Islandia dzika, Południe cz 2. Przez lodową krainę

Islandia nie bez powodu nazywana jest krainą lodu, a powodem tym nie jest bynajmniej jej położenie geograficzne i długa sroga zima, choć czynniki te z pewnością potwierdzają trafność nazwy. Przypisanie do Islandii atrybutu lodu wiąże się z lodowcem Vatnajökull, drugim co do wielkości w Europie, a trzecim na świecie. Zajmuje on powierzchnię 8100 km2 i mieści się w obrębie Parku Narodowego Skaftafell, który mieliśmy okazję zwiedzić.

P7161243 (©PLANETADZIKA)

Zanim jednak dotarliśmy pod jęzory lodowca i własnymi zmysłami doświadczyliśmy jego piękna, przejeżdżaliśmy przez dalszą część południowego wybrzeża, silnie naznaczoną niegdysiejszą obecnością lodowca. Po deszczowych dniach w końcu uśmiechnęło się do nas słońce, a wiatr silnie powiał w plecy, dosłownie dodając nam skrzydeł do jazdy. Niedaleko od Vik, które opuściliśmy po nocy spędzonej na kempingu, przy samej drodze można zobaczyć tzw. Miasteczko Elfów. Jest to całkiem spora połać ziemi usiana niezliczoną ilością niewielkich stożkowych konstrukcji z kamieni. Wedle lokalnej tradycji są to domki zamieszkiwane przez islandzkie elfy, te same które prosiliśmy o lepszą pogodę i które najwyraźniej nas posłuchały.

P7150891 (©PLANETADZIKA)

Jadąc dalej na zachód w stronę lodowca zobaczyliśmy olbrzymie, prawie niekończące się tereny pokryte dawno zastygłą lawą, porośniętą grubą warstwą specjalnego gatunku mchu, zwanego porostem islandzkim. Jest to bardzo gęsty i niezwykle miękki mech, który swoją strukturą przypomina wygodny materac. Nie ma w tym stwierdzeniu ani krztyny przesady – islandzki mech jest tak miękki i elastyczny, że gdy tylko wypróbowaliśmy jego właściwości, mieliśmy duże problemy z ponownym wskoczeniem na rowery i kontynuowaniem jazdy.

P7150898 (©PLANETADZIKA)

Zachęciła nas do tego kolejna atrakcja przyrodnicza czekająca niedaleko od naszej drogi. Był to malowniczy kanion rzeki xxx, meandrującej przez wysokie skały. Podziwiać go można zarówno z poziomu rzeki jak i z góry, wspinając się na łagodne zbocze i zyskując dzięki temu podwójną perspektywę.

P7150969 (©PLANETADZIKA)

Gdy nacieszyliśmy się widokami i wróciliśmy z powrotem na „jedynkę” krajobraz ponownie się zmienił. Zniknęły pola lawowe, a ich miejsce zajęły nieużytki i puste, niczym nieporośnięte przestrzenie. Wiatr dął przeraźliwie, na nasze szczęście prosto w plecy, dzięki czemu nie tylko nam nie utrudniał jazdy, a dzięki jego wsparciu szybciej mogliśmy opuścić niegościnne tereny. A dalej czekał na nas już tylko lodowiec. Dotarliśmy do jego stóp wieczorem piątego dnia jazdy, więc na nocleg zatrzymaliśmy się na kempingu na granicy parku Narodowego (więcej na temat kempingów możecie przeczytać w tym poście), a eksplorację terenu zostawiliśmy na następny dzień.

P7161178 (©PLANETADZIKA)

Poznawanie parku Skaftafell rozpoczęliśmy od spaceru do podnóży lodowca, gdzie jego jęzor wpływał do niewielkiego jeziorka, w którym kry pobłyskiwały . Widok tej potężnej masy lodu i kamieni robi wrażenie i powoduje że człowiek czuje się bardzo mały i kruchy.

P7161158 (©PLANETADZIKA)

Po przerwie na obiad postanowiliśmy zobaczyć lodowiec z góry i wspiąć się na pobliskie wzgórza. W drodze na punkt widokowy zawędrowaliśmy jeszcze pod piękny wodospad Svartifoss, który wyglądem przypomina klawisze fortepianu. Dotarłszy do celu nie zawiedliśmy się – z tej strony lodowiec prezentował się jeszcze bardziej okazale. Trudno było oderwać od niego wzrok, a usta otwarte w niemym zdumieniu za nic nie chciały się zamknąć. Napiszę, że widok był oszałamiający, choć słowo do w niewielkim stopniu oddaje piękno natury, jakie tam widzieliśmy.

P7161242 (©PLANETADZIKA)

Zmęczeni całodzienną wędrówką wróciliśmy na pole namiotowe, przed oczyma ciągle mając lodowcowy krajobraz. Z resztą nie pożegnaliśmy się z nim jeszcze na dobre, bo przez cały następny dzień, kiedy znów wsiedliśmy na rowery, by dalej zmierzać na wschód, mieliśmy okazję podziwiać laguny lodowcowe. Były to niewielkie jeziorka utworzone przez lodowiec, po których pływały piękne błękitne kry. Dla turystów zorganizowano tam nawet możliwość przepłynięcia wody łodzią, by w ten sposób odkryć oblicze islandzkiej przyrody. My się nie zdecydowaliśmy na tę opcję, po pierwsze ze względu na wysoką cenę atrakcji, a po drugie wydawała się nam ona za bardzo komercyjna. Za to mieliśmy okazję pospacerować po czarnej plaży sąsiadującej z laguną. Plaża ta czarna jest nie tylko z nazwy. Faktycznie piasek ją tworzący ma grafitową barwę, zachowując przy tym konsystencję i miękkość znanego nam z wakacyjnych kurortów jasnego piasku.

