Islandia dzika. Górzysta Północ, czyli jak dotrzeć do Akureyri

 

Pobyt nad jeziorem Myvatn pozwolił nam nieco wypocząć i nacieszyć się rzadkim a cennym na tej wyprawie dobrem, za jakie uważać zaczęliśmy prysznic. Jednak nie mogliśmy zabawić na kempingu dłużej niż weekend więc w poniedziałek wczesnym rankiem w promieniach słońca opuściliśmy kemping w Vogar. Nie spodziewaliśmy  się jeszcze, że kolejne dwa dni przyniosą niespodziewane i nieczęste na Islandii upały. Wprawdzie odnosząc się do środkowoeuropejskiej skali ciepła powiedzielibyśmy, że było przyjemnie ciepło – temperatura nie przekraczała 28o C. Jednak dla Islandczyków nieprzystosowanych do podobnych zjawisk atmosferycznych oznaczało to początek różnego rodzaju problemów, o których na własnej skórze mieliśmy się przekonać.

P7252267 (©PLANETADZIKA)
Rowerowy mostek

Zanim to jednak nastąpiło pół dnia drogi od kempingu na naszej drodze pojawiła się kolejna naturalna atrakcja – wodospad Godafoss. Trudno powiedzieć, które miejsce zająłby w rankingu na najpiękniejszy wodospad Islandii, gdyż podobnie jak wcześniej mijane zrobił na nas wielkie wrażenie, jednocześnie zachowując swoją unikalność i niepowtarzalny urok. Upał narastał więc zatrzymaliśmy się przy wodospadzie na dłużej. Zjedliśmy na szybko upichcony na kuchence obiad i odsapnęliśmy w cieniu, którego na bezdrzewnej Islandii jest jak na lekarstwo.

P7252260 (©PLANETADZIKA)
Wodospad Godafoss

Kiedy ruszyliśmy w dalszą drogę szybko zauważyliśmy, ze asfalt pokrywający drogę nr 1, którą nadal podróżowaliśmy stał się dziwnie miękki i lepki – krótko mówiąc, zaczął topnieć pod wpływem wysokiej temperatury powietrza. Na nasze nieszczęście jego drobinki wbijały się w dętki, co utrudniało jazdę i podwyższało ryzyko złapania gumy.

Nie mogąc za wiele poradzić na nietypowe zjawisko, jechaliśmy powoli dalej po coraz bardziej pagórkowatym terenie. Z mapy wynikało, że niebawem czeka nas kolejna wspinaczka na górską przełęcz. Tym razem, zmęczeni już ponad dwutygodniową jazdą, woleliśmy uniknąć kolejnej przeprawy i szukaliśmy alternatywnej mniej górzystej drogi. Znalazła się jak na zawołanie, w dodatku wydłużała trasę tylko o kilkanaście kilometrów.

P7252285 (©PLANETADZIKA)
Droga zwana Fnjóskadalsvegur eystri (tak racja tego nie da się wymówić)

Droga zwana Fnjóskadalsvegur eystri (tak racja tego nie da się wymówić)  odbiegała od głównej „jedynki” i wiła się doliną niewielkiej rzeki, co nie tylko wypłaszczyło naszą trasę, ale i dostarczyło ładnych widoków. Zmierzch zastał nas na niej, więc zatrzymaliśmy się na nocleg  na malowniczej łące przy brzegu rzeki, a następnego ranka dojechaliśmy do wyjątkowej atrakcji wyspy. Tym razem nie naturalnej, a kulturowej.

P7262336 (©PLANETADZIKA)
Skansen domków torfowych w Laufás

W małej osadzie Laufas znajduje się skansen domków torfowych, które są oryginalną i unikatową formą zabudowy stosowaną na Islandii jeszcze w pierwszej połowie XX wieku. W skansenie można zwiedzić domki od wewnątrz i poznać elementy życia codziennego mieszkańców islandzkiej osady na przełomie XIX i XX wieku. Zobaczymy pokoje pastora, sypialnie i salon jak i pomieszczenia gospodarcze i rzemieślnicze. Obok skansenu znajdziemy mały kościółek służący lokalnej ludności do dnia dzisiejszego. Choć atrakcja do najtańszych nie należy, pieniądze wydane w ten sposób na pewno nie będą stracone i wzbogacimy naszą wiedzę o podstawy islandzkiej kultury ludowej.

P7262339 (©PLANETADZIKA)
Koścół w Laufás

Po spędzeniu poranka w skansenie ruszyliśmy w dalszą trasę. Niedaleko za muzeum nasza droga ponownie skrzyżowała się z główną jedynką i powoli, wtaczając się na liczne pagórki dojeżdżaliśmy do Akureyri. Co ciekawe, w linie prostej miasto leżało w odległości kilku kilometrów od naszej pozycji, jednak dzielił nas głęboko wpijający się w ląd fiord. Islandczycy nie przewidzieli żadnego mostu po drodze, więc dojazd do miasta ciągnął się kilkadziesiąt kilometrów, ciągnących się w nieskończoność ze względu na ciągle jeszcze panujące upały i coraz to dłuższe podjazdy.

P7262303 (©PLANETADZIKA)
Ta droga dłuuuuuuuuuuuga jest

Wczesnym popołudniem dojechaliśmy jednak do podnóży miasta i przejechaliśmy most łączący naszą stronę fiordu z tą na której zbudowano Akureyri.  Zmęczeni, postanowiliśmy nie zabawiać zbyt długo w mieście. Zrobiliśmy zakupy w Bonusie i odsapnęliśmy w cieniu na stacji benzynowej. jako że tego dnia przejechaliśmy dość ciężki kawałek trasy a w niedalekiej przyszłości czekały nas kolejne spore podjazdy zafundowaliśmy sobie nagrodę w postaci włoskich lodów. Wierzcie lub nie, ale były to najlepsze lody na świecie. Nic tak nie smakuje, jak słodka nagroda w podróży!

P7262385 (©PLANETADZIKA)
Najlepsza nagroda dla wytrwałych cyklistów

 

Reklamy

Islandia Dzika. Nad jeziorem Mývatn

Jezioro Mývatn jest największym jeziorem na Islandii o powierzchni ok. 37 km², a w tłumaczeniu jego nazwa oznacza „jezioro komarów” i bynajmniej nie jest przypadkowa. W jego okolicach gnieżdżą się bowiem niewiarygodne ilości drobnych muszek, które znane są z włażenia we wszystkie możliwe zakamarki ludzkiego ciała i nie istnieje sposób, by je przed tym powstrzymać.

P7242132 (©PLANETADZIKA)
Jezioro Mývatn

Na nasze szczęście osada Vogar nieopodal Reykjahlid, w której spędziliśmy weekend znajdowała się w mniej lubianej  przez muszki części jeziora, dzięki czemu mogliśmy odpocząć i w spokoju pozwiedzać okolicę, nie męczeni natrętnym towarzystwem owadów.

slajdowisko bonobo (195)
„Plamki” na zdjęciu to właśnie co wyraźniejsi przedstawiciele panujących nad jeziorem muszek

Zanim to nastąpiło poświęciliśmy kilka godzin na pranie i zrobienie porządku w ekwipunku. Niestety na kempingu nie było pralki, więc wszystkie rzeczy, a przez tydzień nazbierało się ich trochę, musieliśmy uprać ręcznie, korzystając z tarki, w którą zaopatrzony był kempingowy zlewozmywak. Z braku laku nie narzekaliśmy i po chwili (no dobrze, dłuższej chwili) cały nasz namiot zyskał oryginalną dekorację w postaci mokrego prania. Spokojnie mogliśmy ruszyć na eksplorację okolicy.

