Islandia Dzika. Nad jeziorem Mývatn

Jezioro Mývatn jest największym jeziorem na Islandii o powierzchni ok. 37 km², a w tłumaczeniu jego nazwa oznacza „jezioro komarów” i bynajmniej nie jest przypadkowa. W jego okolicach gnieżdżą się bowiem niewiarygodne ilości drobnych muszek, które znane są z włażenia we wszystkie możliwe zakamarki ludzkiego ciała i nie istnieje sposób, by je przed tym powstrzymać.

P7242132 (©PLANETADZIKA)
Jezioro Mývatn

Na nasze szczęście osada Vogar nieopodal Reykjahlid, w której spędziliśmy weekend znajdowała się w mniej lubianej  przez muszki części jeziora, dzięki czemu mogliśmy odpocząć i w spokoju pozwiedzać okolicę, nie męczeni natrętnym towarzystwem owadów.

slajdowisko bonobo (195)
„Plamki” na zdjęciu to właśnie co wyraźniejsi przedstawiciele panujących nad jeziorem muszek

Zanim to nastąpiło poświęciliśmy kilka godzin na pranie i zrobienie porządku w ekwipunku. Niestety na kempingu nie było pralki, więc wszystkie rzeczy, a przez tydzień nazbierało się ich trochę, musieliśmy uprać ręcznie, korzystając z tarki, w którą zaopatrzony był kempingowy zlewozmywak. Z braku laku nie narzekaliśmy i po chwili (no dobrze, dłuższej chwili) cały nasz namiot zyskał oryginalną dekorację w postaci mokrego prania. Spokojnie mogliśmy ruszyć na eksplorację okolicy.

P7232090 (©PLANETADZIKA)
Namiot można wykorzystać jako suszarke

Południowy brzeg Mývatn obfituje w naturalne atrakcje, związane z wulkaniczną aktywnością terenu. Znajdziemy tu najróżniejsze formacje skalne ukształtowane z zastygłej tysiące lat wstecz lawy, są również gorące wody i rzecz jasna ciągle aktywne (aczkolwiek uśpione) wulkany.

P7242131 (©PLANETADZIKA)
Szczyt wulkanu Hverfjall

My wspięliśmy się na największy z nich, Znajdował się w odległości ok. 1 km od kempingu, więc podjechaliśmy pod niego odciążonymi z sakw rowerami. Na krater wspięliśmy się już bez ich pomocy, podążając wyznaczoną dla turystów ścieżką. Wulkan nie był bardzo wysoki – dojście na szczyt zabrało nam ok. 10 minut –  jednak na tyle okazały, by móc podziwiać z jego wierzchołka panoramę jeziora Mývatn i okolicy. Zachęceni pięknymi widokami postanowiliśmy okrążyć krater, który jak się okazało miał średnicę 1 kilometra. Jego brzegi nie były równe i czasem ścieżka opadała w dół a czasem nagle pięła się ku górze, co przypominało spacer bo górskim zboczu.

P7242172 (©PLANETADZIKA)
Kaldera wulkanu Hverfjall

Zmęczyła nas nieco ta wędrówka i gdy zeszliśmy już z powrotem na dół postanowiliśmy odpocząć na kempingu zanim odwiedziliśmy kolejną ciekawostkę w okolicy.

P7242096 (©PLANETADZIKA)
Jaskinia Grjótagjá, naturalna sauna

Była to niewielka jaskinia z gorącymi źródłami. Podziemne jeziorko znajdowało się  niezbyt głęboko pod powierzchnią ziemi i szybko można było do niego dotrzeć schodząc po wielkich głazach. Szybko przekonaliśmy się, że woda gorąca jest nie tylko z nazwy. W środku jamy klimat przypominał saunę parową, temperatura wody przekraczała 50 stopni Celsjusza i nawet zamoczenie w niej stóp było nie lada wyzwaniem. Nie próbowaliśmy kąpieli, choć jak się później dowiedzieliśmy, jeszcze w latach 80 mieszkańcy przychodzili do jaskinek zażywać termalnych kąpieli, jednak woda  nie była aż tak gorąca, a jej temperatura oscylowała w granicach 42 stopni, więc i ryzyko zawału kąpiących się było znaczniej mniejsze niż dzisiaj.