P7171357 (©PLANETADZIKA)

Czarna plaża jest miejscem, w którym większość masowych wycieczek autokarowych kończy bieg i zawraca do Reykjaviku. Za lagunami czekał już mniej przyjazny i uboższy w atrakcje teren, bardziej pagórkowaty i wietrzny. Dla nas jednak był to dopiero początek przygody i z ciekawością wyjechaliśmy poza najbardziej turystyczną część Islandii. Cel niezmiennie mieliśmy jeden: objechać Islandię, więc kierunek też pozostał jeden: na wschód.

P7171399 (©PLANETADZIKA)

Reklamy

Islandia Dzika. Południe cz.1.

Poza Złotym Kręgiem, o którym pisaliśmy ostatnio, jednym z najpopularniejszych regionów Islandii pośród turystów zarówno tych rowerowych jak i samochodowych jest południowe wybrzeże. Ci, którzy nie zdecydują się na wycieczkę po całej wyspie wybierają zwykle właśnie południe za cel swojej podróży. Powodów popularności południa jest co najmniej kilka: bogactwo atrakcji naturalnych, niewielka odległość od Reykjaviku, płaskawy teren i rozwinięta baza turystyczna. Jednak z drugiej strony, na południu pogoda jest bardzo zmienna i znacznie bardziej deszczowa niż w innych regionach Islandii. Przygotować się więc trzeba na zwiedzanie w pelerynce przeciwdeszczowej.

P7130734 (©PLANETADZIKA)

Jedną z ważniejszych atrakcji, oddaloną  kilkadziesiąt kilometrów od Złotego Kręgu jest Wodospad Seljalandsfoss, który podziwiać można z wielu różnych perspektyw, nawet od tyłu, dzięki ścieżce poprowadzonej za strumień spadającej wody. Trzeba jednak pamiętać, by idąc pod wodospad zabrać nieprzemakalne ubranie, bo nawet przy łagodnym wietrze bryza rozpryskuje się na wszystkie strony, więc okrążenie wodospadu może skończyć się całkowitym przemoczeniem ubrania. Seljalandsfoss może nie jest tak okazały jak Gulfoss, jednak jego ciekawe ułożenie i możliwość spojrzenia na spadającą wodę z innej strony przyczyniają się do jego rosnącej popularności.

P7130735 (©PLANETADZIKA)

My do wodospadu dojechaliśmy popołudniu trzeciego dnia wyprawy. Deszcz postanowił dać nam chwilę oddechu i nawet przesuszyliśmy trochę mokre ubrania. Nabraliśmy wiatru w skrzydła, czy może bardziej w koła i bez trudu pokonaliśmy 100 km. Pod koniec dnia zboczyliśmy trochę z głównej drogi, by szutrową, bardzo dziurawą drogą dojechać do niepozornego parkingu pośród wzgórz. Dla niewtajemniczonych osób miejsce to wygląda bardzo osobliwie – po co ktoś miałby organizować parking w środku nigdzie, z dala od turystycznych atrakcji? My jednak doskonale wiedzieliśmy, że to punkt postoju dla osób podróżujących samochodem, z którego prowadzi ścieżka do nieprzewodnikowej atrakcji, lecz już coraz bardziej rozpowszechnionej – dzikiego górskiego basenu.

P7130799 (©PLANETADZIKA)

P7130794 (©PLANETADZIKA)

Pozostawiliśmy na parkingu rowery i krętą górską ścieżką podeszliśmy do ukrytego w dolinie basenu (Link do filmiku). Woda w nim pochodziła z termalnych źródeł, więc jej temperatura niezależnie od pogody i pory roku była bardzo przyjemna dla ciała. Skorzystaliśmy z przebieralni postawionych przy basenie (choć stan w jakim pozostawili je nasi poprzednicy dawał wiele do życzenie i niestety równie wiele mówił o poziomie turystów którzy do niego doprowadzili) i wskoczyliśmy w stroje kąpielowe.  Już po chwili grzaliśmy się w ciepłej wodzie i podziwialiśmy górski krajobraz. Trudno było wyjść z przyjemnej wody, ale zbliżający się zmierzch pomógł nam podjąć decyzję. Wróciliśmy po rowery i przenocowaliśmy nieopodal dolinki z basenem.

P7130804 (©PLANETADZIKA)

Niestety kolejny dzień nie był dla nas tak udany. Deszcz o nas nie zapomina i postanowił towarzyszyć nam znowu trochę. tym razem był jednak znacznie silniejszy niż podczas zwiedzania Złotego Kręgu i dogadał się z wiatrem, który wiał uparcie z boku, spowalniając jazdę i przenikając nasze ciała do szpiku kości. Walczyliśmy jak tylko mogliśmy z islandzką pogodą ale w końcu poddaliśmy się w tej nierównej walce i przejechawszy w ulewie niecałe 40 km zatrzymaliśmy się w Vik, najbliższej nam miejscowości oferującej nocleg pod dachem.

P7140818 (©PLANETADZIKA)

Niestety wszystkie hotele były przepełnione i pozostało nam przeczekanie deszczu na kempingu, który na szczęście posiadał zadaszoną i ogrzewaną świetlicę, gdzie mogliśmy obeschnąć. Z ulgą przyjęliśmy ten nieplanowany postój w Vik, chociaż żałowaliśmy, że z powodu fatalnej pogody nie możemy w najmniejszym stopniu skorzystać z atrakcji, jakie oferują okolice tego miasteczka. W planach mieliśmy zwiedzenie plaży Kirkjufjara z urokliwą latarnią i okazałym łukiem bazaltowym oraz wraku samolotu, który dawno temu rozbił się u południowych wybrzeży Islandii, a dziś jego szkielet stanowi atrakcję dla miłośników alternatywnej turystyki. Niestety żaden z tych planów nie został zrealizowany, a czas spędzony w Vik i Myrdal poświęciliśmy na suszenie ubrań oraz odpoczynek przy lekturze w kempingowej świetlicy. Cały czas nie traciliśmy wiary, że pogoda w końcu zacznie nam sprzyjać. Prognozy na następne dni tylko naszą wiarę umacniały.