P7232090 (©PLANETADZIKA)
Namiot można wykorzystać jako suszarke

Południowy brzeg Mývatn obfituje w naturalne atrakcje, związane z wulkaniczną aktywnością terenu. Znajdziemy tu najróżniejsze formacje skalne ukształtowane z zastygłej tysiące lat wstecz lawy, są również gorące wody i rzecz jasna ciągle aktywne (aczkolwiek uśpione) wulkany.

P7242131 (©PLANETADZIKA)
Szczyt wulkanu Hverfjall

My wspięliśmy się na największy z nich, Znajdował się w odległości ok. 1 km od kempingu, więc podjechaliśmy pod niego odciążonymi z sakw rowerami. Na krater wspięliśmy się już bez ich pomocy, podążając wyznaczoną dla turystów ścieżką. Wulkan nie był bardzo wysoki – dojście na szczyt zabrało nam ok. 10 minut –  jednak na tyle okazały, by móc podziwiać z jego wierzchołka panoramę jeziora Mývatn i okolicy. Zachęceni pięknymi widokami postanowiliśmy okrążyć krater, który jak się okazało miał średnicę 1 kilometra. Jego brzegi nie były równe i czasem ścieżka opadała w dół a czasem nagle pięła się ku górze, co przypominało spacer bo górskim zboczu.

P7242172 (©PLANETADZIKA)
Kaldera wulkanu Hverfjall

Zmęczyła nas nieco ta wędrówka i gdy zeszliśmy już z powrotem na dół postanowiliśmy odpocząć na kempingu zanim odwiedziliśmy kolejną ciekawostkę w okolicy.

P7242096 (©PLANETADZIKA)
Jaskinia Grjótagjá, naturalna sauna

Była to niewielka jaskinia z gorącymi źródłami. Podziemne jeziorko znajdowało się  niezbyt głęboko pod powierzchnią ziemi i szybko można było do niego dotrzeć schodząc po wielkich głazach. Szybko przekonaliśmy się, że woda gorąca jest nie tylko z nazwy. W środku jamy klimat przypominał saunę parową, temperatura wody przekraczała 50 stopni Celsjusza i nawet zamoczenie w niej stóp było nie lada wyzwaniem. Nie próbowaliśmy kąpieli, choć jak się później dowiedzieliśmy, jeszcze w latach 80 mieszkańcy przychodzili do jaskinek zażywać termalnych kąpieli, jednak woda  nie była aż tak gorąca, a jej temperatura oscylowała w granicach 42 stopni, więc i ryzyko zawału kąpiących się było znaczniej mniejsze niż dzisiaj.

P7242110 (©PLANETADZIKA)
Ten uśmiech wyjaśnia wszystko

W okolicy Mývatn znajdziemy liczne szlaki piesze, dobrze oznakowane, które pozwalają dokładnie zwiedzić teren w okół jeziora i blisko obcować z jego naturą. My ze względu na zmęczenie przeszliśmy się tylko krótkim szlakiem do oddalonego od kempingu miasteczka Reykjahlid, gdzie odwiedziliśmy sklep i kupiliśmy sobie bezprocentowe piwo, jedyne jakie można dostać w islandzkich supermarketach.

P7232085 (©PLANETADZIKA)
Na Islandji to juz jest miasto, zamieszkuje w nim ok 300 osób

W dzień dojazdu nad jezioro na naszych licznikach stuknęło 1000 przejechanych km od momentu wyruszenia z kempingu w Reykjaviku. Z tej okazji wieczorem postanowiliśmy zaszaleć i zamiast klasycznej kolacji gotowanej na turystycznej kuchence wybraliśmy się na pizzę do przykempingowego baru. A do niej zamówiliśmy dwa prawdziwe (czyli z alkoholem) lokalne piwa. Jedzenie było wyborne, prawie tak bardzo jak rachunek, który za nie otrzymaliśmy. Mimo nagłego uszczuplenia portfela nie żałowaliśmy – nie często na licznikach wyświetla się 1000 km przejechane podczas jednej podróży. Poza tym drugiego tysiąca na liczniku nie planowaliśmy na tej wyprawie zobaczyć.

IMG_20170723_182556_568 (©PLANETADZIKA)
Tego ranka gdzieś w szczrym nigdzie stuknęło nam 1000 km

 

 

Islandia dzika. Księżycowe pustkowia

Kiedy zdobywanie przełęczy Oxi zmieniło się we wspomnienie, nasze myśli zaprzątać zaczął dojazd nad największe islandzkie jezioro, Myvatn, gdzie planowaliśmy odpocząć i zażyć prysznica, którego od wyjechania z Djupivogur mieliśmy nie oglądać. Opuściliśmy Eglisstandir obładowani świeżymi zakupami i przejrzawszy dokładnie mapy regionu postanowiliśmy na moment jeszcze raz opuścić drogę nr 1, by ominąć kolejne spore podjazdy: za Elisstadir równolegle do krajówki przez ok 20 km ciągnęła się lokalna szutrowa droga, która nie tylko oszczędziła nam wspinaczki, ale i pozwoliła cieszyć oczy pięknym przełomem rzeki.

P7211808 (©PLANETADZIKA)

Niestety, gdy wróciliśmy na główną drogę, czekał nas jeszcze jeden duży podjazd, którego już nie sposób było okrążyć. Przez kolejne 5 km pokornie wpychaliśmy rowery pod górę, starając się zachować pogodę ducha. Przynajmniej pogoda była dla nas łaskawa. Słońce wprawdzie chowało się za gęstymi chmurami, ale wiał delikatny i ciepły wiatr, który znowu nam sprzyjał.

P7211826 (©PLANETADZIKA)

Kiedy odebraliśmy nagrodę za dzielną wspinaczkę w postaci zjazdu z górki, krajobraz do tej pory zielony i górzysty uległ znacznej zmianie. Był teraz raczej płaski, a z pagórkami zniknęły też rozległe łąki ustępując miejsca jałowym pustkowiom pokrytym piachem i kamieniami. Urozmaicały je czasem samotne szpiczaste pagóry, uformowane przez działający tu niegdyś lodowiec, które na myśl przywodziły śląskie chałdy, szare, nagie, nieprzyjazne.

P7211865 (©PLANETADZIKA)

Środkowo wschodnia część Islandii z pewnością nie należy do turystycznych zakątków, co nam było zdecydowani na rękę, gdyż liczba mijających nas samochodów drastycznie wręcz spadła a o innych sakwiarzach nie było mowy – momentami wydawało nam się, że jesteśmy jedynymi żywymi a nieskrzydlatymi istotami w promieniu kiludziesięciu kilometrów.

Mijał dzień a pustkowie wydawało się nie mieć końca. Zatrzymaliśmy się na nocleg w szczerym nigdzie osłonięci przed wiatrem ponurą chałdą. Mimo że okolica nie wyglądała przyjaźnie, a nam kończyla się woda podobał nam się ten, księżycowy, jak go sobie nazwaliśmy krajobraz. Było wyjątkowo cicho, sucho i spokojnie. Idealny klimat do nocnych kontemplacji.

