i tam spędziliśmy pogodną noc.

P7110533 (©PLANETADZIKA)

Niestety ranek kazał zapomnieć o dobrej pogodzie dnia poprzedniego. Obudził nas rzęsisty deszcz i w jego towarzystwie przyszło nam zaliczać kolejne atrakcje Złotego Kręgu. Całkowicie przemoczeni dojechaliśmy do największego w Islandii gejzeru wodnego Stokkur, otoczonego gorącymi strumykami i innymi, starszymi już nie plującymi gejzerami. Co kilka minut Stokkur wystrzeliwał z siebie 20 metrową fontannę gorącej wody, co robiło niemałe wrażenie i pozwalało na chwilę zapomnieć o fatalnej aurze.

P7120594 (©PLANETADZIKA)

Kiedy już raz zobaczy się wybuchający gejzer, nie bardzo chce się wracać i ruszać w dalszą drogę. Mimo zimna, wiatru i siekącego deszczu staliśmy jak kamienne posągi czekając na kolejne wybuchy. Dopiero po długich minutach gapienia się w gejzer, pozwoliliśmy wygrać rozsądkowi i wsiedliśmy na rowery.

P7120601 (©PLANETADZIKA)

Nasz niedosyt piękna islandzkiej przyrody został bardzo szybko zaspokojony, gdyż po godzinie pedałowania (niestety głównie pod górę) dotarliśmy pod kolejny hit Złotego Kręgu, wodospad Gulfoss. Nie będzie zaskoczeniem, jeśli sprecyzuję, że po islandzku jego nazwę tłumaczy się jako Złoty Wodospad, wszak skoro krąg jest złoty to i wodospad musi być niczego sobie.

P7120615 (©PLANETADZIKA)

 I był. Składający się z dwóch, prostopadle do siebie położonych kaskad, przełamywał rzekę Hvitę i ściągał do siebie rzesze turystów. Dzięki wytyczonym ścieżkom zobaczyć można go było z różnych perspektyw, podchodząc pod kaskadę, bądź wdrapując się na wyższe kondygnacje i patrząc na ten cud natury z góry.

Gdyby nie nieustępliwy deszcz pewnie zostalibyśmy przy Godafoss dłużej, jednak warunki tego dnia dyktowała pogoda, która kazała nam ponownie zbierać się, pozostawiający tylko cień nadziei, iż  dzięki temu uciekniemy w końcu przed chmurą.

P7120644 (©PLANETADZIKA)

Nasze nadzieje jednak nie zostały spełnione, przynajmniej nie tego dnia. Trochę zmartwieni postanowiliśmy zwrócić się o wsparcie do islandzkich Elfów, które wedle podań mieszkańców zamieszkują dzikie ostępy wysypy i wpływają na losy odwiedzających ich krainę. Nie są bogami, nie są też ludźmi; to tajemnicze istoty, które trudno spotkać osobiście, w które trzeba po prostu uwierzyć. Jeśli chce się zyskać ich przychylność warto zbudować im mały domek z kamieni. Trud to żaden, a przecież lepiej mieć po swojej stronie tak potężne istoty. Zwłaszcza jeśli jest się przemoczonym cyklistą, którego czeka kolejne 20 dni przygody. Tak więc każdy z nas zbudował swój domek dla Elfów i wyjechaliśmy ze Złotego Kręgu, ciągnąc za sobą deszczowe chmury. Nastroje mieliśmy jednak nie najgorsze, podsycane świeżym wspomnieniem odwiedzonych atrakcji. A to był dopiero  początek przygody.

P7120640 (©PLANETADZIKA)

 

Prawdy i mity na temat Islandii

Stereotypy, choć nie bardzo je lubimy, jeśli dotyczą nas samych, są częścią naszej kultury i odzwierciedlają sposób patrzenia na świat danej grupy społecznej. Podobno w każdym z tych uproszczonych poglądów kryje się ziarnko prawdy, choć oczywiście nie powinniśmy brać do siebie prawideł z nich płynących. Niestety często takie szablonowe postrzeganie innych osób czy nacji jest silniejsze od nas samych i ulegamy mu łatwo, a może nawet bezwiednie. Zdarza się, że jedziemy w podróż do obcego kraju wyłącznie z taką stereotypową wiedzą i często dopiero na miejscu przekonujemy się, jak mylne było nasze myślenie.