P7150838 (©PLANETADZIKA)

Islandia. Wyprawa dzika. Złoty Krąg

Według przewodników i mądrości internetowych, tak zwany Golden Circle (Złoty Krąg)  to najpiękniejszy region na Islandii, obfitujący w największe turystyczne perełki. Nawet jeśli przyjeżdżasz na północną wyspę tylko na chwilę, nie możesz pominąć wycieczki w to miejsce – to tak, jakby pojechać do Paryża i nie zobaczyć wieży Eiffla, albo ominąć Koloseum w Rzymie.

Mimo dobrej reklemy, Według naszych kryteriów Złoty Krąg nie był największą atrakcją wyprawy, choć trudno się nie zgodzić, że odwiedzenie głównych punktów tego regionu wywołuje efekt „wow” i przez kilka minut trudno zamknąć usta z wrażenia.

P7110537 (©PLANETADZIKA)

Popularność Złotego Kręgu wynika przede wszystkim z jego położenia nieopodal Reykjaviku. Wystarczy wyjechać kilkadziesiąt kilometrów za miasto, by móc podziwiać pierwsze cuda natury. Jeśli podróżujemy samochodem, zwiedzenie trzech topowych atrakcji Islandii zamknie się w jednodniowej wycieczce ze stolicy, bez konieczności wstawania bladym świtem. Podróżnikom rowerowym, takim jak my, zwiedzenie Golden Circle zajmie nieco więcej czasu. Dla przykładu, my w tej okolicy spędziliśmy dwa dni. Pierwszy, późno rozpoczęty, ze względu na konieczność zaopatrzenia się w dyskoncie, który z nieznanych nam przyczyn otwierany jest dopiero o godzinie 11.00, upłynął nam na wyjeździe z miasta i dotarciu do pierwszego „must be” Złotego Kręgu, czyli Doliny Ryftowej, otwierającej park narodowy Þingvellir.

Miejsce niesamowite, gdyż znajduje się na styku płyt kontynentalnych euroazjatyckiej i północnoamerykańskiej. Jak można sobie wyobrazić, teren ten wykazuje dużą aktywność sejsmiczną, a krajobraz poprzecinany jest licznymi bruzdami i wąwozami. Największym z nich jest wąwóz Almannagjá, którym można się przespacerować obserwując piękną rzeźbę terenu.

P7110559 (©PLANETADZIKA)

Nieopodal wąwozu znajduje się największe na wyspie jezioro Þingvallavat, prawdziwy raj dla wędkarzy. Mieliśmy okazję podziwiać jego piękną szatę jadąc wzdłuż jego linii brzegowej. Zostawiając je niedaleko za plecami rozbiliśmy się na pierwszy nocleg w trasie. Znaleźliśmy urokliwą polankę nad rzeką, już poza obszarem chronionym i tam spędziliśmy pogodną noc.

P7110533 (©PLANETADZIKA)

Niestety ranek kazał zapomnieć o dobrej pogodzie dnia poprzedniego. Obudził nas rzęsisty deszcz i w jego towarzystwie przyszło nam zaliczać kolejne atrakcje Złotego Kręgu. Całkowicie przemoczeni dojechaliśmy do największego w Islandii gejzeru wodnego Stokkur, otoczonego gorącymi strumykami i innymi, starszymi już nie plującymi gejzerami. Co kilka minut Stokkur wystrzeliwał z siebie 20 metrową fontannę gorącej wody, co robiło niemałe wrażenie i pozwalało na chwilę zapomnieć o fatalnej aurze.

P7120594 (©PLANETADZIKA)

Kiedy już raz zobaczy się wybuchający gejzer, nie bardzo chce się wracać i ruszać w dalszą drogę. Mimo zimna, wiatru i siekącego deszczu staliśmy jak kamienne posągi czekając na kolejne wybuchy. Dopiero po długich minutach gapienia się w gejzer, pozwoliliśmy wygrać rozsądkowi i wsiedliśmy na rowery.

P7120601 (©PLANETADZIKA)

Nasz niedosyt piękna islandzkiej przyrody został bardzo szybko zaspokojony, gdyż po godzinie pedałowania (niestety głównie pod górę) dotarliśmy pod kolejny hit Złotego Kręgu, wodospad Gulfoss. Nie będzie zaskoczeniem, jeśli sprecyzuję, że po islandzku jego nazwę tłumaczy się jako Złoty Wodospad, wszak skoro krąg jest złoty to i wodospad musi być niczego sobie.

P7120615 (©PLANETADZIKA)

 I był. Składający się z dwóch, prostopadle do siebie położonych kaskad, przełamywał rzekę Hvitę i ściągał do siebie rzesze turystów. Dzięki wytyczonym ścieżkom zobaczyć można go było z różnych perspektyw, podchodząc pod kaskadę, bądź wdrapując się na wyższe kondygnacje i patrząc na ten cud natury z góry.

Gdyby nie nieustępliwy deszcz pewnie zostalibyśmy przy Godafoss dłużej, jednak warunki tego dnia dyktowała pogoda, która kazała nam ponownie zbierać się, pozostawiający tylko cień nadziei, iż  dzięki temu uciekniemy w końcu przed chmurą.

