Rajd wschodni. Dzień 8. Meta, czyli informacje praktyczne o Suwałkach

Po weekendzie spędzonym w Rajgrodzie, który nie tylko w nazwie ma coś rajskiego, w poniedziałek wczesnym rankiem ruszyliśmy w ostatni, naprawdę krótki etap wyprawy. Czekało nas około 60 km drogi do Suwałk, gdzie popołudniu mieliśmy wsiąść w pociąg do Krakowa. Wypoczęci, czyści i pełni pozytywnej energii wskoczyliśmy na rowery i z łezką w oku pożegnaliśmy dom i ogród Oli, gdzie spędziliśmy jeden z lepszych weekendów tych wakacji. Niestety pogoda nie była nam znowu przychylna i połowę zaplanowanego dystansu przebyliśmy w deszczu, raz to mżącym od niechcenia, raz siekącym bezlitośnie. Zbliżająca się meta dodawała nam jednak sił i nie poddaliśmy się ponurym myślom.

© PLANETA DZIKA_DSCI1948 (Copy)
Nie tylko we Wrocławiu mieszkają krasnale 😉

Już koło południa byliśmy w Suwałkach. Miasto to znane jest głównie z najniższych temperatur w Polsce. Faktycznie, koniec lipca, południe, a bez bluzy się nie obeszło… Mieliśmy w planie zwiedzenie domu Marii Konopnickiej, ale niestety, jak większość polskich muzeów, w poniedziałki i on był nieczynny. Mówi się trudno. W zamian postanowiliśmy odnaleźć  cmentarz siedmiu wyznań, którym miasto Suwałki chełpi się w każdym przewodniku i broszurze. Nie da się ukryć, że kiedy przeczytaliśmy o takim wyjątkowym zabytku, oczy nam się zapaliły. „To przecież musi być unikat na skalę światową – tygiel siedmiu kultur?!” – pomyśleliśmy oczarowani własną wizją, tego co proponuje przewodnik i pędem ruszyliśmy odnaleźć to miejsce. Niestety tak jak szybko zapaliliśmy się do zwiedzania cmentarza tak też szybko się nim rozczarowaliśmy. Cmentarz okazał się w 90 procentach współczesnym miejskim cmentarzem katolickim. Tylko jego stara część, oddzielona grubym murem nawiązywała jakoś do informacji z przewodnika. Faktycznie odnaleźliśmy tam nagrobki protestanckie i ewangelickie i prawdopodobnie jakiś muzułmański (ale był w tak złym stanie, że mógłby nawet reprezentować kulturę Azteków….), jednak o żydowskich macewach czy pomnikach innych niż ewangelicki odłamów chrześcijaństwa mowy nie było. Za to, to co rzucało się w oczy, to opłakany stan tej części cmentarza, pozarastane nagrobki, zachwaszczona ścieżka, atmosfera wyjęta niczym z tanich filmów grozy. Zażenowani podejściem miasta do zabytku dość szybko opuściliśmy teren cmentarza.

© PLANETA DZIKA_DSCI1950 (Copy)
Smutny aniołek na jeszcze smutniejszym cmentarzu w Suwałkach

Korzystając z wolnej chwili chcieliśmy zjeść obiad. Było to przedsięwzięcie dość skomplikowane w Suwałkach, ponieważ szukaliśmy czegoś bez mięsa (tak, ryba to też mięso, jak trzeba było tłumaczyć wszystkim kelnerom). Obeszliśmy większość lokalów gastronomicznych w obrębie Rynku i wszędzie jedynym niemięsnym daniem była sałatka. Nawet zupy nie można dostać było bez mięsnej wkładki. A pierogi, makaron z sosem, placki ziemniaczane? – zapytacie. O nieee…- odpowiem – Nie w Suwałkach.
Ostatecznie po kuchnioznawczej wyciecze wybraliśmy pizzerię (z nutką żalu, że od tego nie zaczęliśmy). Na szczęście można było tam dostać pizzę bez szynki, kiełbasy, boczku czy kopyt….
Po tej przygodzie, ostatecznie szczęśliwie zakończonej pojechaliśmy już na dworzec, gdzie wsiedliśmy w pociąg, wcześniej upamiętniając koniec trasy serią zdjęć. Zaczęło się na dworcu, na dworcu się skończyło, można powiedzieć.

© PLANETA DZIKA_DSCI1954 (Copy)
Koniec trasy….

Tym razem, w odróżnieniu od trasy do Jarosławia, trafiliśmy na pociąg rowerowy. Tak, ten pomalowany na brązowo, który jeździł dzielnie w czasach PRL-u. Ostatnio wrócił najwyraźniej do łask, bo właśnie z wagonu rowerowego mieliśmy szansę korzystać. Mimo iż pojazd ten pamiętał niewątpliwie czasy Gierka był dla nas najwygodniejszą opcją ze wszystkich, z których korzystaliśmy do tej pory.  Osobne pomieszczenie na rowery  (mieszczące jak nic aż 20 dwukołowców) i przedziały z szybką umożliwiającą obserwowanie, co dzieje się w „rowerowni”. Z resztą zobaczcie sami na zdjęciu poniżej.

© PLANETA DZIKA_DSCI1959 (Copy)

Droga do domu minęła nam dość szybko. Pociąg był pełen, ale jechaliśmy komfortowo nie musząc martwić się, czy nasze rowery nie wypadły jeszcze z wagonu. Przy okazji, Dzik został gwiazdą przedziału i przypadł bardzo do gustu współpasażerom. O 23 dotarliśmy do Krakowa zmęczeni, ale dumni z siebie i szczęśliwi, że poszło nam tak dobrze. po raz ostatni zapakowaliśmy sakwy na rower i pokonaliśmy ostatnie na tej wyprawie 5 kilometrów dzielące nas od dwora do domu. Tym samym zakończyliśmy nasz Rajd Wschodni. Jego krótkie podsumowanie znajdziecie w następnym poście już niebawem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s