My, ruszając na Islandię, mieliśmy głowy pełne różnych pobieżnych opinii i stwierdzeń zasłyszanych od innych, czy wyłapanych w mediach. Część z nich okazała się zaskakująco prawdziwa, ale większość można między bajki włożyć. Chcecie wiedzieć co? Zapraszamy do lektury naszego zestawienia faktów i mitów na temat Islandii.

P8012809 (©PLANETADZIKA)

  1. Na Islandii nawet w lecie jest ciągle zimno i pada. – MIT

Osobiście uwielbiam stereotypy dotyczące pogody. Większość moich zagranicznych znajomych jest przekonana, że w Polsce od listopada do kwietnia żyjemy zasypani śniegiem a mrozy sięgają 30 stopni poniżej zera… Poglądy na temat islandzkiej pogody są podobne. Oczywiście, klimat wyspy wysuniętej tak daleko na północ, nie może być porównywany do greckiej czy hiszpańskiej sielanki, ale z drugiej strony krótka obserwacja wykresów klimatycznych i prądów morskich przepływających przy Islandii pozwala stwierdzić, że latem nie musimy tam nosić puchowej kurtki i dwóch swetrów pod spodem. Islandzkie lato jest bardzo krótkie i rześkie (temperatury oscylują około 15oC, i co ważne, dobowe amplitudy temperatury są niewielkie). Deszcz pada dość często, to prawda, ale zdarzają się nawet tygodnie bez opadów, zwłaszcza na północy kraju. My mieliśmy dużo szczęścia i trafiliśmy na tydzień bez kropli deszczu, z temperaturą przekraczającą 25oC. Brzmi dobrze? My nie narzekamy, choć oczywiście nie ma co generalizować i pewnie są i tacy, którzy doświadczyli najgorszej strony islandzkiego klimatu podczas swoich podróży.

P7232021 (©PLANETADZIKA)
Bywa, że na Islandii jest bezchmurnie i gorąco.
  1. Islandia to prawie że bezludna wyspa, sklepy oddalone są od siebie co najmniej o 150 km. – MIT, ale…

Wprawdzie populacja Islandii jest mniejsza niż liczba mieszkańców Lublina, kraj ten zalicza się do jednych z najlepiej rozwiniętych na świecie. W naszym rozumieniu miasta, Islandia posiada tylko dwa, Reyjkjavik i Akureyri, jednak w każdej mieścinie, liczącej nawet kilkudziesięciu bywalców znajduje się sklep wyposażony w żywność wszelakiego rodzaju, środki higieniczne a często i sprzęt kempingowy. Jeśli nie ma sklepu, jest stacja benzynowa, często z barem i toaletami. Na naszej trasie dookoła wyspy zanotowaliśmy najdłuższy odcinek bez żadnego sklepu wynoszący 150 km. W rowerowym postrzeganiu odległości to dwa dni jazdy. Taki czas da się chyba przetrwać, bez dodatkowych zakupów? Problem zaczyna się dopiero, gdy chcemy zwiedzić interior. Tam ludzie nie mieszkają, a co za tym idzie, infrastruktura turystyczna jest bardzo okrojona. Jeśli planujecie wyprawę w głąb wyspy (co wymaga a) doświadczenia, b) długich przygotowań) musicie zabrać ze sobą zapasy na 4-5 dni.

P7130696 (©PLANETADZIKA)
Nawet mniejsze miejscowości w Islandii są dobrze zaopatrzone.
  1. Na Islandii można doświadczyć dzikiego piękna natury. – PRAWDA, ale…

Islandia oferuje podróżnikom dzikie piękno natury, nieskażone przez człowieka, zapierające czasem dech w piersiach, lecz niestety ze względu na rosnącą popularność wśród turystów z całego światach, niektóre miejsca stały się masowymi atrakcjami, zalewanymi w sezonie przez, często bezmyślnych wycieczkowiczów. Czasem, żeby poczuć dzikość wyspy trzeba zboczyć ze szlaku lub poczekać aż wszystkie autobusy z grupami odjadą do hoteli. Podróż rowerem i noclegi w namiocie zdecydowanie ułatwiają doświadczenie w 100% dzikości Islandii.