P7120644 (©PLANETADZIKA)

Nasze nadzieje jednak nie zostały spełnione, przynajmniej nie tego dnia. Trochę zmartwieni postanowiliśmy zwrócić się o wsparcie do islandzkich Elfów, które wedle podań mieszkańców zamieszkują dzikie ostępy wysypy i wpływają na losy odwiedzających ich krainę. Nie są bogami, nie są też ludźmi; to tajemnicze istoty, które trudno spotkać osobiście, w które trzeba po prostu uwierzyć. Jeśli chce się zyskać ich przychylność warto zbudować im mały domek z kamieni. Trud to żaden, a przecież lepiej mieć po swojej stronie tak potężne istoty. Zwłaszcza jeśli jest się przemoczonym cyklistą, którego czeka kolejne 20 dni przygody. Tak więc każdy z nas zbudował swój domek dla Elfów i wyjechaliśmy ze Złotego Kręgu, ciągnąc za sobą deszczowe chmury. Nastroje mieliśmy jednak nie najgorsze, podsycane świeżym wspomnieniem odwiedzonych atrakcji. A to był dopiero  początek przygody.

P7120640 (©PLANETADZIKA)

 

Prawdy i mity na temat Islandii

Stereotypy, choć nie bardzo je lubimy, jeśli dotyczą nas samych, są częścią naszej kultury i odzwierciedlają sposób patrzenia na świat danej grupy społecznej. Podobno w każdym z tych uproszczonych poglądów kryje się ziarnko prawdy, choć oczywiście nie powinniśmy brać do siebie prawideł z nich płynących. Niestety często takie szablonowe postrzeganie innych osób czy nacji jest silniejsze od nas samych i ulegamy mu łatwo, a może nawet bezwiednie. Zdarza się, że jedziemy w podróż do obcego kraju wyłącznie z taką stereotypową wiedzą i często dopiero na miejscu przekonujemy się, jak mylne było nasze myślenie.

My, ruszając na Islandię, mieliśmy głowy pełne różnych pobieżnych opinii i stwierdzeń zasłyszanych od innych, czy wyłapanych w mediach. Część z nich okazała się zaskakująco prawdziwa, ale większość można między bajki włożyć. Chcecie wiedzieć co? Zapraszamy do lektury naszego zestawienia faktów i mitów na temat Islandii.

P8012809 (©PLANETADZIKA)

  1. Na Islandii nawet w lecie jest ciągle zimno i pada. – MIT

Osobiście uwielbiam stereotypy dotyczące pogody. Większość moich zagranicznych znajomych jest przekonana, że w Polsce od listopada do kwietnia żyjemy zasypani śniegiem a mrozy sięgają 30 stopni poniżej zera… Poglądy na temat islandzkiej pogody są podobne. Oczywiście, klimat wyspy wysuniętej tak daleko na północ, nie może być porównywany do greckiej czy hiszpańskiej sielanki, ale z drugiej strony krótka obserwacja wykresów klimatycznych i prądów morskich przepływających przy Islandii pozwala stwierdzić, że latem nie musimy tam nosić puchowej kurtki i dwóch swetrów pod spodem. Islandzkie lato jest bardzo krótkie i rześkie (temperatury oscylują około 15oC, i co ważne, dobowe amplitudy temperatury są niewielkie). Deszcz pada dość często, to prawda, ale zdarzają się nawet tygodnie bez opadów, zwłaszcza na północy kraju. My mieliśmy dużo szczęścia i trafiliśmy na tydzień bez kropli deszczu, z temperaturą przekraczającą 25oC. Brzmi dobrze? My nie narzekamy, choć oczywiście nie ma co generalizować i pewnie są i tacy, którzy doświadczyli najgorszej strony islandzkiego klimatu podczas swoich podróży.

P7232021 (©PLANETADZIKA)
Bywa, że na Islandii jest bezchmurnie i gorąco.
  1. Islandia to prawie że bezludna wyspa, sklepy oddalone są od siebie co najmniej o 150 km. – MIT, ale…

Wprawdzie populacja Islandii jest mniejsza niż liczba mieszkańców Lublina, kraj ten zalicza się do jednych z najlepiej rozwiniętych na świecie. W naszym rozumieniu miasta, Islandia posiada tylko dwa, Reyjkjavik i Akureyri, jednak w każdej mieścinie, liczącej nawet kilkudziesięciu bywalców znajduje się sklep wyposażony w żywność wszelakiego rodzaju, środki higieniczne a często i sprzęt kempingowy. Jeśli nie ma sklepu, jest stacja benzynowa, często z barem i toaletami. Na naszej trasie dookoła wyspy zanotowaliśmy najdłuższy odcinek bez żadnego sklepu wynoszący 150 km. W rowerowym postrzeganiu odległości to dwa dni jazdy. Taki czas da się chyba przetrwać, bez dodatkowych zakupów? Problem zaczyna się dopiero, gdy chcemy zwiedzić interior. Tam ludzie nie mieszkają, a co za tym idzie, infrastruktura turystyczna jest bardzo okrojona. Jeśli planujecie wyprawę w głąb wyspy (co wymaga a) doświadczenia, b) długich przygotowań) musicie zabrać ze sobą zapasy na 4-5 dni.

P7130696 (©PLANETADZIKA)
Nawet mniejsze miejscowości w Islandii są dobrze zaopatrzone.
  1. Na Islandii można doświadczyć dzikiego piękna natury. – PRAWDA, ale…

Islandia oferuje podróżnikom dzikie piękno natury, nieskażone przez człowieka, zapierające czasem dech w piersiach, lecz niestety ze względu na rosnącą popularność wśród turystów z całego światach, niektóre miejsca stały się masowymi atrakcjami, zalewanymi w sezonie przez, często bezmyślnych wycieczkowiczów. Czasem, żeby poczuć dzikość wyspy trzeba zboczyć ze szlaku lub poczekać aż wszystkie autobusy z grupami odjadą do hoteli. Podróż rowerem i noclegi w namiocie zdecydowanie ułatwiają doświadczenie w 100% dzikości Islandii.