P7242110 (©PLANETADZIKA)
Ten uśmiech wyjaśnia wszystko

W okolicy Mývatn znajdziemy liczne szlaki piesze, dobrze oznakowane, które pozwalają dokładnie zwiedzić teren w okół jeziora i blisko obcować z jego naturą. My ze względu na zmęczenie przeszliśmy się tylko krótkim szlakiem do oddalonego od kempingu miasteczka Reykjahlid, gdzie odwiedziliśmy sklep i kupiliśmy sobie bezprocentowe piwo, jedyne jakie można dostać w islandzkich supermarketach.

P7232085 (©PLANETADZIKA)
Na Islandji to juz jest miasto, zamieszkuje w nim ok 300 osób

W dzień dojazdu nad jezioro na naszych licznikach stuknęło 1000 przejechanych km od momentu wyruszenia z kempingu w Reykjaviku. Z tej okazji wieczorem postanowiliśmy zaszaleć i zamiast klasycznej kolacji gotowanej na turystycznej kuchence wybraliśmy się na pizzę do przykempingowego baru. A do niej zamówiliśmy dwa prawdziwe (czyli z alkoholem) lokalne piwa. Jedzenie było wyborne, prawie tak bardzo jak rachunek, który za nie otrzymaliśmy. Mimo nagłego uszczuplenia portfela nie żałowaliśmy – nie często na licznikach wyświetla się 1000 km przejechane podczas jednej podróży. Poza tym drugiego tysiąca na liczniku nie planowaliśmy na tej wyprawie zobaczyć.

IMG_20170723_182556_568 (©PLANETADZIKA)
Tego ranka gdzieś w szczrym nigdzie stuknęło nam 1000 km

 

 

Reklamy

Islandia dzika. Przełęcz Öxi i droga na północ

Kiedy dojechaliśmy do osady Djúpivogur musieliśmy podjąć kluczową dla dalszej części wyprawy decyzję: jechać dalej krajową jedynką, meandrując wzdłuż wschodnich fiordów czy skrócić trasę drogą zwaną Öxi przecinającą górskie pasmo. Druga opcja pozwalała zaoszczędzić ponad 100 km ciągnących się wzdłuż pagórkowatego wybrzeża, jednak zakładała kilkunastokilometrową wspinaczkę na górską przełęcz, która, biorąc pod uwagę nasze obładowane bagażem rowery, wydawała się niemałym wyzwaniem. Mimo obaw zgodnie podjęliśmy decyzję, że spróbujemy swoich sił w starciu z Öxi.

P7201706 (©PLANETADZIKA)

Śmiało można powiedzieć, że Öxi jest jedną z najbardziej spektakularnych dróg w Europie. Ciągnie się ponad 20 km a wznosi się prawie od samego poziomu morza do wysokości 532 m., po czym nieco łagodniej opada w dolinę. Charakteryzuje się typowymi dla górskich traktów serpentynami i ostrymi podjazdami, przekraczającymi nawet 17%! Letnią porą można pokonać ją samochodem, zwłaszcza jeśli lubi się ekstremalne ruszanie pod górkę z ręcznego. Dla rowerzystów przeprawa przez Öxi również stanowi wyzwanie, gdyż wiąże się z ciągnącym się 11 km wypychaniem rowerów pod górę. Wątpliwą nagrodą za ten wysiłek jest 8 km zjazd. Wątpliwą, gdyż w pakiecie z bezwysiłkową jazdą otrzymujemy silne podmuchy wiatru i mijających nas rozentuzjazmowanych kierowców pojazdów mechanicznych, którzy ze względu na wąską drogę mijają nas na żyletkę.

 

Wiedzieliśmy na co piszemy się wybierając Öxi i przygotowane na wysiłek po nocy i poranku spędzonym na kempingu (czekając na deszcz, który de facto okazał się [tylko] godzinną ulewą w środku nocy), zebraliśmy się do dalszej wędrówki.  Postanowiliśmy podzielić zdobywanie Öxi na dwa etapy. Pierwszy obejmował dojazd do skrzyżowania „jedynki” z drogą 939, czyli tą która prowadzi na przełęcz i rozbicie tam namiotu na noc, aby kolejnego dnia z dużym zapasem energii wdrapać się i zjechać z góry.

