Islandia – przygotowania do wyprawy cz.1

Pełną parą ruszyły przygotowania do naszej lipcowej wyprawy na Islandię. Ostatnio zainwestowaliśmy w nowy palnik, tym razem wielopaliwowy, który bez problemu można przewozić samolotem. Wśród rodzimych podróżników nie jest to zbyt popularne rozwiązanie i ze świecą szukać polskiego video-poradnika, jak obsłużyć taką kuchenkę. Postanowiliśmy zapełnić tę lukę i stworzyliśmy własny tutorial.

Pamiętajcie by nas za subskrybować i polubić na Fb

Dziki Kraków, cz. 13., Zwierzęta

Wiosna rozgościła się u nas na dobre: Zakwitły drzewa, powoli zazieleniają się parki, dni są już długie i coraz rzadziej o poranku witają nas przymrozki. Sprzyja to częstszym wycieczkom rowerowym i odkrywaniu nowych miejsc.

I chociaż w ostatnim czasie odwiedziliśmy kolejne ciekawe zapomniane obiekty tym razem chcemy spojrzeć na nieco inną stronę eksploracji. Choć celem naszych wypraw są opuszczone twory rąk ludzkich, to nieodłącznym elementem zwiedzania jest przyroda. W kontraście z zapuszczonymi dziełami człowieka, natura wydaje się być jeszcze piękniejsza, ale nie ma litości dla żadnych dóbr cywilizacji i gdy tylko człowiek postanowi je porzucić, ona drapieżnie  zgarnia dla siebie wszystko co pozostawił, a co niegdyś przecież było  w gruncie rzeczy jej.

Kiedy już natura poczuje się pewnie na gruncie odebranym  człowiekowi, tworzy tam swojego rodzaju nowy ekosystem. Najpierw zadamawiają się rośliny a później na opuszczone obiekty wkraczają zwierzęta.
I o nich będzie dzisiejszy wpis. Chcemy pokazać wam, jakie zwierzaki można spotkać, zapuszczając się w porzucone przez człowieka miejsca. Wbrew pozorom obiekty te nie są całkowicie opuszczone, bo zamieszkują je bardzo różne gatunki zwierząt. Wystarczy odrobina uważności i łut szczęścia by zobaczyć je podczas zwiedzania.
Najczęstszymi bywalcami opuszczonych miejsc są przedstawiciele gromady owadów oraz mięczaków (zwykle w postaci ślimaków). Nie trzeba wiele by w zaciemnionych zakamarkach opuszczonej chaty spotkać pająka czy ćmę, albo też winniczka pasącego się w podmokłym forcie.
P3250124 (©PLANETADZIKA)
© PLANETA DZIKA_DSCI9740 (Copy)
P3250109 (©PLANETADZIKA)
Czasem  w takich miejscach zdarzy się spotkać niecodziennych mieszkańców, takich jak motyle, które przypadkiem zawitały do zapomnianych ruin.
©PLANETADZIKA_DSCI0944
Wilgotne miejsca to nie tylko domena ślimaków, ale i płazów. Żaby i ropuchy często spotkać można w zaroślach nieopodal zbiorników wodnych. My mieliśmy przyjemność z Panią  Ropuchą w jednym z krakowskich fortów.
P3250043 (©PLANETADZIKA)
Strychy, piwnice, schrony – tego typu miejsca przyciągają jak magnes nas, eksploratorów, ale i nietoperze, które w opuszczonych obiektach zimują, gdyż mają tam i odpowiednią temperaturę i święty spokój.
P3250106 (©PLANETADZIKA)
Większe ssaki są rzadkością podczas wizyty w opuszczonych miejscach, chyba że mamy na myśli psy pilnujące niektórych posesji. 🙂 Jeśli zapuścimy się w bardziej leśne tereny możemy liczyć na spotkanie z leśną zwierzyną, choć oczywiście szczęścia musimy mieć więcej niż Antarktyda lodu. My, nawet jeśli kilka razy wystraszyliśmy drzemiącego w polu bażanta, to nigdy nie mieliśmy dosyć refleksu, by uwiecznić jego ucieczkę na zdjęciu. Za to udało nam się pewnego razu uchwycić zająca, przemykającego przez park pałacowy. Jakość zdjęcia tragiczna, za co przepraszamy, ale w takich chwilach łapie się za pierwszą rzecz robiącą zdjęcia, w tym wypadku było to telefon z małą ilością megapixeli.
20160614_185829
Na koniec zostawiliśmy coś nad wyraz osobliwego, zwierzaka, którego chyba nikt nie spodziewałby się w środku opuszczonego domu. Nie mniej, w czasie eksploracji opuszczonych miejsc może zdarzyć się wiele, jeśli nie wszystko. I tak, raz natknęliśmy się na…. owce, które swoją obecnością na pięterku porzuconego domu wprawiły nas w osłupienie. Dowód poniżej.
DSCI2037 (©PLANETADZIKA)
Jak widzicie urbex może mieć też inną twarz, tę bardziej zwierzęcą. Jeśli wy spotkaliście jakieś ciekawe zwierzaki podczas waszych eksploracji, piszcie, chętnie dowiemy się, kto jeszcze pomieszkuje w opuszczonych obiektach!