P7120621 (©PLANETADZIKA)
Niektóre atrakcje naturalne Islandii bywają bardzo zatłoczone. Nawet w taką pogodę.
  1. Na Islandii zakup alkoholu graniczy z cudem. To prawie prohibicja. – MIT

Nie będziemy ukrywać, że na Islandii alkohol nie jest aż tak szeroko dostępny jak w Polsce. Na każdym rogu nie znajdziecie monopolowego z szeroką gamą piw i mocniejszych trunków. Żeby kupić piwo mocniejsze niż  2% trzeba udać się do specjalnego sklepu mającego licencję na sprzedaż alkoholu, który zwie się Vinbudin. Jednak sklepy te są dość powszechne w nawet niewielkich miejscowościach i czynne są zwykle od 10.00 do 19.00. Oferują wszelkie możliwe alkohole, od piw, przez wina, po wódki i inne wymyślne trunki z całego świata. O cenę nie pytajcie, bo boli mnie portfel, jak tylko pomyślę, ile zapłaciłam żeby napić się normalnego (czyli  5%) piwa. Za to jeśli jesteście amatorami tzw. sikaczy, to w każdym markecie dostaniecie 2%, za to mocno chmielone piwka. Na orzeźwienie po ciężkim dniu spędzonym na rowerze wprost idealne.

IMG_20170723_182556_568 (©PLANETADZIKA)
Bywają momenty, kiedy dobre piwo jest na wagę złota.
  1. Islandia jest wściekle droga. – PRAWDA

To nie niespodzianka, że kraje nordyckie do tanich nie należą, jednak Islandia bije wszelkie rekordy pod względem drożyzny. Nawet w dyskoncie za zwykłe zakupy żywnościowe zapłacicie tak jak w Polsce za luksusowe towary w najlepszych delikatesach, z tą różnicą, że tam za tę samą cenę dostaniecie kiepskiej jakości półprodukty.

Przykładowe ceny: (stan na rok 2017, kurs: 100 koron = 3,60 zł)

  • chleb (paczkowany, a la tostowy) – 350 koron
  • świeże pieczywo z piekarni (chleb + dwie bułki) – 885 koron 😮
  • benzyna (1l) – 190 koron
  • lody z budki, rożek – 450 koron
  • coca cola puszka – 240 koron
  • banany 1 kg – 100 koron

Boli, prawda?

P7130811 (©PLANETADZIKA)
To były chyba najdroższe kanapki w naszym życiu (a robione własnoręcznie)….
  1. Najtańszy sklep na Islandii to Bonus. Tylko tam należy robić zakupy. – MIT

Jeśli już mowa o cenach i zakupach, warto zatrzymać się na chwilę na temacie względnie tanich marketów. W Internecie krąży opinia, że jak zakupy na Islandii to wyłącznie w Bonusie (https://www.bonus.is/). Owszem, sklep należy do najtańszych w kraju i uważany jest za dyskont, jednak nie wszystkie produkty są w nim aż tak oszałamiająco tanie. Porównaliśmy je z cenami z konkurencyjnym Kronanem i niektóre produkty okazały się być tańsze w tym drugim. Co więcej, nawet w mniejszych sklepach sieci XXX, ceny nie są dużo wyższe niż w popularnym Bonusie, a zdarzają się promocje i można dostać towar po cenie dyskontowej (oczywiście w islandzkim rozumieniu tego słowa). Tak jak i u nas, nie tylko Biedronka jest tania.

P7110474 (©PLANETADZIKA)
Najpopularniejszy market w Islandii, czyli Bonus

  1. Język islandzki jest bardzo trudny i brzmi jak język orków. – PRAWDA

Nie byłbym aż tak brutalna, porównując islandzki to mowy złych stworów, jednak prawdą jest, że islandzki to jeden z trudniejszych języków na świecie. Świadczy o tym choćby skomplikowana fonetyka, obecność aż 5 dyftongów, obecność wielu form z języków starogermańskich i wreszcie, a może przede wszystkim fleksyjność, czyli odmiana rzeczownika przez przypadki (tak, my też to w polskim mamy).

P7312725 (©PLANETADZIKA)
Nie wiem, czy aż tak łatwe….

 

8 porad, jak przetrwać kilkutygodniową wyprawę rowerową

Długie wyprawy rowerowe (a za takie uważam te trwające ponad tydzień) są nie tylko świetnym sposobem na aktywne spędzenie urlopu, ale również stanowią małą (lub czasem większą) szkołę przetrwania. Są oczywiście osoby, dla których perspektywa spędzenia kilkunastu dni na rowerowym siodełku i kręcenia dzień w dzień kilkudziesięciu kilometrów jest niczym kara za wszystkie grzechy świata. Czytelników identyfikujących się z tym stwierdzeniem rozczarujemy, bo to nie post dla nich. Jednak jeśli po głowie chodzi wam czasem myśl, by spakować graty i wybrać się na dłużej rowerem, ale macie także pełno obaw i znaków zapytania, zapraszamy do zapoznania się z poniższym mini poradnikiem, jak przetrwać na kilkutygodniowej wyprawie rowerowej. Może rozwieje się część waszych wątpliwości.

P7262433 (©PLANETADZIKA)

1. Solidne przygotowanie i zorganizowanie wyprawy

Wyprawa zaczyna się wiele miesięcy przed planowanym startem. Zaczyna się w twojej głowie i w twoim wygodnym fotelu. Pierwsze co musisz zrobić to z niego wstać i zacząć przygotowywać plan wyjazdu. Co to znaczy? A no to, że musisz poczytać o kraju/regionie, który chcesz odwiedzić, przygotować trasę rajdu, zaplanować kilometraż,  budżet, przewidzieć atrakcje i co niemiłego może się zdarzyć. Musisz też zadbać o sprzęt, przede wszystkim rower, ale i o siebie. Regularne treningi mile widziane, a tą zgrzewkę piwa, co czeka na ciebie w lodówce, powinieneś sprezentować przyjaciołom. Jeśli odpowiednio wcześniej wszystko dograsz, mniej rozczarowań spotka cię w trasie.