P7191655 (©PLANETADZIKA)

Droga z Djúpivogur podobnie jak poprzedniego dnia, ciągnęła się przez niewielkie pagórki, od czasu do czasu wijąc się wokół niewielkich fiordów. Jechało nam się całkiem dobrze dopóki w pewnym momencie, bez żadnych widocznych znaków, asfaltowa droga zmieniła się w szuter, rozmięknczony ostatnimi opadami i rozjechany przez traktory pracujące nieopodal w polu. Chwilami koleiny były tak duże, że musieliśmy zsiadać z rowerów i pchać rowery przez błoto. Na szczęście, kiedy minęliśmy obszar działalności ciągników, jakość traktu poprawiła się a naszym oczom ukazał się drogowskaz na Öxi, opatrzony dodatkowymi informacjami, które raczej nie wprawiły nas w radosny nastrój.

P7191672 (©PLANETADZIKA)

Byliśmy jednak dobrze przygotowani na taki scenariusz, więc spokojnie podążyliśmy za znakiem i zostawiliśmy w tyle naszą „jedynkę”. Droga Öxi różniła się nieco od krajówki. Oczywiście była węższa, nie pokrywał jej asfalt a o poboczu  nie było co marzyć, jednak nawierzchnia była dobrze ubita a dziury zdarzały się sporadycznie. I rzecz jasna, wiła się pod górę. Nawet na pierwszy podjazd nie musieliśmy długo czekać. Mając jeszcze dużo sił spróbowaliśmy wjechać na pierwszą górkę, choć jej nachylenie szybko odżegnało od nas ten buty pomysł. Przeszliśmy, pchając rowery około trzech kilometrów i dotarliśmy do malowniczego wodospadu. Bez wahania obraliśmy sobie polankę u jego stóp za miejsce na nocleg. Był to strzał w dziesiątkę: zasypialiśmy ukołysani hukiem spadającej wody, otoczeni gęstą trawą, z dala od ludzi i miast.

P7191667 (©PLANETADZIKA)

Następnego dnia, zgodnie z planem, rozpoczęliśmy właściwą wspinaczkę. Mieliśmy wspaniałą pogodę, świeciło słońce, które szybko nas rozgrzało i po pokonaniu pierwszego podjazdu ściąnęliśmy kurtki. Choć szybko się męczyliśmy a tempo wspinaczki nie odbiegało od średniej prędkości żółwia, mieliśmy dobre nastroje i z każdym kolejnym krokiem mogliśmy podziwiać coraz piękniejszą panoramę.

P7201732 (©PLANETADZIKA)

Nie pamiętam jak długo szliśmy, ani gdzie dokładnie przypadł szczyt górski. W pewnym momencie po prostu droga zaczęła się wypłaszczać a po chwili ujrzeliśmy pierwszy zjazd. Dumni z dokonanego wyczynu, napełniliśmy butelki wodą z pobliskiego strumyka i w końcu mogliśmy wskoczyć na rowery, by pomknąć w dół doliny. Trochę musieliśmy powalczyć z wiatrem, jednak bez przeszkód dotarliśmy do wylotu drogi 939 i ponownie wjechaliśmy na „jedynkę”, ciągle jeszcze wyłożoną szutrem. Na szczęście po kilku kilometrach szuter zastąpił asfalt a profil trasy złagodniał.

P7201745 (©PLANETADZIKA)

Nieco zmęczeni i ubodzy w prowiant kierowaliśmy się do Egilsstaðir, pierwszego większego miasta z supermarketem od upływu tygodnia. Zrobiliśmy w Bonusie zakupy na kolejny tydzień i odpoczęliśmy w parku, posilając się Skyrem.