Poradnik: Jak jeździc zimą na rowerze?

Zima za oknem nie odpuszcza, a wasze rowery czekają na lepszą pogodę?

Nic bardziej mylnego! Na rowerze można jeździć cały rok, tylko trzeba się do tego odpowiednio przygotować.

Poniżej spróbujemy rozwiązać podstawowe dylematy zimowych rowerzystów:

Do jakiej temperatury jeździć?

Jak przygotować rower i siebie do jazdy zimą?

Jak się ubrać na rower zimą?

Jak jeździć po śniegu i lodzie?

20170123_074415

  1. O sprzęt trzeba zadbać

Zimowa aura może poważnie zniszczyć rower zwłaszcza jego akcesoria. Zabezpieczenie przed mrozem, solą i wodą nie wymaga wielkich nakładów pracy i przygotowań, ale jeśli akcesoria są super drogie J to proponujemy w zimie zmienić je na tańsze. Mamy wtedy pewność, że nie zniszczą się, a starych i tak nie będzie nam żal.

Przygotowanie sprzętu proponujemy przeprowadzić przed sezonem zimowym w suchym i ciepłym miejscu. Jeśli z braku innej możliwości trzymacie rowery na zewnątrz, najpierw przenieście sprzęt na co najmniej jeden dzień w suche miejsce (do mieszkania, garażu itp.), aby wszystko wyschło i (jeśli wcześniej złapał mróz) się odmroziło. Następnie trzeba posprawdzać wszystkie linki, przerzutki, manetki, hamulce. Sprawdźcie, czy nic się nie poluzowało i nie wymaga wymiany. Przy sprawdzaniu możemy od razu te elementy nasmarować specjalnym zimowym olejem lub smarem (do dokupienia w każdym sklepie rowerowym). Trzeba nadmienić, że każda część ruchoma wymaga trochę innego traktowania.

Linki smarujemy olejem na całej długości zwracając szczególną uwagę na miejsca wejścia i wyjścia linki do pancerza (foto). Należy poruszać kilka razy linką, by dobrze rozprowadzić olej. Jeszcze lepiej jeśli możemy nalać go do samego pancerza, ponieważ tam zbiera się czasem woda i brud.

Klamki hamulców, manetki i przerzutek smarujemy ostrożnie (tylko części ruchome).

UWAGA! Klocków hamulcowych nie smarujemy nigdy, nawet kiedy wydają dźwięki, piszczą, skrzypią itp!

Łańcuch możemy nasmarować (albo smarem albo specjalnym olejem zimowym), ale uważajmy, żeby nie przesadzić z jego ilością. Cienka warstwa załatwi sprawę.