P7211873 (©PLANETADZIKA)

Następnego dnia podjęliśmy decyzję, że zamiast gnać prosto nad Myvatn zrobimy mały skok w bok i podjedziemy pod wodospad Detifoss na rzece Jokulsa, największy pod względem przepływu wody wodospad w Europie. Zobaczenie tego cudu natury wiązało się z nadłożeniem ok. 26 km w jedną stronę, jednak jak się później przekonaliśmy, była to dobra decyzja a widoki, które zaoferował nam Detifoss będziemy trzymać w pamięci do końca życia.

P7221965 (©PLANETADZIKA)

Ogrom spadającej mętnej wody wręcz przytłaczał i budził respekt przed siłami natury. Trudno opisać słowami emocje, które towarzyszyły nam przy obserwowaniu tego przełomu rzeki, dlatego zostawiamy poniżej krótkie video, które choć w małym stopniu oddaje potęgę wodospadu.

Co ciekawe, kilkaset metrów od Detiffoss można podziwiać inny przełom Jokulsy, Selfoss, znacznie mniejszy, jednak interesujący ze względu na liczne ściany z których spada woda.

P7221982 (©PLANETADZIKA)

Oczarowani, wróciliśmy spowrotem w trasę, wracając do skrzyżowania, gdzie zdecydowaliśmy się odbić z głównej drogi. Od tego miejsca zostało nam już tylko 20 km do Myvatn, które zważywszy na nasze duże zmęczenie i coraz wyższe temperatury powietrza zdawały się ciągnąć w nieskończoność.

P7232021 (©PLANETADZIKA)

Zaraz przed wjazdem do miejscowości Reyjkahlid, leżącej u stóp wielkiego jeziora, na turystów czeka osobliwa atrakcja w postaci błotnych gejzerów i fumaroli, które wydzialają z siebie zapach nie zachęcający do dłuższej wizyty. Nie mniej warto zatrzymać się w tym miejscu przypomnającym pustynię i zobaczyć mniej znaną stronę natury, którą nasi przodkowie nazwaliby iście diabelską.

P7232025 (©PLANETADZIKA)

Kiedy już dość mieliśmy siarkowodorowego zapachu, pozostało nam pokonanie ostatniego pagórka, by z pędem wiatru wjechać do przyjeziornej osady i tam spędzić zaczynający się właśnie weekend.

 

Islandia dzika. Przełęcz Öxi i droga na północ

Kiedy dojechaliśmy do osady Djúpivogur musieliśmy podjąć kluczową dla dalszej części wyprawy decyzję: jechać dalej krajową jedynką, meandrując wzdłuż wschodnich fiordów czy skrócić trasę drogą zwaną Öxi przecinającą górskie pasmo. Druga opcja pozwalała zaoszczędzić ponad 100 km ciągnących się wzdłuż pagórkowatego wybrzeża, jednak zakładała kilkunastokilometrową wspinaczkę na górską przełęcz, która, biorąc pod uwagę nasze obładowane bagażem rowery, wydawała się niemałym wyzwaniem. Mimo obaw zgodnie podjęliśmy decyzję, że spróbujemy swoich sił w starciu z Öxi.

P7201706 (©PLANETADZIKA)

Śmiało można powiedzieć, że Öxi jest jedną z najbardziej spektakularnych dróg w Europie. Ciągnie się ponad 20 km a wznosi się prawie od samego poziomu morza do wysokości 532 m., po czym nieco łagodniej opada w dolinę. Charakteryzuje się typowymi dla górskich traktów serpentynami i ostrymi podjazdami, przekraczającymi nawet 17%! Letnią porą można pokonać ją samochodem, zwłaszcza jeśli lubi się ekstremalne ruszanie pod górkę z ręcznego. Dla rowerzystów przeprawa przez Öxi również stanowi wyzwanie, gdyż wiąże się z ciągnącym się 11 km wypychaniem rowerów pod górę. Wątpliwą nagrodą za ten wysiłek jest 8 km zjazd. Wątpliwą, gdyż w pakiecie z bezwysiłkową jazdą otrzymujemy silne podmuchy wiatru i mijających nas rozentuzjazmowanych kierowców pojazdów mechanicznych, którzy ze względu na wąską drogę mijają nas na żyletkę.

 

Wiedzieliśmy na co piszemy się wybierając Öxi i przygotowane na wysiłek po nocy i poranku spędzonym na kempingu (czekając na deszcz, który de facto okazał się [tylko] godzinną ulewą w środku nocy), zebraliśmy się do dalszej wędrówki.  Postanowiliśmy podzielić zdobywanie Öxi na dwa etapy. Pierwszy obejmował dojazd do skrzyżowania „jedynki” z drogą 939, czyli tą która prowadzi na przełęcz i rozbicie tam namiotu na noc, aby kolejnego dnia z dużym zapasem energii wdrapać się i zjechać z góry.

P7191655 (©PLANETADZIKA)

Droga z Djúpivogur podobnie jak poprzedniego dnia, ciągnęła się przez niewielkie pagórki, od czasu do czasu wijąc się wokół niewielkich fiordów. Jechało nam się całkiem dobrze dopóki w pewnym momencie, bez żadnych widocznych znaków, asfaltowa droga zmieniła się w szuter, rozmięknczony ostatnimi opadami i rozjechany przez traktory pracujące nieopodal w polu. Chwilami koleiny były tak duże, że musieliśmy zsiadać z rowerów i pchać rowery przez błoto. Na szczęście, kiedy minęliśmy obszar działalności ciągników, jakość traktu poprawiła się a naszym oczom ukazał się drogowskaz na Öxi, opatrzony dodatkowymi informacjami, które raczej nie wprawiły nas w radosny nastrój.

P7191672 (©PLANETADZIKA)

Byliśmy jednak dobrze przygotowani na taki scenariusz, więc spokojnie podążyliśmy za znakiem i zostawiliśmy w tyle naszą „jedynkę”. Droga Öxi różniła się nieco od krajówki. Oczywiście była węższa, nie pokrywał jej asfalt a o poboczu  nie było co marzyć, jednak nawierzchnia była dobrze ubita a dziury zdarzały się sporadycznie. I rzecz jasna, wiła się pod górę. Nawet na pierwszy podjazd nie musieliśmy długo czekać. Mając jeszcze dużo sił spróbowaliśmy wjechać na pierwszą górkę, choć jej nachylenie szybko odżegnało od nas ten buty pomysł. Przeszliśmy, pchając rowery około trzech kilometrów i dotarliśmy do malowniczego wodospadu. Bez wahania obraliśmy sobie polankę u jego stóp za miejsce na nocleg. Był to strzał w dziesiątkę: zasypialiśmy ukołysani hukiem spadającej wody, otoczeni gęstą trawą, z dala od ludzi i miast.

P7191667 (©PLANETADZIKA)

Następnego dnia, zgodnie z planem, rozpoczęliśmy właściwą wspinaczkę. Mieliśmy wspaniałą pogodę, świeciło słońce, które szybko nas rozgrzało i po pokonaniu pierwszego podjazdu ściąnęliśmy kurtki. Choć szybko się męczyliśmy a tempo wspinaczki nie odbiegało od średniej prędkości żółwia, mieliśmy dobre nastroje i z każdym kolejnym krokiem mogliśmy podziwiać coraz piękniejszą panoramę.