P7201780 (©PLANETADZIKA)

Mimo zmęczenia poranną wspinaczką postanowiliśmy wyjechać z miasta i zrobić jeszcze ok 20 km zanim rozbiliśmy się na nocleg. Tym razem przypadł on przy drodze, dosłownie pośrodku nigdzie. Nie narzekaliśmy. Wszakże zdobyliśmy dziś  Öxi, pokonując najtrudniejszy odcinek wyprawy. Poza tym wyjeżdżając z miasta minęliśmy tablicę informacyjną z odległościami, na której znaleźliśmy Reykjavik, czyli  cel naszej wyprawy, który wydawał się już znaczenie bliżej niż dalej.

P7201781 (©PLANETADZIKA)

 

 

Islandia Dzika. Wschodnie krańce

Pożegnawszy się z lodowcem Skaftafel, wjechaliśmy w mniej turystyczną część Islandii i szybko pedałowaliśmy na wschód. Szybko, gdyż prognozy pogody przewidywały obfite opady w odstępie niecałych dwóch dni, a my nauczeni przygodami z okolic Vik, nie chcieliśmy ponownie przemoknąć. W planach mieliśmy więc przeczekanie deszczu na kolejnym kempingu oddalonym od kempingu pod lodowcem, gdzie się zatrzymaliśmy poprzednio o równe 240 km. Rachunek był prosty: aby dotrzeć tam przed ulewą musimy przejechać każdego dnia po 120 km. Dzięki dwudniowemu odpoczynkowi przy lodowcu odzyskaliśmy trochę energii. Co więcej, wiało nadal w plecy, więc parliśmy dość sprawnie do przodu.

P7181501 (©PLANETADZIKA)

Krajobraz był pagórkowaty, im dalej na wschód tym więcej pokonywaliśmy wzniesień. Momentami droga przypominała szlaczek z zeszytu pierwszoklasisty. Kiedy już wtoczyliśmy się na górkę i liczyliśmy na chwilę ulgi, którą mógłby przynieść z niej zjazd, szybko przekonywaliśmy się, że za chwilę znów musimy wdrapywać się na kolejny pagórek.

P7181534 (©PLANETADZIKA)

Jedyną większą miejscowością, którą mijaliśmy po drodze było Hofn, jednak nie zawitaliśmy w jego progach. Zatrzymaliśmy się jedynie na stacji benzynowej przed wjazdem do osady, by się odświeżyć. Trafiliśmy tam w porze drugiego śniadania i w zamiast płacić za skorzystanie z WC, kupiliśmy jajka ugotowane na twardo, które stały się podstawą naszego posiłku i jednocześnie kulinarnym hitem dnia, gdyż w trasie nieczęsto mogliśmy pozwolić sobie na tego typu rarytasy.

Niedaleko od Hofn czekała nas przeprawa przez jedyny na tej wyprawie tunel. Ciągnął się około kilometra i choć był dobre oświetlony bardzo stresował mnie przejazd przez ten odcinek a głowę zaprzątały mi czarne myśli, których nawet uspokajający głos Bartka nie mógł przegonić. Oczywiście przejechaliśmy tunel bez szwanku, choć droga przezeń wiła się uporczywie pod górę.

P7181493 (©PLANETADZIKA)

U jego wylotu czekała nas mała niespodzianka, którą roboczo można by nazwać „road artem”. Na skale tuż przy szosie, ktoś umieścił duże drewniane krzesło pomalowane jaskrawą czerwoną farbą. Siedzący na nim mógł podziwiać panoramę rozległych łąk w dole doliny. Odsapnęliśmy przy tej niecodziennej formie sztuki, by niedługo potem ruszyć dalej na spotkanie z nowymi pagórkami.

P7181517 (©PLANETADZIKA)

Drugiego dnia od wyjazdu spod lodowca pogoda nieco się popsuła. Wiało mocniej, od strony morza, momentami moczył nas kapuśniaczek. Prognozy zaczęły się sprawdzać, co nas motywowało do dalszego pedałowania, mimo że zmęczenie zaczęło dawać się we znaki. Jechaliśmy małymi fiordami, co oznaczało, że pagórkom nie było końca. Pod koniec bardzo zwolniliśmy, walcząc z obolałym ciałem i wzmagającym się wiatrem. W zamian za wytrwałość i dotrzymanie obranego raz planu otrzymaliśmy nagrodę (może zafundowaną przez same islandzkie elfy?).