P7120621 (©PLANETADZIKA)
Niektóre atrakcje naturalne Islandii bywają bardzo zatłoczone. Nawet w taką pogodę.
  1. Na Islandii zakup alkoholu graniczy z cudem. To prawie prohibicja. – MIT

Nie będziemy ukrywać, że na Islandii alkohol nie jest aż tak szeroko dostępny jak w Polsce. Na każdym rogu nie znajdziecie monopolowego z szeroką gamą piw i mocniejszych trunków. Żeby kupić piwo mocniejsze niż  2% trzeba udać się do specjalnego sklepu mającego licencję na sprzedaż alkoholu, który zwie się Vinbudin. Jednak sklepy te są dość powszechne w nawet niewielkich miejscowościach i czynne są zwykle od 10.00 do 19.00. Oferują wszelkie możliwe alkohole, od piw, przez wina, po wódki i inne wymyślne trunki z całego świata. O cenę nie pytajcie, bo boli mnie portfel, jak tylko pomyślę, ile zapłaciłam żeby napić się normalnego (czyli  5%) piwa. Za to jeśli jesteście amatorami tzw. sikaczy, to w każdym markecie dostaniecie 2%, za to mocno chmielone piwka. Na orzeźwienie po ciężkim dniu spędzonym na rowerze wprost idealne.

IMG_20170723_182556_568 (©PLANETADZIKA)
Bywają momenty, kiedy dobre piwo jest na wagę złota.
  1. Islandia jest wściekle droga. – PRAWDA

To nie niespodzianka, że kraje nordyckie do tanich nie należą, jednak Islandia bije wszelkie rekordy pod względem drożyzny. Nawet w dyskoncie za zwykłe zakupy żywnościowe zapłacicie tak jak w Polsce za luksusowe towary w najlepszych delikatesach, z tą różnicą, że tam za tę samą cenę dostaniecie kiepskiej jakości półprodukty.

Przykładowe ceny: (stan na rok 2017, kurs: 100 koron = 3,60 zł)

  • chleb (paczkowany, a la tostowy) – 350 koron
  • świeże pieczywo z piekarni (chleb + dwie bułki) – 885 koron 😮
  • benzyna (1l) – 190 koron
  • lody z budki, rożek – 450 koron
  • coca cola puszka – 240 koron
  • banany 1 kg – 100 koron

Boli, prawda?

P7130811 (©PLANETADZIKA)
To były chyba najdroższe kanapki w naszym życiu (a robione własnoręcznie)….
  1. Najtańszy sklep na Islandii to Bonus. Tylko tam należy robić zakupy. – MIT

Jeśli już mowa o cenach i zakupach, warto zatrzymać się na chwilę na temacie względnie tanich marketów. W Internecie krąży opinia, że jak zakupy na Islandii to wyłącznie w Bonusie (https://www.bonus.is/). Owszem, sklep należy do najtańszych w kraju i uważany jest za dyskont, jednak nie wszystkie produkty są w nim aż tak oszałamiająco tanie. Porównaliśmy je z cenami z konkurencyjnym Kronanem i niektóre produkty okazały się być tańsze w tym drugim. Co więcej, nawet w mniejszych sklepach sieci XXX, ceny nie są dużo wyższe niż w popularnym Bonusie, a zdarzają się promocje i można dostać towar po cenie dyskontowej (oczywiście w islandzkim rozumieniu tego słowa). Tak jak i u nas, nie tylko Biedronka jest tania.

P7110474 (©PLANETADZIKA)
Najpopularniejszy market w Islandii, czyli Bonus

  1. Język islandzki jest bardzo trudny i brzmi jak język orków. – PRAWDA

Nie byłbym aż tak brutalna, porównując islandzki to mowy złych stworów, jednak prawdą jest, że islandzki to jeden z trudniejszych języków na świecie. Świadczy o tym choćby skomplikowana fonetyka, obecność aż 5 dyftongów, obecność wielu form z języków starogermańskich i wreszcie, a może przede wszystkim fleksyjność, czyli odmiana rzeczownika przez przypadki (tak, my też to w polskim mamy).

