Świnoujście-Gdańsk, 5 dni brzegiem Bałtyku cz. 2

Dzień 3. 24 lipca Darłowo – Ustka – Rowy – Kluki – Gać

Na ten dzień przypadło nam  zwiedzenie Słowińskiego Parku Narodowego, na co początkowo bardzo się cieszyliśmy. Wstaliśmy wcześnie i  migiem przejechaliśmy przez Ustkę. Kiedy pierwszy zapał minął, poszliśmy po rozum do głowy.  Po przygodach na plaży z dnia ubiegłego, stanowczo zdecydowaliśmy się kosztem niesamowitych widoków ominąć Słowińskie wydmy. Przyczepka nie przetrwałaby kolejnej przeprawy przez piach. Za to przejechaliśmy się leśną częścią parku, pełną jezior i zalewisk. Wyjechawszy z terenów objętych ochroną snuliśmy się przez nadmorskie wioski aż ponownie zetknęliśmy się z Słownińskim Parkiem, tym razem z jego południową stroną. Wjechaliśmy na żółty szlak, który miał nas doprowadzić do Łeby. Niestety szybko przekonaliśmy się, że wiedzie on przez bagna, a droga pomiędzy mokradłami nie jest w żaden sposób utwardzona. nieliczne kładki były tak zarośnięte trzciną i chwastami że przejazd rowerem był praktycznie niemożliwy. Musieliśmy więc pchać nasz dobytek, co znacznie wydłużyło nas czas przejazdu. Zaczęło się ściemniać, a nas ogarniać zaczął niepokój. Niegościnny szlak robił się coraz bardziej zarośnięty, otaczające nas bagna wykluczały obranie jakiegokolwiek skrótu. Napięcie rosło, tak jak liczba ukąszeń komarów i draśnięć od ostrych łodyg. W końcu, po ponad godzinnej włóczędze przez bagna wydostaliśmy się na asfalt, który w tamtej chwili wydał nam się błogosławieństwem i największym  cudem techniki. Przejechaliśmy jeszcze kilka kilometrów przez zapomnianą przez świat wioseczkę, miejsce w którym nawet w południe diabeł mówi „dobranoc”. Zachwyceni dzikością tego miejsca, jednak  wyczerpani minionymi przygodami rozbiliśmy się pośpiesznie tuż za granicą wioski przy leśnej drożynie. Noc przespaliśmy budzeni co chwila przeraźliwymi krzykami wodnego ptactwa. Pocieszała nas myśl, że meta jest już na wyciągnięcie ręki.

planeta-dzika_dsci0113-copy
Słowiński Park Narodowy

Dzień 4. 25 lipca Gać – Dębki- Jastrzębia Góra – Władysławowo – Jastarnia

Do tej pory nie udało nam się nadrobić utraconych pierwszego dna kilometrów, więc chcąc dotrzeć jeszcze dziś na Hel zdecydowaliśmy się ominąć Łebę. Bez większych przygód, choć w siąpiącym cały ranek deszczu dotarliśmy do Jastrzębiej Góry, gdzie znajduje się najbardziej wysunięty na północ punkt Polski. Pogoda nie dopisywała więc udaliśmy się dalej, do Władysławowa, gdzie zjedliśmy obiad. Portowo-jarmarkowy klimat tego miasta nie przypadł nam do gustu. Zmoczone deszczem,  przeładowane turystami i śmierdzące rybą Władysławowo wypadło w naszych oczach najgorzej ze wszystkich mijanych miejscowości. Na szczęście tam zaczynała się Mierzeja Helska, którą pomknęliśmy, zmęczeni, ale zachwyceni jej ukształtowaniem. Choć mieliśmy trochę czasu w zapasie postanowiliśmy zostać na noc na kempingu za Jastarnią. Baliśmy się, że w Helu trudniej będzie o tani nocleg, a leśny klimat Jastarni i atrakcje w postaci fortyfikacji z czasów II wojny zachęciły nas do zostania dłużej w tej okolicy. Wieczór spędziliśmy na zwiedzaniu bunkrów i słuchaniu dźwięku fal roztrzaskujących się o brzeg.

planeta-dzika_dsci0128-copy
Linia s

Dzień 5. 26 lipca Jastarnia – Hel – Gdańsk

Rano bez pośpiechu zebraliśmy się i dojechaliśmy na Hel. Droga trochę nam się dłużyła –  4 dni pedałowania po 100 km dawało się we znaki. W miejscowości zwiedziliśmy fokarium, objechaliśmy cypel i tym samym doczekaliśmy się promu, który zawiózł nas prosto do Gdańska. Spędziliśmy tam dwa dni, zwiedzając co ciekawsze atrakcje i reperując siły.
Do Krakowa wróciliśmy Pendolino, tym razem rowery przewożąc w przeznaczonym do tego miejscu. 🙂

planeta-dzika_dsci0133-copy
jeszcze 8 km

Rajd pomorski, w ogólnym rozrachunku uważamy za udany. Zobaczyliśmy całe wybrzeże Polski z jego malowniczymi. czasem dzikimi (!) plażami, przybrzeżnymi jeziorami, Parkiem Narodowym i piękną Mierzeją. Jednak doświadczyliśmy też wielu nieprzyjemności od turystów rzekomo wypoczywających w kurortach, nieraz brnęliśmy przez deptaki zatopione w kiczu plastikowych gadżetów, tłustych frytek i nieświeżych lodów. Te doświadczenia spowodowały, że dużo sztormów na Bałtyku minie, zanim wrócimy na Pomorze. Niemniej wspomnienia i wrażenia tam nabyte na zawsze pozostają nasze.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s