P7181569 (©PLANETADZIKA)

Tuż przed metą, czyli kempingiem we wiosce Djúpivogur, odkryliśmy dzikie jacuzzi z gorącą (bardzo) termalną wodą. Jako że jestem urodzonym wodołazem nie zastanawiałam się ani sekundy i w moment wyskoczyłam z ciuchów i już moczyłam obolałe mięśnie w cieplutkim hot-pocie. Bartek był bardziej zachowawczy i nie zdecydował się dołączyć do kąpieli. Potem żałował, a ja śmiało mogę przyznać, że kąpiel w tym jacuzzi była jedną z najwspanialszych chwil całego rajdu. Trudno było mi wyjść z wanny i zmusić się do przejechania ostatnich 4 km (bo tyle brakowało nami do dojazdu do miasteczka Djúpivogur). Innego wyjścia nie miałam, więc szybko ubrałam się i w kilka minut dotarliśmy do naszego celu. Trafiliśmy do kameralnego, bardzo sympatycznego kempingu, gdzie ogrzaliśmy się w ładnie urządzonej świetlicy i zjedliśmy porządny ciepły posiłek. Zapowiadany deszcz się nie zjawiał, jednak postanowiliśmy i tak zostać na noc w miasteczku k(tóre nota bene mogłoby śmiało konkurować o tytuł osady na końcu świata) i zregenerować siły przed czekającym nas najtrudniejszym odcinkiem całej trasy: przeprawą przez górską przełęcz Oxi.

P7191587 (©PLANETADZIKA)
Djúpivogur to rybacka osada położona na fiordach wschodnich.

Wygraliśmy rower!

Dziś mały przerywnik naszej islandzkiej opowieści, gdyż musimy pochwalić się rowerowym newsem.

Otóż w wakacje wzięliśmy udział w konkursie organizowanym przez Grolsch w różnych pubach w całym kraju, które współpracują z marką. Akurat tak się złożyło, że nasza ulubiona knajpka Zielono mi, również organizowała ten konkurs u siebie. Skusiła nas główna nagroda i ciekawe zadanie konkursowe, nie wymagające walczenia o tysiąc polubień na facebooku, co teraz jest nadzwyczaj modne.

Nagrodą, jak domyślać się możecie był elegancki rower miejski. Zadanie polegało na udzieleniu odpowiedzi na pytanie: Gdzie zamierzasz wybrać się twoim nowym rowerem Grlosh?
Wymyśliliśmy rymowankę, która podbiła serca komisji i tak oto, staliśmy się właścicielami nowego roweru, który, jak sami możecie zobaczyć, prezentuje się rewelacyjnie.

20171001_143954 (©PLANETADZIKA)

A nasza odpowiedź brzmiała następująco:

Na zielony rower wsiadam, bo pogoda nienajgorsza.
Biorę z sobą dziewczynę, koc i zgrzewkę Grolsha.
Beztrosko pędzimy za miasto, pod Pieskową Skałę.
Gdzie na pikniku spędzimy popołudnie całe!

Dziękujemy marce Grolsh za super konkurs i Zielono Mi za nagrodzenie naszego pomysłu.

***

Przy okazji zapraszamy wszystkich z Krakowa do odwiedzenia knajpki na Salwatorze, Zielono Mi. Z pewnością pokochacie to miejsce. A jak spróbujecie fibzdrygałki, to na pewno zostaniecie stałymi klientami. Pytacie, czym jest to danie? A no, sami sprawdźcie!

20171001_152446 (©PLANETADZIKA)

Nadanie roweru samolotem

Każda wyprawa zaczyna się kilka miesięcy wcześniej niż jej planowany start, dokładnie wtedy, gdy wybieramy kierunek i decydujemy się gdzie tym razem pojedziemy i gdy wychodzimy na stronę www linii lotniczych, by zakupić bilet.