P7201732 (©PLANETADZIKA)

Nie pamiętam jak długo szliśmy, ani gdzie dokładnie przypadł szczyt górski. W pewnym momencie po prostu droga zaczęła się wypłaszczać a po chwili ujrzeliśmy pierwszy zjazd. Dumni z dokonanego wyczynu, napełniliśmy butelki wodą z pobliskiego strumyka i w końcu mogliśmy wskoczyć na rowery, by pomknąć w dół doliny. Trochę musieliśmy powalczyć z wiatrem, jednak bez przeszkód dotarliśmy do wylotu drogi 939 i ponownie wjechaliśmy na „jedynkę”, ciągle jeszcze wyłożoną szutrem. Na szczęście po kilku kilometrach szuter zastąpił asfalt a profil trasy złagodniał.

P7201745 (©PLANETADZIKA)

Nieco zmęczeni i ubodzy w prowiant kierowaliśmy się do Egilsstaðir, pierwszego większego miasta z supermarketem od upływu tygodnia. Zrobiliśmy w Bonusie zakupy na kolejny tydzień i odpoczęliśmy w parku, posilając się Skyrem.

P7201780 (©PLANETADZIKA)

Mimo zmęczenia poranną wspinaczką postanowiliśmy wyjechać z miasta i zrobić jeszcze ok 20 km zanim rozbiliśmy się na nocleg. Tym razem przypadł on przy drodze, dosłownie pośrodku nigdzie. Nie narzekaliśmy. Wszakże zdobyliśmy dziś  Öxi, pokonując najtrudniejszy odcinek wyprawy. Poza tym wyjeżdżając z miasta minęliśmy tablicę informacyjną z odległościami, na której znaleźliśmy Reykjavik, czyli  cel naszej wyprawy, który wydawał się już znaczenie bliżej niż dalej.

P7201781 (©PLANETADZIKA)

 

 

Islandia Dzika. Wschodnie krańce

Pożegnawszy się z lodowcem Skaftafel, wjechaliśmy w mniej turystyczną część Islandii i szybko pedałowaliśmy na wschód. Szybko, gdyż prognozy pogody przewidywały obfite opady w odstępie niecałych dwóch dni, a my nauczeni przygodami z okolic Vik, nie chcieliśmy ponownie przemoknąć. W planach mieliśmy więc przeczekanie deszczu na kolejnym kempingu oddalonym od kempingu pod lodowcem, gdzie się zatrzymaliśmy poprzednio o równe 240 km. Rachunek był prosty: aby dotrzeć tam przed ulewą musimy przejechać każdego dnia po 120 km. Dzięki dwudniowemu odpoczynkowi przy lodowcu odzyskaliśmy trochę energii. Co więcej, wiało nadal w plecy, więc parliśmy dość sprawnie do przodu.

P7181501 (©PLANETADZIKA)

Krajobraz był pagórkowaty, im dalej na wschód tym więcej pokonywaliśmy wzniesień. Momentami droga przypominała szlaczek z zeszytu pierwszoklasisty. Kiedy już wtoczyliśmy się na górkę i liczyliśmy na chwilę ulgi, którą mógłby przynieść z niej zjazd, szybko przekonywaliśmy się, że za chwilę znów musimy wdrapywać się na kolejny pagórek.

P7181534 (©PLANETADZIKA)

Jedyną większą miejscowością, którą mijaliśmy po drodze było Hofn, jednak nie zawitaliśmy w jego progach. Zatrzymaliśmy się jedynie na stacji benzynowej przed wjazdem do osady, by się odświeżyć. Trafiliśmy tam w porze drugiego śniadania i w zamiast płacić za skorzystanie z WC, kupiliśmy jajka ugotowane na twardo, które stały się podstawą naszego posiłku i jednocześnie kulinarnym hitem dnia, gdyż w trasie nieczęsto mogliśmy pozwolić sobie na tego typu rarytasy.

Niedaleko od Hofn czekała nas przeprawa przez jedyny na tej wyprawie tunel. Ciągnął się około kilometra i choć był dobre oświetlony bardzo stresował mnie przejazd przez ten odcinek a głowę zaprzątały mi czarne myśli, których nawet uspokajający głos Bartka nie mógł przegonić. Oczywiście przejechaliśmy tunel bez szwanku, choć droga przezeń wiła się uporczywie pod górę.

P7181493 (©PLANETADZIKA)

U jego wylotu czekała nas mała niespodzianka, którą roboczo można by nazwać „road artem”. Na skale tuż przy szosie, ktoś umieścił duże drewniane krzesło pomalowane jaskrawą czerwoną farbą. Siedzący na nim mógł podziwiać panoramę rozległych łąk w dole doliny. Odsapnęliśmy przy tej niecodziennej formie sztuki, by niedługo potem ruszyć dalej na spotkanie z nowymi pagórkami.

P7181517 (©PLANETADZIKA)

Drugiego dnia od wyjazdu spod lodowca pogoda nieco się popsuła. Wiało mocniej, od strony morza, momentami moczył nas kapuśniaczek. Prognozy zaczęły się sprawdzać, co nas motywowało do dalszego pedałowania, mimo że zmęczenie zaczęło dawać się we znaki. Jechaliśmy małymi fiordami, co oznaczało, że pagórkom nie było końca. Pod koniec bardzo zwolniliśmy, walcząc z obolałym ciałem i wzmagającym się wiatrem. W zamian za wytrwałość i dotrzymanie obranego raz planu otrzymaliśmy nagrodę (może zafundowaną przez same islandzkie elfy?).

P7181569 (©PLANETADZIKA)

Tuż przed metą, czyli kempingiem we wiosce Djúpivogur, odkryliśmy dzikie jacuzzi z gorącą (bardzo) termalną wodą. Jako że jestem urodzonym wodołazem nie zastanawiałam się ani sekundy i w moment wyskoczyłam z ciuchów i już moczyłam obolałe mięśnie w cieplutkim hot-pocie. Bartek był bardziej zachowawczy i nie zdecydował się dołączyć do kąpieli. Potem żałował, a ja śmiało mogę przyznać, że kąpiel w tym jacuzzi była jedną z najwspanialszych chwil całego rajdu. Trudno było mi wyjść z wanny i zmusić się do przejechania ostatnich 4 km (bo tyle brakowało nami do dojazdu do miasteczka Djúpivogur). Innego wyjścia nie miałam, więc szybko ubrałam się i w kilka minut dotarliśmy do naszego celu. Trafiliśmy do kameralnego, bardzo sympatycznego kempingu, gdzie ogrzaliśmy się w ładnie urządzonej świetlicy i zjedliśmy porządny ciepły posiłek. Zapowiadany deszcz się nie zjawiał, jednak postanowiliśmy i tak zostać na noc w miasteczku k(tóre nota bene mogłoby śmiało konkurować o tytuł osady na końcu świata) i zregenerować siły przed czekającym nas najtrudniejszym odcinkiem całej trasy: przeprawą przez górską przełęcz Oxi.

P7191587 (©PLANETADZIKA)
Djúpivogur to rybacka osada położona na fiordach wschodnich.