Przerzutki zarówno przednie jak i z tyłu traktujemy tak samo jak łańcuch, pamiętając, że jest to część ruchoma i należy nasmarować cały zakres jej ruchu.

2. Jak się ubrać

Odpowiedni ubiór to podstawa. Przede wszystkim nie można ubrać się za ciepło, bo w gruncie rzeczy, przy odrobinie wysiłku i tak się zgrzejemy. Oczywiście wszystko zależy od waszego komfortu termicznego, ale generalnie na rower ubieramy się lżej, niż na spacer.

Podstawowe akcesoria rowerzysty to rękawiczki odpowiednie na daną temperaturę oraz czapka, by zakryć czoło i chronić zatoki i uszy przed zmarznięciem.

Pozostałe części ubioru powinny przypominać klasyczną cebulkę: pierwsza warstwa termoaktywna z długim rękawem potem T-shirt i na koniec oddychająca ciepła kurtka lub polar z windstoperem.

Nie zapomnijcie komina lub cienkiej chusty. Wełniany szalik raczej będzie złym pomysłem – szybko się spocicie. Chusta będzie lekko przepuszczalna i można przez nią oddychać jak przez maskę przeciwpyłową.

Dół czyli nogi również warto ubrać na cebulę: obcisłe legginsy (lub getry rowerowe) a na nie dopiero spodnie (najlepiej  wiatroszczelne).

Jeśli chodzi o buty, można zakupić specjalne zimowe SPD, ale jazda w zwykłych zimowych butach nie jest wykluczona. Jeśli macie specjalne buty do jazdy, ubieracie wtedy grube skarpety lub zimowe osłony na buty.

A teraz, kiedy już jesteście ubrani na cebulkę a rower jest w pełni sprawny pozostaje jazda próbna żeby sprawdzić  wszystko, czy dobrze się jedzie i czy nie trzeba jeszcze czegoś nie wymienić.

W zimie szybko robi się ciemno, więc pamiętajcie o zabraniu oświetlenia (jeśli wasz rower go nie posiada). Ważne jest zabranie ze sobą lampek czy odblasków, kiedy zostawiacie rower na ulicy, bo po prostu komuś mogą się one za bardzo spodobać, a poza tym trzymanie elektroniki na zewnątrz skróci żywotność baterii.

I jeszcze jedna kwestia: do jak niskich temperatur powinniśmy jeździć rowerem? Oczywiście odpowiedź nie jest jednoznaczna, tak naprawdę zależy to od indywidualnego odczuwania zimna. Przy temperaturze ok. 0 stopni lub przy lekkim mrozie jazda rowerem jest jeszcze przyjemna. Większość z nas odpuści, kiedy termometr pokaże dwucyfrową liczbę na minusie, ale są i tacy, którym żaden mróz nie jest straszny.  Najważniejsze, by zachować umiar. Jeśli czujecie dyskomfort, nie zmuszajcie się do jazdy. Tramwajem też dojedziecie.

3. Jak jeździć po śniegu i oblodzonych chodnikach

Wbrew pozorom jazda po samym śniegu nie jest taka trudna i niebezpieczna. Koła mają wystarczające tarcie i nawet przy podjazdach na zaśnieżonej szosie damy radę. Oczywiście trzeba mieć odpowiedni bieżnik na kole (nie gładki slick) i szeroką oponę: kolarzówki nie nadają się. Jazda po śniegu wymaga odpowiedniej techniki i przezorności. Najważniejsze by jechać powoli, wolniej niż po suchej nawierzchni i nie wykonywać gwałtownych ruchów. Nagłe hamowanie zazwyczaj kończy się zablokowaniem kół i upadkiem. Przestrzegałbym przed jazdą jezdnią na której śnieg jest ubity i powoli zamienia się w lód. Łatwo się domyślić, że taka droga przypomina ślizgawkę i o upadek bardzo łatwo. Kiedy  zimą warunki są trudne, można nieco nagiąć przepisy i jechać po chodniku. Ja osobiście wolę być bezpieczniejszy i nawet zapłacić mandat, niż jechać oblodzoną drogą z samochodami.