P6120241 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)

2. Zrób zakupy przed wyjazdem

Brzmi trywialnie? Być może, jednak warto zaopatrzyć się w prowiant, zwłaszcza jeśli jedziemy za granicę. Nawet jeśli nie planujesz wypadu na dzikie pustkowia, lepiej część jedzenia zabrać z Polski. I nie jest to bynajmniej objaw rodzimego cebulactwa. Za granicą często jest drożej, a i nie zawsze znajdziesz wszytko, co przewidziałeś. Nie chcesz też przez dwa tygodnie jeść dzień w dzień zupki chińskie, bo tylko na to było cię stać w zagranicznym markecie.

P7040446 (©PLANETADZIKA)

3. Weź kogoś ze sobą.

Nie byle kogo. Kogoś zaufanego, z kim lubisz spędzać czas i kto cię nie zawiedzie, ani nie zamarudzi na śmierć. O zaletach podróży w parze pisaliśmy tu, więc nie będę się powtarzać.

P8032910 (©PLANETADZIKA)

4. Mierz siły na zamiary.

Niestety chcę nie zawsze znaczy mogę. Jeżeli dotąd nie jeździłeś za często i za daleko rowerem nie rzucaj się na rowerowy rajd po puszczy amazońskiej. Wybierz miejsce, któremu pod względem klimatu, przewyższeń na trasie i poziomu infrastruktury drogowej będziesz mógł sprostać. Warto skorzystać z relacji osób, które już dane miejsce odwiedziły.

5. Wyznacz kilometraż na każdy dzień.

Jeśli z góry założysz ile kilometrów będziesz robić podczas rajdu, znacznie łatwiej będzie ci tego dotrzymać. Znając swoje możliwości, limit czasowy i teren po którym będziesz się poruszać, bez trudu oszacujesz ile kilometrów przejedziesz. Najłatwiej ustalić stały kilometraż na każdy dzień wyprawy, o ile teren jest równy i warunki niezmienne. Jeśli jednego dnia czekają cię podjazdy, lepiej zmniejszyć ilość kilometrów, które nadrobisz, jak droga się wypłaszczy. 🙂

P7201703 (©PLANETADZIKA)

6. Wszystko jest w głowie.

A inaczej nazywa się to wytrwałość. Jeśli wcześniej nastawisz się na wielodniową jazdę i zaakceptujesz, że wiąże się z tym wyjście ze strefy komfortu, pokonywanie kolejnych kilometrów przyjdzie ci łatwiej. Przyjmij do wiadomości, że podjazdy i tak będą. Zawsze. Nawet jeśli twoja mega-aplikacja obliczyła liczbę maksymalnych przewyższeń na 2 metry. Będzie cię też bolało. W różnych miejscach. I nie będzie miękkiego łóżeczka. Jeśli to przełkniesz i się z tym pogodzisz, będzie okej.

P7181501 (©PLANETADZIKA)

7. Wyznaczaj sobie małe cele.

Będąc w trasie, jeśli czujesz, że motywacja spada, a siodełko wbija się coraz boleśniej w tyłek, wyznacz sobie mały cel, który osiągniesz zanim zrobisz przerwę. Na przykład: „wjadę na tę następną górkę i jak zjadę to odpocznę” lub „Jak dobiję do 40 km to zjem batonika”. Planowanie małych nagród za osiągnięcie małych celów motywują i pozwalają na sprawne prowadzenie rajdu.

8. Olej rzeczy, na które nie masz wpływu.

Zła pogoda? Brak prysznica już 4 dzień? Pole namiotowe droższe niż myślałeś? Trudno. Nic z tym nie zrobisz. Z optymizmem podchodź do otaczającej cię rzeczywistości i staraj się obrócić bieg rzeczy na swoją korzyść. Brzmi jak z lekcji jakiegoś life coacha? Może i tak, ale i bez tego wiadomo że kto nie walczy ten przegrywa. Sam pisałeś się na rowerowy rajd, więc i złą pogodę i niewygodę i nadprogramowe wydatki przewidziałeś (zgodnie z punktami 1 i 6). Pozytywne nastawienie to połowa sukcesu.

P7312705 (©PLANETADZIKA)

Jeśli tu dobrnęliście, to pewnie nasuwa się wam na myśl refleksja, że tak naprawdę przetrwanie długiego rajdu to w znacznej większości (80%) odpowiednie nastawienie a w małej części (20%) materialne czy fizyczne przygotowania. Wszystko jest w głowie!

Konkurs „Dzikie podróże Dzika”

W dniach 17 – 25 sierpnia organizujemy na naszej stronie fb konkurs dla fanów naszego profilu.
Poniżej publikujemy regulamin konkursu.

konkurs planetadzika
POSTANOWIENIA OGÓLNE
1. Konkurs organizowany jest pod nazwą „dzikie podróże Dzika”
2. Organizatorem konkursu i fundatorem nagród są Administratorzy fanpage’u Planeta Dzika działającego na serwisie społecznościowym Facebook.com
3. Konkurs odbywa się w terminie 17-25 sierpnia 2017.