P7312725 (©PLANETADZIKA)
Nie wiem, czy aż tak łatwe….

 

Islandia. Wyprawa dzika. Kempingi na wyspie lodu i ognia

Każdy, nawet największy podróżnik musi czasem odpocząć. Jak trywialnie brzmi to stwierdzenia, tak noclegi są bardzo istotnym punktem planowania podróży. W naszej podróży do Islandii z dużej puli noclegowych możliwości, tylko te pod namiotem brane były pod uwagę, ze względu na drożyznę panującą na wyspie. Co więcej założyliśmy, że większość nocy spędzimy na dziko, korzystając w ten sposób z przychylnego podróżnikom islandzkiego prawa, które zakłada możliwość rozbicia namiotu poza miastem gdzie bądź, byle nie wpakować się komuś na teren prywatny (który musi być ogrodzony, toteż nie trudno go rozpoznać).

P7211873 (©PLANETADZIKA)

Nocowanie na dziko jest wspaniałe, lecz nie mi się o jego zaletach rozwodzić. Niestety ma też jeden bardzo kłopotliwy minus – brak możliwości skorzystania z sanitariatu. Z tej przyczyny, co jakiś czas siłą rzeczy, każdy szanujący się podróżnik, nie wiem jak stroniący od cywilizacji, musi zatrzymać się na prysznic (tak sobie myślę, że ta właśnie cecha odróżnia podróżników-wędrowców od włóczęgów vel żuli).

Na Islandii prysznice znajdywalne są prawie wyłącznie na kempingach. Więc co kilka dni (żałuję, że nie częściej) zatrzymywaliśmy się na przerwę, by skorzystać z dobrodziejstw, które to kempingi proponują.

P7110468 (©PLANETADZIKA)

W naszej podróży zaliczyliśmy 5 pól namiotowych, choć planowaliśmy tylko 3 (nie pytajcie dlaczego). Co ciekawe, każdy był inny, wyróżniał się innym nastawieniem do turystów, gamą oferowanych usług itd. Z tego właśnie powodu postanowiliśmy pokrótce opisać nasze doświadczenie na każdym z nich.

Zacznijmy od zestawienia danych:

Lokalizacja Koszty osoby w namiocie (+110 podatek) Cena za pranie /suszenie Wifi Dostęp do prądu Opłaty za prysznic Świetlica
Reykjavik campsite 2200 700K/700K Tak Tak Free Tak
Vik i Myrdal 1500 500K/500K Tak, płatne Tak (lecz trudno dostępne) 200K Tak
Skaftafell 1700 500K/500K za 60min Nie Tak (300K) 500K za 5min Nie
Djupivogur 1550 Tak/tak 850K za 90min Tak, płatne Tak 300K Tak
Vogar (Reykjahild) 1500 plus namiot 500 Brak pralki/suszarki Tak płatne? Tak Free Nie

A teraz więcej szczegółów:

  1. Reykjavik campsite

Główny miejski kemping w Reykjaviku to najlepszy kemping, na jakim kiedykolwiek dotąd byliśmy. Serio. Oferuje wszystko, czego może potrzebować turysta, czy to pieszy, czy rowerowy, czy kamperowy czy nawet latający. A na poważnie, kemping  poza sporym polem namiotowym i miejscem dla kamperów posiada:

  • Darmowe prysznice (geotermalne)
  • Wydzielone miejsce do mycia naczyń z całym potrzebnym do tego sprzętem (gąbka, szczotka, płyn)
  •  miejsce na  grilla własnego lub duża krata
  • Pralnię wyposażoną w kilka pralek i suszarek (dodatkowo płatne po 700 koron)
  • Kuchnię  w osobnym zamkniętym pomieszczeniu, w pełni wyposażoną w naczynia i garnki oraz różnego rodzaju zostawionego przez turystów sprzętu kuchennego
  •  jadalnię, w której można jeść czytać i się zagrzać
  • Darmowe ładowanie elektroniki lub szafki z kontaktem
  • Przechowalnię bagażu czy kartonów na rowery (3400isk za to drugie)

W recepcji znajduje się mini sklepik ze sprzętem turystycznym. Można tu kupić butle z gazem do wszystkich systemów, mapy, menażki itp.