Jeśli czasem się zdarzy, że na waszej zimowej trasie trzeba będzie przejechać przez lód, róbcie to powoli, bez skręcania. Nagłe skręcanie na lodzie, przyspieszanie czy hamowanie skończy się gwarantowanym upadkiem. Dla pewności możesz wystawić nogę, aby ewentualnie przygotować się do upadku. Zawsze można zsiąść z roweru a przez jezdnie obowiązkowo przechodzimy, nie przejeżdżamy i uważamy na ślizgających się pieszych.

20170113_073625

A na koniec….. Zalety jazdy zimą 🙂

  • Oszczędność czasu i stała aktywność fizyczna,
  • Nie jeździsz zatłoczoną komunikacją miejską,
  • Twój środek transportu zawsze na ciebie czeka i nic nie kosztuje,
  • hartujesz się, twoja odporność wzrasta,
  • Nie jest ci zimno!

Dziki Kraków, cz. 4. Fort „Mistrzejowice”

Kolejny fort, który stał się celem naszych rowerowych wycieczek po Krakowie to fort Mistrzejowice, który w latach świetności pełnił funkcję fortu pomocniczego i bronić miał dolinę rzeki Dłubni (wzdłuż której, notabene, biegnie szlak rowerowy, o czym jeszcze trzeba będzie napisać).

Dziś znajduje się na uboczu dużego osiedla mieszkalnego, skryty wśród gęstych krzaków i zarośli.
Podejrzewam, że większość mieszkańców osiedla nawet nie ma pojęcia, że tuż za ich podwórkiem kryje się architektoniczna ciekawostka.

planeta-dzika_dsci9775
Dojazd do obiektu to w naszym wypadku niemała wycieczka przez Kraków. Pogoda akurat nam dopisywała, więc postanowiliśmy przejechać się przez Nową Hutę, która ma chyba najlepiej w Krakowie przystosowane drogi dla rowerzystów. Dzięki licznym ścieżkom rowerowym jazda po tej części Krakowa to czysta przyjemność.
Z Huty odbiliśmy na północ i dojechaliśmy do osiedla, które skrywa fort.  Odnaleźliśmy ścieżkę do obiektu, przy której zostawiliśmy rowery.
Chociaż w literaturze fort Mistrzejowice jest uznawany za niewielki, oferuje wiele smakołyków dla amatorów opuszczonych miejsc.
©Planeta Dzika_DSCI9785.jpg

Zwiedzanie rozpoczęliśmy tradycyjnie od zewnętrznych elementów. Podobnie jak w przypadku fortu „Łapianka” na dach i mury fortu bez trudu można się dostać.

Wejście do głównego budynku, czyli do koszar, również nie stanowiło najmniejszego problemu. Budynek ten zachował się w całości, choć ząb czasu nadgryzł go mocno i oprócz ogołoconych ciemnych i brudnych pomieszczeń niewiele można było tam znaleźć. Jednak penetrowanie nieoświetlonych zakamarków podnosi poziom adrenaliny. W obiekcie byliśmy sami, ale znajdywaliśmy liczne ślady bytności tymczasowych nielegalnych mieszkańców.
planeta-dzika_dsci9779
Niestety specyfiką fortów jest ich wielkie zaśmiecenie, za które odpowiedzialni są nie tylko koczujący tam bezdomni, ale, a może głównie okoliczni mieszkańcy, dla których fort najwyraźniej wygląda jak śmietnisko. Przykro jest patrzeć  i wstydzić się za taką ignorancję i wulgarność innych ludzi.
planeta-dzika_dsci9781

Fort zrobił na nas wrażenie. Pozytywne, mimo tej smutnej refleksji na temat gatunku ludzkiego. Można powiedzieć, że fort Mistrzejowice miał dużo szczęścia i nie został wyburzony, jak spora część dawnych fortyfikacji w okół których zaczęło rozrastać się miasto.

