Rajd wschodni. Dzień 6. W strugach deszczu przez Podlasie

Korzystając z wygód kempingu pozwoliliśmy sobie na dłuższy poranek i dopiero po godzinie 8 ruszyliśmy w dalszą drogę. Dzień zaczęliśmy od odwiedzenia rezerwatu pokazowego żubrów. Osobiście nie jestem fanką zoo i trzymania zwierząt w niewoli ku uciesze gawiedzi, jednak ten rezerwat mile mnie zaskoczył. Już przy wejściu w oczy rzucały się rozmiary wybiegów dla zwierząt, które przewyższały nawet te w najnowocześniejszych ogrodach. O klatkach nie było mowy i zwierzaki miały naprawdę dużo swobody. Kolejnym plusem rezerwatu była jego wąska specjalizacja hodowli – oglądać mogliśmy tylko rodzime zwierzęta zamieszkujące polskie lasy. Żadnych lwów cierpiących w zimie na chroniczne przeziębienie, czy z drugiej strony niedźwiedzi polarnych, smażących się w lipcowym słońcu.

© PLANETA DZIKA_DSCI1824 (Copy)
Królowie białowieskich lasów

Możliwość zobaczenia z bliska mieszkańców naszych lasów była dla nas niezłą atrakcją. I choć obydwoje mieliśmy okazję zobaczyć wcześniej dzika (naszego towarzysza podróży pomijam w tej klasyfikacji ;)) lub sarnę, tak z łosiem, czy żbikiem zetknęliśmy się po raz pierwszy. Nasz Dzik za to bardzo cieszył się ze spotkania ze swoimi rodakami. Zaskoczyły go ich rozmiary – pewnie myślał, że wszystkie są tak niepozorne jak on sam.

© PLANETA DZIKA_DSCI1812 (Copy)
Dzik Bernard spotkał swoich krewniaków!

Żal nam było opuszczać rezerwat, ale czas nie pozwalał nam negocjować. Ruszyliśmy dalej białowieskimi lasami w stronę Białegostoku. Robiło się parno i już pod skórą czuliśmy, że i dziś deszcz nas nie ominie. Nie zaprzątaliśmy sobie jednak głowy czarnymi myślami, ponieważ zaraz jak wyjechaliśmy z lasu trafiliśmy na Szlak Otwartych Okiennic, pięknie wijący się przez podlaską miejscowość Trześciankę.

© PLANETA DZIKA_DSCI1851 (Copy)

Wczesnym popołudniem z asfaltowej drogi zjechaliśmy w polne drożyny skracając sobie trochę trasę. Widząc na horyzoncie nadciągające czarne chmury postanowiliśmy zrobić przerwę na popas, choć w okolicy nie było żadnych piknikowych miejsc.  Czułam jednak, że przy starciu z coraz szybciej zbliżającą się burzą nie będzie okazji na żaden posiłek. Niedługo później moje przeczucie okazało się być do bólu trafione. Rozsiedliśmy się więc na miedzy, wyciągnęliśmy palnik i menażki i ugotowaliśmy makaron z pomidorowym sosem. Po krótkiej przerwie z pełnymi brzuchami ruszyliśmy na spotkanie z żywiołem. Nie minęło więcej niż pół godziny a zaczęło kropić. Po 5 minutach mżawka przeistoczyła się w silny deszcz, który po następnych 2 minutach zamienił się w dziką ulewę urozmaiconą silnym wiatrem i efektami dźwiękowymi w postaci grzmotów. Droga, na szczęście tym razem asfaltowa momentalnie zamieniła się w rzekę. Deszcz ciął tak, że dalsza jazda była fizycznie niemożliwa. Znajdowaliśmy się w mikroskopijnej wiosce o nazwie Hermanówka. Rozpaczliwie rozglądaliśmy się za wiatą autobusową lub jakimkolwiek zadaszeniem pod którym moglibyśmy przeczekać oberwanie chmury, ale jak na złość nic nie znaleźliśmy. Tymczasem deszcz (o ile to możliwe) jeszcze bardziej się nasilił, przypominał teraz coś w rodzaju białego szkwału. Przemoczeni (choć od rozpoczęcia ulewy minęło może 10 minut) stanęliśmy pod drzewem w nadziei, że listowie da nam jakąkolwiek ochronę. Jednak w momencie kiedy wiatr zaczął łamać gałęzie stwierdziliśmy, że musimy szukać schronienia u miejscowych. Weszliśmy na pierwsze podwórko i zapukaliśmy do drzwi. Dom posiadał zadaszony ganek, więc przynajmniej przestało na nas padać. Niestety nikt nie otwierał, widać było, że mieszkańcy wyjechali. Nie zamierzaliśmy bynajmniej z tego powodu rezygnować z naszego nowego schronienia. Liczyliśmy, że mimo wszystko burza wkrótce ustanie, ale nie doczekaliśmy się tego przed przyjazdem mieszkańców.

Właściciel posiadłości, na którą wtargnęliśmy okazał się bardzo miłym ciągle jeszcze młodym człowiekiem, który widząc jak żałośnie sterczymy na jego ganku, zaprosił nas do środka i poczęstował herbatą. Ten drobny gest wiele dla nas znaczył: pozwolił wyschnąć nam i ogrzać się trochę. Zresztą deszcz nie chciał wcale ustąpić i minęła bita godzina zanim zdecydowaliśmy się ruszyć w dalszą drogę. Ciągle padało, ale burza przeszła. Podziękowaliśmy miłemu panu (niestety jego imienia nie poznaliśmy) za pomoc i pojechaliśmy dalej.

© PLANETA DZIKA_DSCI1854 (Copy)
Deszcz negatywnie wpływa na nastroje….

Deszcz spowolnił nasze tempo, trochę też pokręciliśmy drogę, ale wieczorem niedługo przed zachodem słońca, kiedy ostatecznie przestało padać byliśmy już na właściwym szlaku. Niestety godzinna przerwa wymuszona ulewą i dość późny start spowodowały, że zachód słońca zastał nas… no cóż… w polu. Niewiele brakowało nam do zrealizowania planu, ale nie chcieliśmy ryzykować jazdy, a tym bardziej rozbijania się nocą. Zatrzymaliśmy się więc na jednym z pastwisk i opędzając się od komarów rozbiliśmy namiot. Byliśmy w środku nigdzie, do najbliższej asfaltowej drogi dzieliło nas kilkanaście kilometrów, nie mówiąc już o większej wsi. Na szczęście burza oszczędziła nasze sakwy i ich zawartość pozostała względnie sucha. Jedynie wór ze śpiworami trochę ucierpiał i musieliśmy pogodzić się, że nasze „łóżka” będą mokre. Nie było to jednak dla nas wielkim zmartwieniem. Bardziej cieszyliśmy się, że mamy suche ciuchy na zmianę i świeże kanapki na kolację. Kończący się dzień zmęczył nas bardzo, ale nie zgasił w nas zapału i pozytywnej energii. Jutro mieliśmy dojechać do Rajgrodu i spotkać się z przyjaciółmi.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s