P8022853 (©PLANETADZIKA)

Co najważniejsze i bardzo inspirujące, ideą kempingu jest recykling. Na całym polu znajdują się wydzielone na poszczególne typy odpadów kosze, a w kuchni znaleźć można specjalną półkę, gdzie można zostawić niepotrzebną, ale zdatną do użycia żywność. My dzięki temu zyskaliśmy dwa obiady gratis, sami też coś zostawiliśmy dla następnych. Pomysł-rewelacja!

Ocena: 6/6

P8022856 (©PLANETADZIKA)

2. Vik i Myrdal

Kolejnym kempingiem, który udzielił nam schronienia był kemping w miejscowości Vik. Nie planowaliśmy tam noclegu, ale zmiażdżeni przez islandzką pogodę, z podkulonym ogonem zawitaliśmy w progach kempingowej recepcji.  Kemping dość niewielki, stary i dawno nieodświeżany, ale ze świetlicą w zamkniętym pomieszczeniu, która uratowała nam skórę (i pozwoliła wyschnąć).

Co jeszcze na kempnigu?

  • bezpłatne ładowanie
  • prysznice płatne ok 200isk
  • pralnia płatna (500/500)
  • we wspólnej salce miejsce na przyrządzanie posiłków + czajnik elektryczny, ale brak płyty grzewczej, co wykluczało przygotowanie ciepłego posiłku pod dachem

Miejsce sympatyczne, nadaje się na bazę wypadowej na piesze wędrówki po okolicy, a w pobliżu Vik jest co zwiedzać, o ile pogoda nie zechce inaczej.

Ocena: 4/6

P7150838 (©PLANETADZIKA)

3. Skaftafell

Dobra lokalizacja na wypady na lodowiec i bezpośrednie sąsiedztwo z parkiem narodowym to jedyne zalety tego kempingu, położonego dosłownie w środku nigdzie. Zachowany w ascetycznym stylu, jakby narysowany od linijki, z wytyczonymi ścieżkami i ładną trawą – brzmi dobrze? Może, ale kemping nie ma być piękny, ale praktyczny. A ten taki niestety nie był. Płacić trzeba było za wszystko. Aż dziwne, że za WC sobie nie policzyli.

P7161256 (©PLANETADZIKA)

Prysznic dodatkowo płatny 500 koron za 5 min. Idealny do ćwiczenia przed zawodami w kąpieli na czas.

Pralka 500 koron, suszarka też, z tym że nie łudźcie się, że wysuszy wam pranie…

Brak jakiejkolwiek świetlicy i miejsca pod dachem. Jak wieje, pada czy śnieży to siedzisz w namiocie.

Całkowity brak kuchni, lub choćby miejsca, gdzie można zagotować wodę.

Zastanawiacie się, za co więc wydaliśmy 1700 koron? My też. Omijać.

Ocena: 2/6

P7171261 (©PLANETADZIKA)

4. Djupivogur

Bardzo sympatyczny malutki kemping, położony gdzieś na końcu świata, (gdyby taki istniał naprawdę, Djupivogur mógłby śmiało nim być), w którym mało kto się zatrzymuje. Atmosfera kameralna, cisza i spokój. Miejsce idealne dla wszystkich introwertyków i uczulonych na tłumy.

Kemping oferuje:

  • W pełni wyposażoną kuchnię z jadalnią
  • Salon dla gości wyposażony w sofy i stoliki
  • darmowe ładowanie elektroniki
  • prysznic płatny 300 koron
  • Oraz pewien bonus, który jest oddalony o 2 km od miejscowości. Niebawem zdradzimy, cóż to.

