Rajd wschodni – dzień 1. Przez wioski upstrzone cerkwiami i las, w którym łatwo zabłądzić

Budzik bezwzględnie przerywa nocną ciszę o 4h30. Otwieram jedno oko – ciemno. Zaspany mózg każe niezwłocznie ponownie zapaść w sen, tłumacząc, że nawet słońce jeszcze nie wstało. Na szczęście kolejna myśl przypomina o właśnie rozpoczynającej się  podróży, co powoduje, że  problem z szybkim pożegnaniem się z łóżkiem znika szybciej niż powstał.

Bez pośpiechu, ale sprawnie zbieramy bagaże i montujemy dobytek na rowerach. Nasz Dzik wygodnie siedzi na małej sakwie, ciekawy czekającej go przygody. Spokojnie przemierzamy śpiące jeszcze miasto kierując się na dworzec. Na stacji jesteśmy sporo przed czasem, co pozwala nam przygotować rowery do podróży pociągiem. Niestety podobnie jak w ubiegłym roku, oferta PKP dotycząca przewozu rowerów jest bardzo okrojona. Do Przemyśla w ciągu całego dnia jadą dwa pociągi z miejscami dla rowerów. Oczywiście nasz do takich nie należy, a że nie możemy sobie pozwolić na późny wyjazd, postanawiamy obejść system i przewieść nasze dwukołowce jako dodatkowy bagaż, co zgodnie z regulaminem PKP jest całkiem możliwe.

Pociąg przyjeżdża punktualnie. Tłoku nie ma, szybko pakujemy cały szpej, jednak z braku miejsca rowery zostają umiejscowione w przedsionku, zastawiając wejście do WC. Mamy nadzieję, że obejdzie się bez dyskusji z pasażerami na ten temat.

DSCI1606 (©PLANETADZIKA)
Dworzec w Jarosławiu. Rowery, dzik i my gotowi do startu!

Rzeczywiście podróż przebiega spokojnie. Nikt ani nie pyta, ani nie czepia się o nasze rowery. po 3 godzinach jazdy wysiadamy w Jarosławiu. Rajd właśnie się rozpoczął!

Pełni pozytywnej energii, z szerokim uśmiechem na twarzy ruszamy spod stacji. Przygoda czeka, wschodnia granica nasza, pięknie….. a tu TRACH! Po przejechaniu 50 metrów  rower Bartka odmawia współpracy. Nie wiedzieć czemu, łańcuch wskoczył pomiędzy szprychy a wolnobieg, co oczywiście wyklucza dalszą jazdę.

Usterka nie jest jednak poważna. Po kilkunastu minutach walki z upartym łańcuchem, tamten odpuścił i wskoczył z powrotem na swoje miejsce. Możemy ruszać. Tym razem bez wzniosłych myśli, szybko pomykamy powiatową 865 w kierunku Lubaczowa. Wczesnym popołudniem zatrzymujemy  się w lesie na obiad. W towarzystwie Dzika przyrządzamy pyszną zupę pomidorową, która wzmocniła nas przed dalszą podróżą. Z drogi powiatowej odbijamy na mniejsze lokalne dróżki pociągnięte między trochę zapomnianymi już wioskami. Współczesna zabudowa miesza się z oryginalnymi drewnianymi domami, co rusz natykamy się też na jakąś drewnianą cerkiew. Ludzi praktycznie nie ma, a jednostki spotkane gdzieś w przydrożnym sklepiku są dla nas wyjątkowo miłe i uśmiechem żegnają nas, rzucając ciepłe pozdrowienia.

DSCI1611 (©PLANETADZIKA)
Dzik chętnie towarzyszy nam przy obiedzie 🙂

W takiej atmosferze docieramy do Radruża, malutkiej wioski z wspaniałą unikatową drewnianą cerkwią. Urzekła nas jej architektura i bardzo dobrze zachowana konstrukcja. Duże wrażenie zrobiła na nas też dzwonnica, na którą można było się wspiąć od środka. Obok cerkwi znajduje się też stary cmentarz prawosławny z niesamowitą atmosferą rodem z powieści gotyckiej. Położenie zabytku, z dala od gospodarstw i innych budynków również wpływa na magiczną aurę tego miejsca.

© PLANETA DZIKA_DSCI1636 (Copy)

Oczarowani pięknem radrużańskiej cerkwi ruszamy w dalszą drogę, która z wiejskiej dróżki przemieniła się w leśną ścieżkę. Cień drzew pozwala nam trochę odetchnąć od popołudniowego skwaru, ale jednocześnie zachęca komary do częstowania się naszą krwią. Na domiar złego, leśne drogi nie są zbyt dobrze oddane na naszej mapie co doprowadza nas do pomylenia trasy. Las już nie wydaje się tak przyjaznym miejscem. Po uruchomieniu GPSa (który dość leniwie odpowiadał na nasze żądania) odnajdujemy właściwa ścieżkę i wyjeżdżamy na główny trakt. Zbliża się wieczór. Na liczniku wyświetla się  przejechany dziś dystans, 90km. Jesteśmy na granicy województwa podkarpackiego i lubelskiego. Stwierdzamy, że na dziś starczy i że rozbijemy się na noc w lesie. Akurat przejeżdżamy obok ładnej polanki ukrytej za sosnami, oddzielającej las od uprawy owsa. Spodobała nam się więc tam zatrzymujemy się na nocleg. Ostatnią rzeczą, której spodziewaliśmy się tego dnia był kombajn, który przyjeżdża  na sąsiednie pole tuż przed zachodem słońca. Trochę zdziwieni, trochę wystraszeni mamy nadzieję, że nie zostaniemy przegonieni z naszej wymarzonej łączki. Na szczęście panowie rolnicy nie biorą nas za intruzów – tylko wykonują swoją robotę, po czym zostawiają nas w wieczornej ciszy, przerywanej czasami pobekiwaniem saren.

© PLANETA DZIKA_DSCI1624 (Copy)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s