Islandia – Przygotowania do wyprawy, cz. 4

Od miesiąca prowadzimy intensywne przygotowania do naszej wyprawy dookoła Islandii, na którą wyruszamy już za niecały tydzień.
Oprócz rowerowych treningów, o których już pisaliśmy w tym poście  oraz testowania nowego sprzętu zajmowaliśmy się szczegółowym planowaniem trasy, wyznaczaniem postojów oraz przygotowywaniem i uzupełnieniem sprzętu, a także robieniem zapasów żywności.
Trzytygodniowy rajd rowerowy to duże przedsięwzięcie logistyczne i wymaga dobrego przemyślenia różnych wariantów w bardzo różnych kwestiach: od pogody  przez plan posiłków po planowanie transportu z lotniska.
Poniżej kilka nowych ujęć z naszych przygotowań.

P7040446 (©PLANETADZIKA)P6120241 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)OI000053 (©PLANETADZIKA)P6290437 (©PLANETADZIKA)

 

Rajd wschodni. Dzień 7. Tratwą przez rzekę, rowerem przez wieś

Poranek siódmego dnia naszej wyprawy okazał się dość zaskakujący. Około 5.30 zostaliśmy obudzeni przez muczenie krów, przyprowadzonych dopiero co na naszą łąkę przez tamtejszego rolnika. Pan gospodarz na szczęście nie przejął się namiotem stojącym sobie bezczelnie w środku szczerego pola, bez słowa zostawił na pastwisku zwierzęta i wrócił do swoich zajęć. My niedługo potem, po małym śniadaniu i zebraniu dobytku chyłkiem przemknęliśmy obok zdziwionych niecodziennym widokiem krów i wskoczyliśmy na rowery. Niestety pogoda się nie poprawiła. Znowu zaczęło padać i zaciągnięte po horyzont niebo nie sugerowało rychłej poprawy pogody. Staraliśmy się tym nie przejmować, tym bardziej, że kilka kilometrów od startu czekała nas jedna z najlepszych atrakcji tego rajdu, a mianowicie przeprawa przez rozlewiska Narwi. Cała zabawa polegała na tym, że przez rzekę nie poprowadzono żadnej kładki, więc ci, którzy chcieli zobaczyć drugi brzeg musieli przeprawić się nań tratwami przeciąganymi na stalowych linach. Mimo fatalnej pogody bawiliśmy się świetnie, przeciągając tratwę od pomostu do pomostu. Uroku naszej zabawie dodawał fakt, że byliśmy jedynymi chętnymi do skorzystania z tych rzecznych usług. Trudno się dziwić – o 8 rano w deszczowy dzień mało kto myśli o zwiedzaniu Parków Narodowych…

© PLANETA DZIKA_DSCI1864 (Copy)

Na drugim brzegu Narwi czekały nas takie same chmury jak na poprzednim. Nasza droga wiła się dziś między małymi, jeszcze bardziej niż wcześniej (o ile to możliwe) zapyziałymi wioskami. W strugach wody pedałowaliśmy po nieutwardzonych drożynach mijając kolejne pominięte na mapach osady. Nie było nam łatwo, nieustający deszcz trochę osłabił nasze morale i kiepska nawierzchnia też nie poprawiała warunków jazdy. Jechaliśmy tak może dwie godziny, aż w końcu naszym oczom ukazał się Tykocin, kolejna perełka na naszej trasie. Głodni, schowaliśmy się pod wiatą należącą do infrastruktury Green Velo i zjedliśmy drożdżówki na śniadanie, mrucząc między kęsami modlitwy do wszelkich bóstw wszechświata, by wreszcie przestało padać. Wierzcie lub nie, ale nasze prośby zostały spełnione – deszcz zelżał, by po chwili zupełnie przestał padać. Pokrzepieni udaliśmy się na zwiedzanie synagogi, największej atrakcji tego podlaskiego miasteczka. Bożnica robi duże wrażenie, zwłaszcza dla osób mało obeznanych w kulturze żydowskiej. Same miasteczko z brukowanymi drogami i niską zabudową wydaje się być jakby wyjęte z dawno minionej przeszłości.

© PLANETA DZIKA_DSCI1875 (Copy)
Synagoga w Tykocinie

Oczarowani Tykocinem i zmianą pogody ruszyliśmy dalej. Droga dalej prowadziła przez wioski, których jeszcze nie uraczono asfaltową jezdnią, więc toczyliśmy się przez piach, zastanawiając się, jak żyje się na takim końcu świata. Refleksyjny nastrój nie za bardzo nam posłużył, gdyż niedługo zgubiliśmy drogę. Na szczęście dzięki nowej technologii bez kłopotu wróciliśmy na szlak i nawet udało nam się dotrzeć do asfaltu.

© PLANETA DZIKA_DSCI1880 (Copy)
Niektóre wioski na końcu świata mają bardzo sympatyczne nazwy 🙂

Trafiliśmy na Podlaski Szlak Bociani, przebiegający przez Wigierski Park Narodowy. Jako że zbliżała się pora obiadowa, postanowiliśmy tym razem sobie dogodzić i zatrzymaliśmy się na posiłek w restauracji nieopodal szlaku. Najedliśmy się do syta i dalej pomknęliśmy chcąc szybko wpaść na krajową 65. Po drodze przez przypadek natknęliśmy się na schrony Twierdzy Osowiec. Żałowaliśmy, że nie mamy czasu na dłuższe zwiedzanie obiektu. Przeszliśmy się obok części schronów i upamiętniliśmy to miejsce na zdjęciach.

© PLANETA DZIKA_DSCI1887 (Copy)

Niestety ostatni kawałek dzisiejszej trasy przypadał na drogę krajową. O nieprzyjemności jazdy tego typu drogami mówić chyba nie muszę. Zależało nam żeby jak najszybciej przejechać brakujące 20 km i znaleźć się w Rajgrodzie, gdzie umówiliśmy się ze znajomymi, u których spędzić mieliśmy weekend. Spragnieni prysznica i domowych wygód szybko uporaliśmy się z kilometrami na krajówce, choć nie bez incydentu. Bartkowi zdarzyło się zagapić i wjechać w mój błotnik, co skończyło się jego upadkiem z roweru i obitym ramieniem. Na szczęście nie groźnie i mogliśmy kontynuować jazdę. Do Rajgrodu dotarliśmy tuż przed kolejną burzową chmurą, która na szczęście łaskawie poczekała z lunięciem deszczem aż schowamy się w rajgródzkiej knajpie.

© PLANETA DZIKA_DSCI1898 (Copy)
Witaj w Krainie Łosia

Burza nie była długa i zaraz gdy deszcz ustał udaliśmy się do domu naszej koleżanki, (w tym miejscu pozdrawiam Olę!) która zgodziła się nas przenocować i przeweekendować zarazem. Kiedy już dotarliśmy na miejsce moją głowę zaprzątała jedna tylko myśl, spychająca na bok wszelkie inne takie jak radość z pokonania ponad 700 km w tydzień, zmęczenie, chęć porozmawiania ze znajomymi itd. Wtedy jedyną istotną dla mnie rzeczą był PRYSZNIC, najwspanialszy wynalazek ludzkości. Kto pocił się przez 3 dni bez możliwości kąpieli wie o czym mówię.
Tym samym, główny etap naszej wyprawy dobiegł końca. Zostało nam ok 60 km do mety, ale one mogły poczekać. Weekend też ma swoje prawa!