Islandia dzika, Południe cz 2. Przez lodową krainę

Islandia nie bez powodu nazywana jest krainą lodu, a powodem tym nie jest bynajmniej jej położenie geograficzne i długa sroga zima, choć czynniki te z pewnością potwierdzają trafność nazwy. Przypisanie do Islandii atrybutu lodu wiąże się z lodowcem Vatnajökull, drugim co do wielkości w Europie, a trzecim na świecie. Zajmuje on powierzchnię 8100 km2 i mieści się w obrębie Parku Narodowego Skaftafell, który mieliśmy okazję zwiedzić.

P7161243 (©PLANETADZIKA)

Zanim jednak dotarliśmy pod jęzory lodowca i własnymi zmysłami doświadczyliśmy jego piękna, przejeżdżaliśmy przez dalszą część południowego wybrzeża, silnie naznaczoną niegdysiejszą obecnością lodowca. Po deszczowych dniach w końcu uśmiechnęło się do nas słońce, a wiatr silnie powiał w plecy, dosłownie dodając nam skrzydeł do jazdy. Niedaleko od Vik, które opuściliśmy po nocy spędzonej na kempingu, przy samej drodze można zobaczyć tzw. Miasteczko Elfów. Jest to całkiem spora połać ziemi usiana niezliczoną ilością niewielkich stożkowych konstrukcji z kamieni. Wedle lokalnej tradycji są to domki zamieszkiwane przez islandzkie elfy, te same które prosiliśmy o lepszą pogodę i które najwyraźniej nas posłuchały.

P7150891 (©PLANETADZIKA)

Jadąc dalej na zachód w stronę lodowca zobaczyliśmy olbrzymie, prawie niekończące się tereny pokryte dawno zastygłą lawą, porośniętą grubą warstwą specjalnego gatunku mchu, zwanego porostem islandzkim. Jest to bardzo gęsty i niezwykle miękki mech, który swoją strukturą przypomina wygodny materac. Nie ma w tym stwierdzeniu ani krztyny przesady – islandzki mech jest tak miękki i elastyczny, że gdy tylko wypróbowaliśmy jego właściwości, mieliśmy duże problemy z ponownym wskoczeniem na rowery i kontynuowaniem jazdy.

P7150898 (©PLANETADZIKA)

Zachęciła nas do tego kolejna atrakcja przyrodnicza czekająca niedaleko od naszej drogi. Był to malowniczy kanion rzeki xxx, meandrującej przez wysokie skały. Podziwiać go można zarówno z poziomu rzeki jak i z góry, wspinając się na łagodne zbocze i zyskując dzięki temu podwójną perspektywę.

P7150969 (©PLANETADZIKA)

Gdy nacieszyliśmy się widokami i wróciliśmy z powrotem na „jedynkę” krajobraz ponownie się zmienił. Zniknęły pola lawowe, a ich miejsce zajęły nieużytki i puste, niczym nieporośnięte przestrzenie. Wiatr dął przeraźliwie, na nasze szczęście prosto w plecy, dzięki czemu nie tylko nam nie utrudniał jazdy, a dzięki jego wsparciu szybciej mogliśmy opuścić niegościnne tereny. A dalej czekał na nas już tylko lodowiec. Dotarliśmy do jego stóp wieczorem piątego dnia jazdy, więc na nocleg zatrzymaliśmy się na kempingu na granicy parku Narodowego (więcej na temat kempingów możecie przeczytać w tym poście), a eksplorację terenu zostawiliśmy na następny dzień.

P7161178 (©PLANETADZIKA)

Poznawanie parku Skaftafell rozpoczęliśmy od spaceru do podnóży lodowca, gdzie jego jęzor wpływał do niewielkiego jeziorka, w którym kry pobłyskiwały . Widok tej potężnej masy lodu i kamieni robi wrażenie i powoduje że człowiek czuje się bardzo mały i kruchy.

P7161158 (©PLANETADZIKA)

Po przerwie na obiad postanowiliśmy zobaczyć lodowiec z góry i wspiąć się na pobliskie wzgórza. W drodze na punkt widokowy zawędrowaliśmy jeszcze pod piękny wodospad Svartifoss, który wyglądem przypomina klawisze fortepianu. Dotarłszy do celu nie zawiedliśmy się – z tej strony lodowiec prezentował się jeszcze bardziej okazale. Trudno było oderwać od niego wzrok, a usta otwarte w niemym zdumieniu za nic nie chciały się zamknąć. Napiszę, że widok był oszałamiający, choć słowo do w niewielkim stopniu oddaje piękno natury, jakie tam widzieliśmy.

P7161242 (©PLANETADZIKA)

Zmęczeni całodzienną wędrówką wróciliśmy na pole namiotowe, przed oczyma ciągle mając lodowcowy krajobraz. Z resztą nie pożegnaliśmy się z nim jeszcze na dobre, bo przez cały następny dzień, kiedy znów wsiedliśmy na rowery, by dalej zmierzać na wschód, mieliśmy okazję podziwiać laguny lodowcowe. Były to niewielkie jeziorka utworzone przez lodowiec, po których pływały piękne błękitne kry. Dla turystów zorganizowano tam nawet możliwość przepłynięcia wody łodzią, by w ten sposób odkryć oblicze islandzkiej przyrody. My się nie zdecydowaliśmy na tę opcję, po pierwsze ze względu na wysoką cenę atrakcji, a po drugie wydawała się nam ona za bardzo komercyjna. Za to mieliśmy okazję pospacerować po czarnej plaży sąsiadującej z laguną. Plaża ta czarna jest nie tylko z nazwy. Faktycznie piasek ją tworzący ma grafitową barwę, zachowując przy tym konsystencję i miękkość znanego nam z wakacyjnych kurortów jasnego piasku.

P7171357 (©PLANETADZIKA)

Czarna plaża jest miejscem, w którym większość masowych wycieczek autokarowych kończy bieg i zawraca do Reykjaviku. Za lagunami czekał już mniej przyjazny i uboższy w atrakcje teren, bardziej pagórkowaty i wietrzny. Dla nas jednak był to dopiero początek przygody i z ciekawością wyjechaliśmy poza najbardziej turystyczną część Islandii. Cel niezmiennie mieliśmy jeden: objechać Islandię, więc kierunek też pozostał jeden: na wschód.

P7171399 (©PLANETADZIKA)

Islandia Dzika. Południe cz.1.

Poza Złotym Kręgiem, o którym pisaliśmy ostatnio, jednym z najpopularniejszych regionów Islandii pośród turystów zarówno tych rowerowych jak i samochodowych jest południowe wybrzeże. Ci, którzy nie zdecydują się na wycieczkę po całej wyspie wybierają zwykle właśnie południe za cel swojej podróży. Powodów popularności południa jest co najmniej kilka: bogactwo atrakcji naturalnych, niewielka odległość od Reykjaviku, płaskawy teren i rozwinięta baza turystyczna. Jednak z drugiej strony, na południu pogoda jest bardzo zmienna i znacznie bardziej deszczowa niż w innych regionach Islandii. Przygotować się więc trzeba na zwiedzanie w pelerynce przeciwdeszczowej.