Choć bardzo zaniedbany obiekt ten warty jest uwagi. Polecamy wszystkim lubiącym ciemne, piwniczne korytarze 😉
planeta-dzika_dsci9793
planeta-dzika_dsci9773

Nagroda Rowertouru 2016

Jest nam niezmiernie miło ogłosić, że. relacja z naszej wyprawy na wschód Polski została wyróżniona w konkursie Rowertouru na najlepsza relacje z podróży rowerowej w kategorii Polska.
28 stycznia pojechaliśmy do Poznania na uroczystą galę wręczenia nagród, gdzie wręczono nam dyplom i nagrody za uzyskanie czwartego miejsca.

Bardzo cieszymy się z tego niemałego wyróżnienia. Z pewnością wpłynęło ono pozytywnie na nasz entuzjazm do organizowania kolejnych wypraw rowerowych 🙂
Dziękujemy!

DSCI2811.JPG

Dziki Kraków, cz. 1. Fort VII „Bronowice”

Zgodnie z noworoczną obietnicą wracamy do was z nowym cyklem rowerowych wycieczek. Tym razem pozostaniemy w Krakowie i poszukamy miejsc, które nie tylko nie figurują w przewodnikach i na mapach miasta, ale nawet nie są popularne wśród rodowitych Krakusów. Jak możecie się domyślić, miejsca o których będziemy pisać to miejsca często opuszczone, pozbawione oficjalnej etykiety zabytku. Miejsca, które trzeba odkryć i mieć odwagę je zwiedzić. Z pewnością to nie rozrywka  dla każdego. W branży, taki rodzaj zwiedzania nazywa się Urban Exploration (w skrócie Urbex) i jak każdy sport ma swoje zasady. Pierwszą i najważniejszą z nich jest niepisany zakaz podawania dokładnej lokalizacji obiektów. Oczywiście położenie części z nich nie jest żadną wielką tajemnicą i każdy sprytny googlowicz jest w stanie w ciągu paru kliknięć znaleźć adres obiektu. Tak więc, w niektórych przypadkach będziemy podawać wam tylko przybliżone namiary, bez wdawania się w szczegóły.

DSCI8919 (©PLANETADZIKA)

Zaczniemy od mimo wszystko znanego miejsca, jakim jest Fort VII „Bronowice”. Pewnie nie wszyscy wiedzą, że Kraków pod panowaniem Austrii był miastem-twierdzą, co oznacza że na jego obrzeżach i w miejscach strategicznych budowano forty obronne (największym był… Wawel!). Do naszych czasów forty w dużej większości przetrwały w opłakanym stanie i straszą w parkach jako sypialnie meneli. Jest kilka wyjątków (Fort Kleparz – klub muzyczny, czy Tonie, wykupiony przez prywatnego inwestora i zaaranżowany na muzeum), ale w ogólnej skali xx obiektów, 80-90% to ruiny bądź tabliczka z napisem „Tu był fort”. O twierdzy Kraków pozostało tylko wspomnienie i kilka reliktów.

DSCI8913 (©PLANETADZIKA)

Zainteresowanych tematyką odsyłam do źródeł, od których Internet pęka w szwach, nie znam się na fortyfikacjach i nie będę kopiować mądrych definicji specjalistów. Za to oferuję subiektywną relację z wyprawy do jednego z ciekawszych obiektów Twierdzy Kraków, który stał się celem naszej jesiennej rowerowej wycieczki.

Fort VII Bronowice to jeden z większych fortów w mieście. Mieści się na terenie należącym do wojska, jednak wejście na jego teren nie stanowi problemu, można wręcz powiedzieć, że drzwi do niego stoją otworem. Na jego terenie urzęduje (lub urzędowała, stan wiedzy: rok 2014) drukarnia, więc nie trzeba się bać, że zostaniemy złapani przez mundurowego.