Ocena: 5/6

P7191579 (©PLANETADZIKA)

6. Vogar (Reykjahild)

 W tej miejscowości znaleźć można właściwie dwa kampingi, jeden nieco droższy w centrum, kolejny dwa kilometry dalej. Wybraliśmy ten drugi, bo był mniej zatłoczony, a w pobliżu znajdowała się pizzeria.

Niestety ten kamping nie miał za dużo udogodnień. W sumie to więcej ich nie miał niż miał:

  •  brak pralki i suszarki
  • brak kuchni i świetlicy
  • brak dostępu do prądu

Natomiast miejsce miało swój przyjemny klimat. Spokój, za płotem pastwisko, możliwość zjedzenia pizzy w knajpie obok. I co dla nas najważniejsze, prysznic był darmowy, nieograniczony limitem czasu.

P7232090 (©PLANETADZIKA)

Dodatkową zaletą tego kempingu jest świetna lokalizacja przy atrakcjach turystycznych, np. jaskini geotermalnej i wulkanie.

Ocena: 4/6

* * *

To tyle w temacie kempingów islandzkich. Nasze zestawienie jest subiektywne i nacechowane wspomnieniami i uczuciami, towarzyszącymi nam w podróży. Na ocenę kempingów ma wpływ również pogoda, która zastała nas przy nocowaniu na danym polu namiotowym. Staraliśmy się jednak uwypuklić obiektywne cechy tych miejsc, które mogą pomóc innym polskim turystom w wyborze miejsca noclegowego na Islandii. W razie pytań zachęcamy do kontaktu!

P8022851 (©PLANETADZIKA)

Islandia, wyprawa dzika. Statystyki

Uff! I oto jesteśmy z powrotem! Po ponad trzech tygodniach spędzonych na rowerach, mknąc islandzką „jedynką”, smagani wiatrem, pieczeni słońcem lub dręczeni deszczem, powróciliśmy do Krakowa do szarej codzienności. Ale z jakim bagażem wspomnień i doświadczeń! Ale spokojnie. Na relację z wyprawy przyjdzie jeszcze pora, a na dobry początek (i by wam zaostrzyć apetyt na opowieść) chcemy podzielić się garścią statystyk dotyczących różnych aspektów rajdu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
No to zaczynamy:

  • Liczba przejechanych kilometrów rowerem: 1684 km
  • Liczba przejechanych kilometrów autobusem: 0 km
  • Średni kilometraż dzienny: 80 km/dzień
  • Najdłuższy dystans dzienny: 153 km/dzień
  • Najkrótszy dystans dzienny: 42 km/dzień
  • Średnia prędkość: 17km/h
  • Największa osiągnięta prędkość: 63km/h
  • Najwyższe przewyższenie: od 0 m.n.p.m do 532 m.n.p.m
  • Największe nachylenie drogi: 17%
  • Liczba przebitych dętek: 1
  • Najniższa temperatura powietrza: ok. 5 st C
  • Najwyższa temperatura powietrza: ok. 28 st C
  • Liczba dni deszczowych (deszcz powyżej 2mm, trwający dłużej niż godzinę):2
  • Liczba noclegów na kempingach: 10
  • Liczba noclegów „na dziko”: 15
  • Zapas zabranego jedzenia na starcie: 20-21 kg
  • Liczba zjedzonych konserw mięsnych: 0
  • Liczba wypitych piw: 14 (na dwie osoby)
  • Liczba kupionych butelek wody mineralnej: 1
  • Liczba straconych kg masy ciała: ok. 10 kg/osoba
  • Ilość zużytego paliwa do palnika: 1,5 l
  • Liczba mijanych owiec i baranów: niepoliczalna

Tak w największym skrócie można opisać naszą wyprawę. Dane liczbowe nie oddają jednak ducha przygody, więc obiecujemy, że szybko rozpoczniemy nowy cykl na blogu i opiszemy wam po kolei różne regiony Islandii oraz powspominamy nasze i Dzika perypetie. Będzie też trochę praktycznych porad, rzut oka na kulturę i społeczność islandzką i oczywiście bardzo dużo zdjęć z trasy! 🙂
Do przeczytania, miłośnicy Dzika

OLYMPUS DIGITAL CAMERA