P7130734 (©PLANETADZIKA)

Jedną z ważniejszych atrakcji, oddaloną  kilkadziesiąt kilometrów od Złotego Kręgu jest Wodospad Seljalandsfoss, który podziwiać można z wielu różnych perspektyw, nawet od tyłu, dzięki ścieżce poprowadzonej za strumień spadającej wody. Trzeba jednak pamiętać, by idąc pod wodospad zabrać nieprzemakalne ubranie, bo nawet przy łagodnym wietrze bryza rozpryskuje się na wszystkie strony, więc okrążenie wodospadu może skończyć się całkowitym przemoczeniem ubrania. Seljalandsfoss może nie jest tak okazały jak Gulfoss, jednak jego ciekawe ułożenie i możliwość spojrzenia na spadającą wodę z innej strony przyczyniają się do jego rosnącej popularności.

P7130735 (©PLANETADZIKA)

My do wodospadu dojechaliśmy popołudniu trzeciego dnia wyprawy. Deszcz postanowił dać nam chwilę oddechu i nawet przesuszyliśmy trochę mokre ubrania. Nabraliśmy wiatru w skrzydła, czy może bardziej w koła i bez trudu pokonaliśmy 100 km. Pod koniec dnia zboczyliśmy trochę z głównej drogi, by szutrową, bardzo dziurawą drogą dojechać do niepozornego parkingu pośród wzgórz. Dla niewtajemniczonych osób miejsce to wygląda bardzo osobliwie – po co ktoś miałby organizować parking w środku nigdzie, z dala od turystycznych atrakcji? My jednak doskonale wiedzieliśmy, że to punkt postoju dla osób podróżujących samochodem, z którego prowadzi ścieżka do nieprzewodnikowej atrakcji, lecz już coraz bardziej rozpowszechnionej – dzikiego górskiego basenu.

P7130799 (©PLANETADZIKA)

P7130794 (©PLANETADZIKA)

Pozostawiliśmy na parkingu rowery i krętą górską ścieżką podeszliśmy do ukrytego w dolinie basenu (Link do filmiku). Woda w nim pochodziła z termalnych źródeł, więc jej temperatura niezależnie od pogody i pory roku była bardzo przyjemna dla ciała. Skorzystaliśmy z przebieralni postawionych przy basenie (choć stan w jakim pozostawili je nasi poprzednicy dawał wiele do życzenie i niestety równie wiele mówił o poziomie turystów którzy do niego doprowadzili) i wskoczyliśmy w stroje kąpielowe.  Już po chwili grzaliśmy się w ciepłej wodzie i podziwialiśmy górski krajobraz. Trudno było wyjść z przyjemnej wody, ale zbliżający się zmierzch pomógł nam podjąć decyzję. Wróciliśmy po rowery i przenocowaliśmy nieopodal dolinki z basenem.

P7130804 (©PLANETADZIKA)

Niestety kolejny dzień nie był dla nas tak udany. Deszcz o nas nie zapomina i postanowił towarzyszyć nam znowu trochę. tym razem był jednak znacznie silniejszy niż podczas zwiedzania Złotego Kręgu i dogadał się z wiatrem, który wiał uparcie z boku, spowalniając jazdę i przenikając nasze ciała do szpiku kości. Walczyliśmy jak tylko mogliśmy z islandzką pogodą ale w końcu poddaliśmy się w tej nierównej walce i przejechawszy w ulewie niecałe 40 km zatrzymaliśmy się w Vik, najbliższej nam miejscowości oferującej nocleg pod dachem.

P7140818 (©PLANETADZIKA)

Niestety wszystkie hotele były przepełnione i pozostało nam przeczekanie deszczu na kempingu, który na szczęście posiadał zadaszoną i ogrzewaną świetlicę, gdzie mogliśmy obeschnąć. Z ulgą przyjęliśmy ten nieplanowany postój w Vik, chociaż żałowaliśmy, że z powodu fatalnej pogody nie możemy w najmniejszym stopniu skorzystać z atrakcji, jakie oferują okolice tego miasteczka. W planach mieliśmy zwiedzenie plaży Kirkjufjara z urokliwą latarnią i okazałym łukiem bazaltowym oraz wraku samolotu, który dawno temu rozbił się u południowych wybrzeży Islandii, a dziś jego szkielet stanowi atrakcję dla miłośników alternatywnej turystyki. Niestety żaden z tych planów nie został zrealizowany, a czas spędzony w Vik i Myrdal poświęciliśmy na suszenie ubrań oraz odpoczynek przy lekturze w kempingowej świetlicy. Cały czas nie traciliśmy wiary, że pogoda w końcu zacznie nam sprzyjać. Prognozy na następne dni tylko naszą wiarę umacniały.

P7150838 (©PLANETADZIKA)

Islandia. Wyprawa dzika. Złoty Krąg

Według przewodników i mądrości internetowych, tak zwany Golden Circle (Złoty Krąg)  to najpiękniejszy region na Islandii, obfitujący w największe turystyczne perełki. Nawet jeśli przyjeżdżasz na północną wyspę tylko na chwilę, nie możesz pominąć wycieczki w to miejsce – to tak, jakby pojechać do Paryża i nie zobaczyć wieży Eiffla, albo ominąć Koloseum w Rzymie.

Mimo dobrej reklemy, Według naszych kryteriów Złoty Krąg nie był największą atrakcją wyprawy, choć trudno się nie zgodzić, że odwiedzenie głównych punktów tego regionu wywołuje efekt „wow” i przez kilka minut trudno zamknąć usta z wrażenia.

P7110537 (©PLANETADZIKA)

Popularność Złotego Kręgu wynika przede wszystkim z jego położenia nieopodal Reykjaviku. Wystarczy wyjechać kilkadziesiąt kilometrów za miasto, by móc podziwiać pierwsze cuda natury. Jeśli podróżujemy samochodem, zwiedzenie trzech topowych atrakcji Islandii zamknie się w jednodniowej wycieczce ze stolicy, bez konieczności wstawania bladym świtem. Podróżnikom rowerowym, takim jak my, zwiedzenie Golden Circle zajmie nieco więcej czasu. Dla przykładu, my w tej okolicy spędziliśmy dwa dni. Pierwszy, późno rozpoczęty, ze względu na konieczność zaopatrzenia się w dyskoncie, który z nieznanych nam przyczyn otwierany jest dopiero o godzinie 11.00, upłynął nam na wyjeździe z miasta i dotarciu do pierwszego „must be” Złotego Kręgu, czyli Doliny Ryftowej, otwierającej park narodowy Þingvellir.

Miejsce niesamowite, gdyż znajduje się na styku płyt kontynentalnych euroazjatyckiej i północnoamerykańskiej. Jak można sobie wyobrazić, teren ten wykazuje dużą aktywność sejsmiczną, a krajobraz poprzecinany jest licznymi bruzdami i wąwozami. Największym z nich jest wąwóz Almannagjá, którym można się przespacerować obserwując piękną rzeźbę terenu.

P7110559 (©PLANETADZIKA)

Nieopodal wąwozu znajduje się największe na wyspie jezioro Þingvallavat, prawdziwy raj dla wędkarzy. Mieliśmy okazję podziwiać jego piękną szatę jadąc wzdłuż jego linii brzegowej. Zostawiając je niedaleko za plecami rozbiliśmy się na pierwszy nocleg w trasie. Znaleźliśmy urokliwą polankę nad rzeką, już poza obszarem chronionym i tam spędziliśmy pogodną noc.