Miejsce jest imponujące. Opuszczony reliktowy fort w środku Krakowa. Wejście w jego mury z gwarnej, pędzącej ulicy to jakby wejście do machiny czasu i teleportacja do innej epoki. Cisza, chłód bijący od zmurszałych ścian, posępne drzewa wrastające w mur…. Atmosfera tego miejsca do dziś odbija się echem w mojej pamięci.

DSCI8942 (©PLANETADZIKA)

Co ważne dla eksploratorów, żadne wejścia, czy to główne czy drzwi do poszczególnych pomieszczeń nie są zabarykadowane, więc zwiedzanie obiektu jest dogodne. A jest co oglądać. Dziedziniec, koszary, kolista redita w środku, magazyny. Nie tylko amatorzy militariów mogą czuć się oszołomieni.

Czas w tym miejscu płynie inaczej, znacznie wolniej, o ile się w ogóle nie zatrzymał. W wyższych pomieszczeniach znaleźliśmy jeszcze jakieś stare porozrzucane notatki z wojskowej administracji, w dolnych pomieszczeniach i koszarach nie zostało niestety nic poza śmieciami z drukarni. Co ciekawe i rzadkie dla takich miejsc, nie zaobserwowaliśmy śladów bytności lokalnych żuli.

DSCI8914 (©PLANETADZIKA)

Najbardziej podobały nam się tyły fortu, gdzie znaleźliśmy liczne drewniane skrzynie, które na pewno do czegoś służyły wojsku. Ciekawe, dlaczego zostały tam porzucone.

Fort zwiedzaliśmy dobre 2 godziny. Wejście we wszystkie zakamarki trochę czasu zajmuje a odkrywanie ciemnych, wilgotnych pomieszczeń jest na tyle ekscytujące, że zapomina się o zegarku.

DSCI8934 (©PLANETADZIKA)

Wycieczka bardzo nam się podobała. Trudno oprzeć się wrażeniu, że cofnęliśmy się w czasoprzestrzeni. Mieliśmy wspaniałą okazję poznać architekturę krakowskich fortów i doświadczyć ich niesamowitej atmosfery.

Mała rada dla chętnych pójścia w nasze ślady: Jeśli wybierzecie się do Fortu VII rowerami, lepiej zostawcie je na ulicy przypięte czy to do stojaka, czy do jakiegokolwiek elementu architektury miejskiej i do celu podejdźcie już na nogach. Nie będziecie się rzucać w oczy, a wasze rowery bezpiecznie na was poczekają. Oczywiście latarki to podstawowy sprzęt na taką wycieczkę. Ważniejszy nawet niż rower!

Rajd Wschodni, Dzień 5. W puszczy

Noc pod mostem okazała się przyjemniejsza niż można było się spodziewać. Wstaliśmy jednak bardzo wcześnie i już o 7 byliśmy w drodze. Niecałą godzinę później staliśmy u stóp Świętej Góry Grabarki, jednego z najważniejszych miejsc kultu prawosławia. Obawialiśmy się, że o tak wczesnej porze wejście na górę będzie zamknięte, jednak ku naszemu zdziwieniu brama wejściowa stała otworem, choć godziny dla zwiedzaczy, jak informowała tablica nieopodal wejścia, rozpoczynały się dopiero 0 10. Nie zamierzaliśmy tyle czekać i korzystając z okazji otwartej bramy, wspięliśmy się na górę. Szczerze mówiąc, spodziewałam się dłuższej i bardziej wymagającej wędrówki. Grabarka choć zwana górą przypomina bardziej pagórek i dotarcie na jej szczyt nie zajmuje więcej niż 3 minuty. Jednak to co znajdziecie na górze robi wrażenie. Każdy najmniejszy fragment powierzchni zajmują krzyże wnoszone tu przez wiernych przybywających na obchody święta Przemienienia Pańskiego. Ich ogrom jest oszałamiający. Na samym środku wzniesienia, otoczona morzem krzyży góruje piękna drewniana cerkiew należąca do żeńskiego monastyru również mającego tu siedzibę. Cerkiew dostępna jest oczywiście dla zwiedzających, jednak my akurat trafiliśmy na nabożeństwo, więc dosłownie tylko zerknęliśmy do środka. Za to mogliśmy przez chwilę posłuchać pięknego liturgicznego śpiewu.