P4270648 (©PLANETADZIKA)
Pakowanie

W tym poście napiszemy pokrótce jak przewieźć rowery samolotem. najczęściej większość podróżników wybiera ten sposób transportu (zwłaszcza, jeśli chcą pokonać morze), a niestety przewóz rowerów drogą powietrzną nie jest najprostszą sprawą, można powiedzieć, że przewożenie rowerów to zawsze jest mini przygoda sama w sobie. Podczas gdy opanowaliśmy chyba wszystkie możliwe techniki przewozu rowerów w pociągach, to jednak lotnicze nadanie rowerów było dla nas debiutem, na szczęście całkiem udanym.

20170709_105352
Strażnik kartonów

Aby nadać rower samolotem trzeba kupić specjalny bilet, zwykle jest to bilet na bagaż sportowy, pod którym rozumie się sprzęt do uprawiania sportów wszelakich, od nart, przez rower, po deski do surfowania. Nasz pomysł polegał na nadaniu oprócz samych rowerów w kartonach dodatkowo sakw, śpiworów, palnika na paliwo ciekłe i wszystkich innych rzeczy biwakowych, które nie zmieściły się nam do bagażu rejestrowanego. Ten w 90 % zajęty był przez zapas naszego jedzenia (20 kg). Poza tym w kartonach na rowery było mnóstwo miejsca do wykorzystania, a do limitu wagowego (wynoszącego u naszego przewoźnika 32 kg) sporo nam brakowało. Jednak,  kiedy będziecie kupować bilety u innych linii, sprawdźcie jakie ograniczenia wprowadza dany przewoźnik. każdy ma inny regulamin, często linie lotnicze zastrzegają sobie, że w kartonie rowerowym nie można przewozić innych rzeczy. Najlepiej zapoznać się z regulaminem przewozu bagażu, na który można zawsze się powołać, jak będzie problem z wagą czy wielkością kartonu.

 

20170507_161213
Karton mieści się w aucie

Kiedy będziecie pakować rowery do kartonów,  sprawdźcie odpowiednio wcześniej, czy mieszczą się one do pudła. nie chcecie szukać w pośpiechu nowego kilka godzin przed lotem, tylko dlatego, że karton który wybraliście jest za mały o 5 cm. Roweru nie trzeba rozkręcać do części pierwszych. Na pewno trzeba odkręcić przednie koło oraz pedały, zdjąć kierownicę i złożyć lub ściągnąć siodełko. Warto też zadbać o zabezpieczenie wystających i ostrych elementów, które mogą zniszczyć pudło w transporcie. Kiedy włożycie  już rower do środka i stwierdzicie, że macie jeszcze sporo miejsca, to  można uzupełnić wolną przestrzeń sprzętem wyprawowym. Gotowy bagaż zamykamy i zaklejamy nieśmiertelną szarą taśmą. dodatkowo można obwiązać pakunek sznurem,  za które obsługa naziemna może przenosić kartony a dodatkowo zabezpiecza karton przed zniszczeniem.
A teraz najtrudniejszy punkt całej zabawy, czyli jak to wszystko przewieść na lotnisko. Najlepszym i najtańszym wyborem jest poproszenie kogoś z rodziny posiadającego samochód (o ile nie jest to Ford K lub inny tego typu mikro autko) o podrzucenie na lotnisko. Jeżeli mieszkacie blisko terminala lub nie szkoda wam pieniędzy, możecie podjechać taksówką bagażową. My wybraliśmy jeszcze inną opcję, mianowicie pojechaliśmy własnym samochodem i pozostawiliśmy go na płatnym parkingu na czas wyjazdu. przy wszystkich lotniskach istnieją parkingi, które oferują swoje usługi na postoje długoterminowe, co w naszym przypadku okazało się tańszym rozwiązaniem niż zamawianie taksówki. Na samym lotnisku zawsze bagaż należy odprawić, jak każdy inny bagaż rejestrowany. Kiedy dostaniemy potwierdzenie nadania, należy przenieść swój bagaż do odprawy wielkogabarytowej, do specjalnego okna. Pozostawiamy tam rowery i udajemy się do kontroli osobistej, a następnie czekamy na odlot.