P7110533 (©PLANETADZIKA)

Niestety ranek kazał zapomnieć o dobrej pogodzie dnia poprzedniego. Obudził nas rzęsisty deszcz i w jego towarzystwie przyszło nam zaliczać kolejne atrakcje Złotego Kręgu. Całkowicie przemoczeni dojechaliśmy do największego w Islandii gejzeru wodnego Stokkur, otoczonego gorącymi strumykami i innymi, starszymi już nie plującymi gejzerami. Co kilka minut Stokkur wystrzeliwał z siebie 20 metrową fontannę gorącej wody, co robiło niemałe wrażenie i pozwalało na chwilę zapomnieć o fatalnej aurze.

P7120594 (©PLANETADZIKA)

Kiedy już raz zobaczy się wybuchający gejzer, nie bardzo chce się wracać i ruszać w dalszą drogę. Mimo zimna, wiatru i siekącego deszczu staliśmy jak kamienne posągi czekając na kolejne wybuchy. Dopiero po długich minutach gapienia się w gejzer, pozwoliliśmy wygrać rozsądkowi i wsiedliśmy na rowery.

P7120601 (©PLANETADZIKA)

Nasz niedosyt piękna islandzkiej przyrody został bardzo szybko zaspokojony, gdyż po godzinie pedałowania (niestety głównie pod górę) dotarliśmy pod kolejny hit Złotego Kręgu, wodospad Gulfoss. Nie będzie zaskoczeniem, jeśli sprecyzuję, że po islandzku jego nazwę tłumaczy się jako Złoty Wodospad, wszak skoro krąg jest złoty to i wodospad musi być niczego sobie.

P7120615 (©PLANETADZIKA)

 I był. Składający się z dwóch, prostopadle do siebie położonych kaskad, przełamywał rzekę Hvitę i ściągał do siebie rzesze turystów. Dzięki wytyczonym ścieżkom zobaczyć można go było z różnych perspektyw, podchodząc pod kaskadę, bądź wdrapując się na wyższe kondygnacje i patrząc na ten cud natury z góry.

Gdyby nie nieustępliwy deszcz pewnie zostalibyśmy przy Godafoss dłużej, jednak warunki tego dnia dyktowała pogoda, która kazała nam ponownie zbierać się, pozostawiający tylko cień nadziei, iż  dzięki temu uciekniemy w końcu przed chmurą.

P7120644 (©PLANETADZIKA)

Nasze nadzieje jednak nie zostały spełnione, przynajmniej nie tego dnia. Trochę zmartwieni postanowiliśmy zwrócić się o wsparcie do islandzkich Elfów, które wedle podań mieszkańców zamieszkują dzikie ostępy wysypy i wpływają na losy odwiedzających ich krainę. Nie są bogami, nie są też ludźmi; to tajemnicze istoty, które trudno spotkać osobiście, w które trzeba po prostu uwierzyć. Jeśli chce się zyskać ich przychylność warto zbudować im mały domek z kamieni. Trud to żaden, a przecież lepiej mieć po swojej stronie tak potężne istoty. Zwłaszcza jeśli jest się przemoczonym cyklistą, którego czeka kolejne 20 dni przygody. Tak więc każdy z nas zbudował swój domek dla Elfów i wyjechaliśmy ze Złotego Kręgu, ciągnąc za sobą deszczowe chmury. Nastroje mieliśmy jednak nie najgorsze, podsycane świeżym wspomnieniem odwiedzonych atrakcji. A to był dopiero  początek przygody.

P7120640 (©PLANETADZIKA)

 

Wygraliśmy rower!

Dziś mały przerywnik naszej islandzkiej opowieści, gdyż musimy pochwalić się rowerowym newsem.

Otóż w wakacje wzięliśmy udział w konkursie organizowanym przez Grolsch w różnych pubach w całym kraju, które współpracują z marką. Akurat tak się złożyło, że nasza ulubiona knajpka Zielono mi, również organizowała ten konkurs u siebie. Skusiła nas główna nagroda i ciekawe zadanie konkursowe, nie wymagające walczenia o tysiąc polubień na facebooku, co teraz jest nadzwyczaj modne.

Nagrodą, jak domyślać się możecie był elegancki rower miejski. Zadanie polegało na udzieleniu odpowiedzi na pytanie: Gdzie zamierzasz wybrać się twoim nowym rowerem Grlosh?
Wymyśliliśmy rymowankę, która podbiła serca komisji i tak oto, staliśmy się właścicielami nowego roweru, który, jak sami możecie zobaczyć, prezentuje się rewelacyjnie.

20171001_143954 (©PLANETADZIKA)

A nasza odpowiedź brzmiała następująco:

Na zielony rower wsiadam, bo pogoda nienajgorsza.
Biorę z sobą dziewczynę, koc i zgrzewkę Grolsha.
Beztrosko pędzimy za miasto, pod Pieskową Skałę.
Gdzie na pikniku spędzimy popołudnie całe!

Dziękujemy marce Grolsh za super konkurs i Zielono Mi za nagrodzenie naszego pomysłu.

***

Przy okazji zapraszamy wszystkich z Krakowa do odwiedzenia knajpki na Salwatorze, Zielono Mi. Z pewnością pokochacie to miejsce. A jak spróbujecie fibzdrygałki, to na pewno zostaniecie stałymi klientami. Pytacie, czym jest to danie? A no, sami sprawdźcie!

20171001_152446 (©PLANETADZIKA)

Prawdy i mity na temat Islandii

Stereotypy, choć nie bardzo je lubimy, jeśli dotyczą nas samych, są częścią naszej kultury i odzwierciedlają sposób patrzenia na świat danej grupy społecznej. Podobno w każdym z tych uproszczonych poglądów kryje się ziarnko prawdy, choć oczywiście nie powinniśmy brać do siebie prawideł z nich płynących. Niestety często takie szablonowe postrzeganie innych osób czy nacji jest silniejsze od nas samych i ulegamy mu łatwo, a może nawet bezwiednie. Zdarza się, że jedziemy w podróż do obcego kraju wyłącznie z taką stereotypową wiedzą i często dopiero na miejscu przekonujemy się, jak mylne było nasze myślenie.

My, ruszając na Islandię, mieliśmy głowy pełne różnych pobieżnych opinii i stwierdzeń zasłyszanych od innych, czy wyłapanych w mediach. Część z nich okazała się zaskakująco prawdziwa, ale większość można między bajki włożyć. Chcecie wiedzieć co? Zapraszamy do lektury naszego zestawienia faktów i mitów na temat Islandii.