WARUNKI I ZASADY UCZESTNICTWA W KONKURSIE
1. Uczestnikiem konkursu może być każda pełnoletnia osoba fizyczna, która:
– jest obywatelem Rzeczpospolitej Polskiej
– posiada konto na serwisie społecznościowym Facebook.com
2. Aby wziąć udział w konkursie należy spełnić następujące warunki:
– napisać pod postem konkursowym komentarz, będący odpowiedzią na pytanie: W jakie miejsce świata powinien udać się Dzik Bernard w następną podróż? Odpowiedź należy krótko uzasadnić.
– Polubić post konkursowy.
3. Komentarz należy napisać w języku polskim z zachowaniem zasad pisowni i ortografii. Komentarze zawierające treści wulgarne lub obraźliwe będą natychmiast usuwane, a użytkownik zablokowany przez Administratora.
4. Spośród opublikowanych komentarzy Organizator wybierze najciekawszą i najbardziej oryginalną jego zdaniem odpowiedź, która zostanie nagrodzona.
5. Konkurs nie zostanie rozstrzygnięty, jeśli liczba uczestników będzie mniejsza niż 10.

NAGRODY
1. Nagrodami w konkursie są:
Koszulka w wybranym przez zwycięzcę rozmiarze oraz gadżet rowerowy niespodzianka.
2. Zwycięzca zostanie powiadomiony o wygranej na fanpage’u Planeta Dzika.

POSTANOWIENIA KOŃCOWE
1. Wszelkie wątpliwości dotyczące Zasad Konkursu, postanowień Regulaminu i jego interpretacji rozstrzyga Organizator.
2. Organizator jest uprawniony do zmiany postanowień niniejszego Regulaminu.

 

Islandia, wyprawa dzika. Statystyki

Uff! I oto jesteśmy z powrotem! Po ponad trzech tygodniach spędzonych na rowerach, mknąc islandzką „jedynką”, smagani wiatrem, pieczeni słońcem lub dręczeni deszczem, powróciliśmy do Krakowa do szarej codzienności. Ale z jakim bagażem wspomnień i doświadczeń! Ale spokojnie. Na relację z wyprawy przyjdzie jeszcze pora, a na dobry początek (i by wam zaostrzyć apetyt na opowieść) chcemy podzielić się garścią statystyk dotyczących różnych aspektów rajdu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
No to zaczynamy:

  • Liczba przejechanych kilometrów rowerem: 1684 km
  • Liczba przejechanych kilometrów autobusem: 0 km
  • Średni kilometraż dzienny: 80 km/dzień
  • Najdłuższy dystans dzienny: 153 km/dzień
  • Najkrótszy dystans dzienny: 42 km/dzień
  • Średnia prędkość: 17km/h
  • Największa osiągnięta prędkość: 63km/h
  • Najwyższe przewyższenie: od 0 m.n.p.m do 532 m.n.p.m
  • Największe nachylenie drogi: 17%
  • Liczba przebitych dętek: 1
  • Najniższa temperatura powietrza: ok. 5 st C
  • Najwyższa temperatura powietrza: ok. 28 st C
  • Liczba dni deszczowych (deszcz powyżej 2mm, trwający dłużej niż godzinę):2
  • Liczba noclegów na kempingach: 10
  • Liczba noclegów „na dziko”: 15
  • Zapas zabranego jedzenia na starcie: 20-21 kg
  • Liczba zjedzonych konserw mięsnych: 0
  • Liczba wypitych piw: 14 (na dwie osoby)
  • Liczba kupionych butelek wody mineralnej: 1
  • Liczba straconych kg masy ciała: ok. 10 kg/osoba
  • Ilość zużytego paliwa do palnika: 1,5 l
  • Liczba mijanych owiec i baranów: niepoliczalna

Tak w największym skrócie można opisać naszą wyprawę. Dane liczbowe nie oddają jednak ducha przygody, więc obiecujemy, że szybko rozpoczniemy nowy cykl na blogu i opiszemy wam po kolei różne regiony Islandii oraz powspominamy nasze i Dzika perypetie. Będzie też trochę praktycznych porad, rzut oka na kulturę i społeczność islandzką i oczywiście bardzo dużo zdjęć z trasy! 🙂
Do przeczytania, miłośnicy Dzika

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Islandia – Przygotowania do wyprawy, cz. 4

Od miesiąca prowadzimy intensywne przygotowania do naszej wyprawy dookoła Islandii, na którą wyruszamy już za niecały tydzień.
Oprócz rowerowych treningów, o których już pisaliśmy w tym poście  oraz testowania nowego sprzętu zajmowaliśmy się szczegółowym planowaniem trasy, wyznaczaniem postojów oraz przygotowywaniem i uzupełnieniem sprzętu, a także robieniem zapasów żywności.
Trzytygodniowy rajd rowerowy to duże przedsięwzięcie logistyczne i wymaga dobrego przemyślenia różnych wariantów w bardzo różnych kwestiach: od pogody  przez plan posiłków po planowanie transportu z lotniska.
Poniżej kilka nowych ujęć z naszych przygotowań.

P7040446 (©PLANETADZIKA)P6120241 (©PLANETADZIKA) (©PLANETADZIKA)OI000053 (©PLANETADZIKA)P6290437 (©PLANETADZIKA)

 