IMG_20170806_102112_896 (1) (©PLANETADZIKA)
w oczekiwaniu na transport

U celu naszego lotu, rowery należ odebrać również w specjalnym punkcie dla bagaży wielkogabarytowych. Czasem, zwłaszcza u tanich przewoźników, zdarza się, że bagaż nie zostanie wysłany tym samolotem, który należy i wyląduje w Ugandzie zamiast Australii, co oczywiście przysparza podróżnikowi nie lada stresu, ale nie będziemy się nad tym rozwodzić, gdyż  jest to temat-rzeka na inny post. W naszym przypadku, bagaż i rowery dotarły do Reykjaviku bezproblemowo, choć wśród naszych współpasażerów zdarzyły się przypadki zaginionego bagażu.
Na Islandii, wszystkie loty zagraniczne oraz tranzytowe odsługiwane są przez oddalone o 45 km od stolicy lotnisko w Kelfaviku. trzeba o tym pamiętać i zaplanować jak dostaniemy się do Reykjaviku. Albo zdecydujemy się na bardzo drogi autobus do centrum który przywiezie nas pod sam hostel czy pole namiotowe albo po prostu rozpakujemy nasze rowery i nimi dojedziemy do miasta. Z Kelfaviku kursują tez autobusy miejskie nieco tańsze niż prywatni przewoźnicy, ale niestety nie zabiorą nam spakowanego w karton roweru. Musimy więc wcześniej złożyć rowery i już gotowe do jazdy umieścić na bagażniku z tyłu busa. Składanie rowerów na samym lotnisku jest zabronione ale istnieje specjalnie wyznaczone miejsce dla rowerzystów z narzędziami oraz stojakami zaraz przed głównym wejściem do terminala znajdziecie BIKE PIT.

http.pedalingcircles.weebly.comicelandcategorybike-box-storage-iceland
Tu można złożyć wasze rowery foto z http.pedalingcircles.weebly.comicelandcategorybike-box-storage-iceland

Ostatnim problemem związanym z transportem rowerów jest kwestia co zrobimy z naszymi pudłami. Jeśli planujemy podróż powrotną, karton może się przydać. W Islandii, inaczej niż w Polsce, nie dostaniecie za darmo kartonu w żadnym sklepie rowerowym. Można oczywiście kupić takowy nawet na samym lotnisku, ale to koszt kilkudziesięciu złotych. My postanowiliśmy zachować nasze pudełka i skorzystaliśmy z opcji przechowania ich w schowku na kempingu w Reykjaviku. Usługa ta również kosztuje, jednak znacznie ułatwia podróż powrotną.

P8042986 (©PLANETADZIKA)
Przewóz kartonów

Choć przewóz rowerów samolotami wydaje się z pozoru bardzo stresującym doświadczeniem i skomplikowaną operacją, to jednak w rzeczywistości nie jest to takie trudne. W naszym przypadku, to już pierwsze koty za płoty. 🙂

P7110468 (©PLANETADZIKA)
Składanie rowerów na kempingu

P7110471 (©PLANETADZIKA)

Islandia – przygotowania do wyprawy cz.1

Pełną parą ruszyły przygotowania do naszej lipcowej wyprawy na Islandię. Ostatnio zainwestowaliśmy w nowy palnik, tym razem wielopaliwowy, który bez problemu można przewozić samolotem. Wśród rodzimych podróżników nie jest to zbyt popularne rozwiązanie i ze świecą szukać polskiego video-poradnika, jak obsłużyć taką kuchenkę. Postanowiliśmy zapełnić tę lukę i stworzyliśmy własny tutorial.

Pamiętajcie by nas za subskrybować i polubić na Fb

Dziki Kraków, cz. 13., Zwierzęta

Wiosna rozgościła się u nas na dobre: Zakwitły drzewa, powoli zazieleniają się parki, dni są już długie i coraz rzadziej o poranku witają nas przymrozki. Sprzyja to częstszym wycieczkom rowerowym i odkrywaniu nowych miejsc.