P8012809 (©PLANETADZIKA)

  1. Na Islandii nawet w lecie jest ciągle zimno i pada. – MIT

Osobiście uwielbiam stereotypy dotyczące pogody. Większość moich zagranicznych znajomych jest przekonana, że w Polsce od listopada do kwietnia żyjemy zasypani śniegiem a mrozy sięgają 30 stopni poniżej zera… Poglądy na temat islandzkiej pogody są podobne. Oczywiście, klimat wyspy wysuniętej tak daleko na północ, nie może być porównywany do greckiej czy hiszpańskiej sielanki, ale z drugiej strony krótka obserwacja wykresów klimatycznych i prądów morskich przepływających przy Islandii pozwala stwierdzić, że latem nie musimy tam nosić puchowej kurtki i dwóch swetrów pod spodem. Islandzkie lato jest bardzo krótkie i rześkie (temperatury oscylują około 15oC, i co ważne, dobowe amplitudy temperatury są niewielkie). Deszcz pada dość często, to prawda, ale zdarzają się nawet tygodnie bez opadów, zwłaszcza na północy kraju. My mieliśmy dużo szczęścia i trafiliśmy na tydzień bez kropli deszczu, z temperaturą przekraczającą 25oC. Brzmi dobrze? My nie narzekamy, choć oczywiście nie ma co generalizować i pewnie są i tacy, którzy doświadczyli najgorszej strony islandzkiego klimatu podczas swoich podróży.

P7232021 (©PLANETADZIKA)
Bywa, że na Islandii jest bezchmurnie i gorąco.
  1. Islandia to prawie że bezludna wyspa, sklepy oddalone są od siebie co najmniej o 150 km. – MIT, ale…

Wprawdzie populacja Islandii jest mniejsza niż liczba mieszkańców Lublina, kraj ten zalicza się do jednych z najlepiej rozwiniętych na świecie. W naszym rozumieniu miasta, Islandia posiada tylko dwa, Reyjkjavik i Akureyri, jednak w każdej mieścinie, liczącej nawet kilkudziesięciu bywalców znajduje się sklep wyposażony w żywność wszelakiego rodzaju, środki higieniczne a często i sprzęt kempingowy. Jeśli nie ma sklepu, jest stacja benzynowa, często z barem i toaletami. Na naszej trasie dookoła wyspy zanotowaliśmy najdłuższy odcinek bez żadnego sklepu wynoszący 150 km. W rowerowym postrzeganiu odległości to dwa dni jazdy. Taki czas da się chyba przetrwać, bez dodatkowych zakupów? Problem zaczyna się dopiero, gdy chcemy zwiedzić interior. Tam ludzie nie mieszkają, a co za tym idzie, infrastruktura turystyczna jest bardzo okrojona. Jeśli planujecie wyprawę w głąb wyspy (co wymaga a) doświadczenia, b) długich przygotowań) musicie zabrać ze sobą zapasy na 4-5 dni.

P7130696 (©PLANETADZIKA)
Nawet mniejsze miejscowości w Islandii są dobrze zaopatrzone.
  1. Na Islandii można doświadczyć dzikiego piękna natury. – PRAWDA, ale…

Islandia oferuje podróżnikom dzikie piękno natury, nieskażone przez człowieka, zapierające czasem dech w piersiach, lecz niestety ze względu na rosnącą popularność wśród turystów z całego światach, niektóre miejsca stały się masowymi atrakcjami, zalewanymi w sezonie przez, często bezmyślnych wycieczkowiczów. Czasem, żeby poczuć dzikość wyspy trzeba zboczyć ze szlaku lub poczekać aż wszystkie autobusy z grupami odjadą do hoteli. Podróż rowerem i noclegi w namiocie zdecydowanie ułatwiają doświadczenie w 100% dzikości Islandii.

P7120621 (©PLANETADZIKA)
Niektóre atrakcje naturalne Islandii bywają bardzo zatłoczone. Nawet w taką pogodę.
  1. Na Islandii zakup alkoholu graniczy z cudem. To prawie prohibicja. – MIT

Nie będziemy ukrywać, że na Islandii alkohol nie jest aż tak szeroko dostępny jak w Polsce. Na każdym rogu nie znajdziecie monopolowego z szeroką gamą piw i mocniejszych trunków. Żeby kupić piwo mocniejsze niż  2% trzeba udać się do specjalnego sklepu mającego licencję na sprzedaż alkoholu, który zwie się Vinbudin. Jednak sklepy te są dość powszechne w nawet niewielkich miejscowościach i czynne są zwykle od 10.00 do 19.00. Oferują wszelkie możliwe alkohole, od piw, przez wina, po wódki i inne wymyślne trunki z całego świata. O cenę nie pytajcie, bo boli mnie portfel, jak tylko pomyślę, ile zapłaciłam żeby napić się normalnego (czyli  5%) piwa. Za to jeśli jesteście amatorami tzw. sikaczy, to w każdym markecie dostaniecie 2%, za to mocno chmielone piwka. Na orzeźwienie po ciężkim dniu spędzonym na rowerze wprost idealne.

IMG_20170723_182556_568 (©PLANETADZIKA)
Bywają momenty, kiedy dobre piwo jest na wagę złota.
  1. Islandia jest wściekle droga. – PRAWDA

To nie niespodzianka, że kraje nordyckie do tanich nie należą, jednak Islandia bije wszelkie rekordy pod względem drożyzny. Nawet w dyskoncie za zwykłe zakupy żywnościowe zapłacicie tak jak w Polsce za luksusowe towary w najlepszych delikatesach, z tą różnicą, że tam za tę samą cenę dostaniecie kiepskiej jakości półprodukty.

Przykładowe ceny: (stan na rok 2017, kurs: 100 koron = 3,60 zł)

  • chleb (paczkowany, a la tostowy) – 350 koron
  • świeże pieczywo z piekarni (chleb + dwie bułki) – 885 koron 😮
  • benzyna (1l) – 190 koron
  • lody z budki, rożek – 450 koron
  • coca cola puszka – 240 koron
  • banany 1 kg – 100 koron

Boli, prawda?

P7130811 (©PLANETADZIKA)
To były chyba najdroższe kanapki w naszym życiu (a robione własnoręcznie)….
  1. Najtańszy sklep na Islandii to Bonus. Tylko tam należy robić zakupy. – MIT

Jeśli już mowa o cenach i zakupach, warto zatrzymać się na chwilę na temacie względnie tanich marketów. W Internecie krąży opinia, że jak zakupy na Islandii to wyłącznie w Bonusie (https://www.bonus.is/). Owszem, sklep należy do najtańszych w kraju i uważany jest za dyskont, jednak nie wszystkie produkty są w nim aż tak oszałamiająco tanie. Porównaliśmy je z cenami z konkurencyjnym Kronanem i niektóre produkty okazały się być tańsze w tym drugim. Co więcej, nawet w mniejszych sklepach sieci XXX, ceny nie są dużo wyższe niż w popularnym Bonusie, a zdarzają się promocje i można dostać towar po cenie dyskontowej (oczywiście w islandzkim rozumieniu tego słowa). Tak jak i u nas, nie tylko Biedronka jest tania.

P7110474 (©PLANETADZIKA)
Najpopularniejszy market w Islandii, czyli Bonus

  1. Język islandzki jest bardzo trudny i brzmi jak język orków. – PRAWDA

Nie byłbym aż tak brutalna, porównując islandzki to mowy złych stworów, jednak prawdą jest, że islandzki to jeden z trudniejszych języków na świecie. Świadczy o tym choćby skomplikowana fonetyka, obecność aż 5 dyftongów, obecność wielu form z języków starogermańskich i wreszcie, a może przede wszystkim fleksyjność, czyli odmiana rzeczownika przez przypadki (tak, my też to w polskim mamy).

P7312725 (©PLANETADZIKA)
Nie wiem, czy aż tak łatwe….