© PLANETA DZIKA_DSCI1775 (Copy)

Było warto zwiedzić Grabarkę o tak wczesnej porze – przez to, że byliśmy jedynymi gośćmi mogliśmy w pełni poczuć klimat tego niesamowitego miejsca. Na wychodnym skosztowaliśmy jeszcze wody z świętego źródełka przy którym zaparkowaliśmy rowery. Nie wiem, na ile tamta woda czyni cuda, ale mogę potwierdzić, że wspaniale orzeźwia i daje sił w pokonywaniu kolejnych kilometrów.

Ruszyliśmy w drogę, coraz bliżej było nam do białowieskich lasów, które już majaczyły na horyzoncie. Klimat trochę się zmienił, wioski były mniejsze, otoczone lasami, sklepy pojawiały się rzadziej, główna droga została z dala za nami. Kiedy wjeżdżaliśmy w  białowieskie lasy na niebie zaczęły pojawiać się ciemne chmury. Deszcz wydawał się nieunikniony. Dopadł nas w środku lasu, nagle i dotkliwie. Wczorajsza mżawka nie mogła równać się z dzisiejszą ulewą, która w kilka minut z leśnego traktu zrobiła potok. Niestety nie mieliśmy gdzie się schować, więc ile sił w nogach pruliśmy przez deszcz. Dopiero w wioseczce Topiło przestało padać i niebo się przetarło. Śmialiśmy się, że Topiło nas nie zatopiło. 😉

© PLANETA DZIKA_DSCI1840 (Copy)
Dzika przyroda białowieskich lasów

Zadowoleni z poprawy pogody jechaliśmy dalej, do Białowieży. Nie tylko nam poprawił się humor – zdecydowanie w dobrym nastroju były gzy, które po deszczu jak wściekłe nas atakowały, licząc na ciepły posiłek. O zatrzymaniu się, by uwiecznić piękno lasu w obiektywnie nie było szans, bo nie mieliśmy ochoty stać się daniem głównym tych paskudnych much. Bardzo szybko przemknęliśmy więc przez puszczę i już o 16 byliśmy w Białowieży. Tym razem zdecydowaliśmy się na kemping i największą atrakcję, jaką proponował, czyli ciepły prysznic – który na tym rajdzie był produktem deficytowym.

© PLANETA DZIKA_DSCI1788 (Copy)

Kiedy już rozbiliśmy się i doprowadziliśmy się do porządku poszliśmy pozwiedzać Białowieżę. Jest to nieco senna (nawet w sezonie) mała mieścina, goszcząca wszystkich (frajerów), którzy pragną dotknąć nieskalanej przyrody. Co ciekawe, by dostać się do rezerwatu ścisłego trzeba dzień wcześniej zapisać się na „wycieczkę”. My o tym nie wiedzieliśmy i rzecz jasna musieliśmy zrezygnować z wizyty w rezerwacie, bo następnego dnia czekało nas kolejne 100 km i czasu na zostanie tu do godziny 11 nie było. Trochę nas ten obrót sprawy rozczarował, ale pocieszeni przez lokalnego bywalca, że „tam nic nie ma”, poszliśmy na obiad do przyparkowej knajpki. Wieczór spędziliśmy na kempingu przygotowując się do dalszej podróży. Postanowiliśmy zacząć jutrzejszy dzień od odwiedzenia rezerwatu żubrów.

© PLANETA DZIKA_DSCI1794 (Copy)
Nieczynna już stacja kolejowa, Białowieża Pałac