I chociaż w ostatnim czasie odwiedziliśmy kolejne ciekawe zapomniane obiekty tym razem chcemy spojrzeć na nieco inną stronę eksploracji. Choć celem naszych wypraw są opuszczone twory rąk ludzkich, to nieodłącznym elementem zwiedzania jest przyroda. W kontraście z zapuszczonymi dziełami człowieka, natura wydaje się być jeszcze piękniejsza, ale nie ma litości dla żadnych dóbr cywilizacji i gdy tylko człowiek postanowi je porzucić, ona drapieżnie  zgarnia dla siebie wszystko co pozostawił, a co niegdyś przecież było  w gruncie rzeczy jej.

Kiedy już natura poczuje się pewnie na gruncie odebranym  człowiekowi, tworzy tam swojego rodzaju nowy ekosystem. Najpierw zadamawiają się rośliny a później na opuszczone obiekty wkraczają zwierzęta.
I o nich będzie dzisiejszy wpis. Chcemy pokazać wam, jakie zwierzaki można spotkać, zapuszczając się w porzucone przez człowieka miejsca. Wbrew pozorom obiekty te nie są całkowicie opuszczone, bo zamieszkują je bardzo różne gatunki zwierząt. Wystarczy odrobina uważności i łut szczęścia by zobaczyć je podczas zwiedzania.
Najczęstszymi bywalcami opuszczonych miejsc są przedstawiciele gromady owadów oraz mięczaków (zwykle w postaci ślimaków). Nie trzeba wiele by w zaciemnionych zakamarkach opuszczonej chaty spotkać pająka czy ćmę, albo też winniczka pasącego się w podmokłym forcie.
P3250124 (©PLANETADZIKA)
© PLANETA DZIKA_DSCI9740 (Copy)
P3250109 (©PLANETADZIKA)
Czasem  w takich miejscach zdarzy się spotkać niecodziennych mieszkańców, takich jak motyle, które przypadkiem zawitały do zapomnianych ruin.
©PLANETADZIKA_DSCI0944
Wilgotne miejsca to nie tylko domena ślimaków, ale i płazów. Żaby i ropuchy często spotkać można w zaroślach nieopodal zbiorników wodnych. My mieliśmy przyjemność z Panią  Ropuchą w jednym z krakowskich fortów.
P3250043 (©PLANETADZIKA)
Strychy, piwnice, schrony – tego typu miejsca przyciągają jak magnes nas, eksploratorów, ale i nietoperze, które w opuszczonych obiektach zimują, gdyż mają tam i odpowiednią temperaturę i święty spokój.
P3250106 (©PLANETADZIKA)
Większe ssaki są rzadkością podczas wizyty w opuszczonych miejscach, chyba że mamy na myśli psy pilnujące niektórych posesji. 🙂 Jeśli zapuścimy się w bardziej leśne tereny możemy liczyć na spotkanie z leśną zwierzyną, choć oczywiście szczęścia musimy mieć więcej niż Antarktyda lodu. My, nawet jeśli kilka razy wystraszyliśmy drzemiącego w polu bażanta, to nigdy nie mieliśmy dosyć refleksu, by uwiecznić jego ucieczkę na zdjęciu. Za to udało nam się pewnego razu uchwycić zająca, przemykającego przez park pałacowy. Jakość zdjęcia tragiczna, za co przepraszamy, ale w takich chwilach łapie się za pierwszą rzecz robiącą zdjęcia, w tym wypadku było to telefon z małą ilością megapixeli.
20160614_185829
Na koniec zostawiliśmy coś nad wyraz osobliwego, zwierzaka, którego chyba nikt nie spodziewałby się w środku opuszczonego domu. Nie mniej, w czasie eksploracji opuszczonych miejsc może zdarzyć się wiele, jeśli nie wszystko. I tak, raz natknęliśmy się na…. owce, które swoją obecnością na pięterku porzuconego domu wprawiły nas w osłupienie. Dowód poniżej.
DSCI2037 (©PLANETADZIKA)
Jak widzicie urbex może mieć też inną twarz, tę bardziej zwierzęcą. Jeśli wy spotkaliście jakieś ciekawe zwierzaki podczas waszych eksploracji, piszcie, chętnie dowiemy się, kto jeszcze pomieszkuje w opuszczonych obiektach!