Rajd wschodni. Dzień 7. Tratwą przez rzekę, rowerem przez wieś

Poranek siódmego dnia naszej wyprawy okazał się dość zaskakujący. Około 5.30 zostaliśmy obudzeni przez muczenie krów, przyprowadzonych dopiero co na naszą łąkę przez tamtejszego rolnika. Pan gospodarz na szczęście nie przejął się namiotem stojącym sobie bezczelnie w środku szczerego pola, bez słowa zostawił na pastwisku zwierzęta i wrócił do swoich zajęć. My niedługo potem, po małym śniadaniu i zebraniu dobytku chyłkiem przemknęliśmy obok zdziwionych niecodziennym widokiem krów i wskoczyliśmy na rowery. Niestety pogoda się nie poprawiła. Znowu zaczęło padać i zaciągnięte po horyzont niebo nie sugerowało rychłej poprawy pogody. Staraliśmy się tym nie przejmować, tym bardziej, że kilka kilometrów od startu czekała nas jedna z najlepszych atrakcji tego rajdu, a mianowicie przeprawa przez rozlewiska Narwi. Cała zabawa polegała na tym, że przez rzekę nie poprowadzono żadnej kładki, więc ci, którzy chcieli zobaczyć drugi brzeg musieli przeprawić się nań tratwami przeciąganymi na stalowych linach. Mimo fatalnej pogody bawiliśmy się świetnie, przeciągając tratwę od pomostu do pomostu. Uroku naszej zabawie dodawał fakt, że byliśmy jedynymi chętnymi do skorzystania z tych rzecznych usług. Trudno się dziwić – o 8 rano w deszczowy dzień mało kto myśli o zwiedzaniu Parków Narodowych…

© PLANETA DZIKA_DSCI1864 (Copy)

Na drugim brzegu Narwi czekały nas takie same chmury jak na poprzednim. Nasza droga wiła się dziś między małymi, jeszcze bardziej niż wcześniej (o ile to możliwe) zapyziałymi wioskami. W strugach wody pedałowaliśmy po nieutwardzonych drożynach mijając kolejne pominięte na mapach osady. Nie było nam łatwo, nieustający deszcz trochę osłabił nasze morale i kiepska nawierzchnia też nie poprawiała warunków jazdy. Jechaliśmy tak może dwie godziny, aż w końcu naszym oczom ukazał się Tykocin, kolejna perełka na naszej trasie. Głodni, schowaliśmy się pod wiatą należącą do infrastruktury Green Velo i zjedliśmy drożdżówki na śniadanie, mrucząc między kęsami modlitwy do wszelkich bóstw wszechświata, by wreszcie przestało padać. Wierzcie lub nie, ale nasze prośby zostały spełnione – deszcz zelżał, by po chwili zupełnie przestał padać. Pokrzepieni udaliśmy się na zwiedzanie synagogi, największej atrakcji tego podlaskiego miasteczka. Bożnica robi duże wrażenie, zwłaszcza dla osób mało obeznanych w kulturze żydowskiej. Same miasteczko z brukowanymi drogami i niską zabudową wydaje się być jakby wyjęte z dawno minionej przeszłości.

© PLANETA DZIKA_DSCI1875 (Copy)
Synagoga w Tykocinie

Oczarowani Tykocinem i zmianą pogody ruszyliśmy dalej. Droga dalej prowadziła przez wioski, których jeszcze nie uraczono asfaltową jezdnią, więc toczyliśmy się przez piach, zastanawiając się, jak żyje się na takim końcu świata. Refleksyjny nastrój nie za bardzo nam posłużył, gdyż niedługo zgubiliśmy drogę. Na szczęście dzięki nowej technologii bez kłopotu wróciliśmy na szlak i nawet udało nam się dotrzeć do asfaltu.

© PLANETA DZIKA_DSCI1880 (Copy)
Niektóre wioski na końcu świata mają bardzo sympatyczne nazwy 🙂

Trafiliśmy na Podlaski Szlak Bociani, przebiegający przez Wigierski Park Narodowy. Jako że zbliżała się pora obiadowa, postanowiliśmy tym razem sobie dogodzić i zatrzymaliśmy się na posiłek w restauracji nieopodal szlaku. Najedliśmy się do syta i dalej pomknęliśmy chcąc szybko wpaść na krajową 65. Po drodze przez przypadek natknęliśmy się na schrony Twierdzy Osowiec. Żałowaliśmy, że nie mamy czasu na dłuższe zwiedzanie obiektu. Przeszliśmy się obok części schronów i upamiętniliśmy to miejsce na zdjęciach.

© PLANETA DZIKA_DSCI1887 (Copy)

Niestety ostatni kawałek dzisiejszej trasy przypadał na drogę krajową. O nieprzyjemności jazdy tego typu drogami mówić chyba nie muszę. Zależało nam żeby jak najszybciej przejechać brakujące 20 km i znaleźć się w Rajgrodzie, gdzie umówiliśmy się ze znajomymi, u których spędzić mieliśmy weekend. Spragnieni prysznica i domowych wygód szybko uporaliśmy się z kilometrami na krajówce, choć nie bez incydentu. Bartkowi zdarzyło się zagapić i wjechać w mój błotnik, co skończyło się jego upadkiem z roweru i obitym ramieniem. Na szczęście nie groźnie i mogliśmy kontynuować jazdę. Do Rajgrodu dotarliśmy tuż przed kolejną burzową chmurą, która na szczęście łaskawie poczekała z lunięciem deszczem aż schowamy się w rajgródzkiej knajpie.

© PLANETA DZIKA_DSCI1898 (Copy)
Witaj w Krainie Łosia

Burza nie była długa i zaraz gdy deszcz ustał udaliśmy się do domu naszej koleżanki, (w tym miejscu pozdrawiam Olę!) która zgodziła się nas przenocować i przeweekendować zarazem. Kiedy już dotarliśmy na miejsce moją głowę zaprzątała jedna tylko myśl, spychająca na bok wszelkie inne takie jak radość z pokonania ponad 700 km w tydzień, zmęczenie, chęć porozmawiania ze znajomymi itd. Wtedy jedyną istotną dla mnie rzeczą był PRYSZNIC, najwspanialszy wynalazek ludzkości. Kto pocił się przez 3 dni bez możliwości kąpieli wie o czym mówię.
Tym samym, główny etap naszej wyprawy dobiegł końca. Zostało nam ok 60 km do mety, ale one mogły poczekać. Weekend też ma swoje prawa!